2017 w gospodarce, czyli pozornie wszystko gra

Drukuj

Wzrost gospodarczy jest, ale cóż z tego, skoro jego jakość pozostawia wiele do życzenia.

Od redakcji: Dobiega końca rok 2017. Czas na podsumowania i próbę nakreślenia przyszłych scenariuszy w polityce krajowej, gospodarce, sferze społecznej i Unii Europejskiej. Zachęcamy do lektury najnowszego tematu Liberté!.

Patrząc z punktu wzrostu gospodarczego rok 2017 był wyjątkowo udany. Gospodarka kręci się najlepiej od dobrych kilkunastu lat. Tegoroczny wzrost gospodarczy najpewniej będzie oscylował w okolicy 4,7 proc., co jest wynikiem świetnym. Więcej, nie da się ukryć, że rząd miał na ten wynik niemały wpływ –brzmi niemal jak pochwała. Jednak w tym miejscu należy zacytować premiera Mateusza Morawieckiego: „Nie liczy się wysokość PKB, ale jego jakość”. Tłumaczył on wówczas kiepskie wyniki gospodarcze roku 2016, ale dużo lepiej odpowiada ten cytat wynikom dzisiejszym.

Przytłaczająca większość wzrostu pochodzi z rosnącej konsumpcji – ta zaś wynika z sytuacji na rynku pracy, programu 500+ oraz obniżenia wieku emerytalnego (i związanych z tym odpraw). Zaś dla kraju takiego jak nasz konieczne są inwestycje – brakuje bowiem kapitału. Uzupełnienie tego braku jest dla nas absolutnie kluczowe, co zauważa nawet tzw. plan Morawieckiego.

W związku z czekającą nas zapaścią demograficzną musimy stawiać na automatyzację i robotyzację, to zaś wymaga gigantycznych inwestycji. Tymczasem od momentu przejęcia władzy przez PiS inwestycje znajdują się w katastrofalnym stanie i spadają od dłuższego czasu.

Dotąd częściowo wynikało to z unijnych cykli budżetowych, co przekładało się na zapaść inwestycji państwowych. Jednak zapaść inwestycji prywatnych – tych najważniejszych – bierze się wyłącznie z decyzji rządu PiS. Niszcząc porządek instytucjonalny, a przede wszystkim niezależność sądownictwa, spowodował on, że przedsiębiorcy po prostu boją się inwestować. Trudno się im dziwić, skoro upartyjnione sądy mogą zatwierdzać wszelkie domiary i nacjonalizacje potrzebne rządowi. Słabość instytucjonalna państwa zawsze przekłada się niekorzystnie na inwestycje, a to na dłuższą metę jest zabójcze dla gospodarki.

Podobnie pogarszający się wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, w szczególności otwarty konflikt z instytucjami UE, zniechęca do nas inwestorów międzynarodowych. Dlatego jakość naszego wzrostu gospodarczego pozostawia wiele do życzenia.

Jesteśmy zatem w paradoksalnej sytuacji, kiedy rozgrzany popyt trafia na firmy nie mogące wyprodukować więcej, a jednocześnie nie chcące inwestować w rozwój. Nieuchronnie musi się to przełożyć na pogorszenie bilansu handlowego – popyt zaspokajany z importu. Oczywiście w końcu wzrost inwestycji prywatnych nastąpi – jednak mimo rządowej propagandy pamiętajmy, że to odbicie od absolutnego dna w odpowiedzi na rozbuchany popyt.

Wysoki wzrost konsumpcji przekłada się w sposób oczywisty na poparcie dla rządu. Dość zastanawiające jest, że PiS zdecydował się na jej dynamiczne dotowanie na początku kadencji, co może elektoratowi nie zapaść wystarczająco w pamięć przed następnymi wyborami. Tak czy inaczej wszystkie metody jego pobudzania są z puntu widzenia gospodarki wysoce wątpliwe. 500+ to ograniczanie aktywności zawodowej i zadłużenie skarbu państwa, co musi przełożyć się na wyższe podatki w przyszłości. Obniżenie wieku emerytalnego oznacza pogłębianie i przybliżanie efektów katastrofy demograficznej. Zaś boom na rynku pracy to zapowiedź poważnych problemów już niebawem.

Niewątpliwym sukcesem jest zwiększenie ściągalności podatków. Oczywiście skala sukcesu jest nieporównywalnie mniejsza, niż przedstawia to rząd, gdzie cały wzrost wpływów VAT ma być efektem uszczelniania. Jednak realistycznie efekt uszczelniania to do 5 miliardów zł. Kwota nie do pogardzenia, jednak w kontekście działań rządu (25 mld rocznie na 500+, 10 mld początkowo na obniżenie wieku emerytalnego) – bez większego znaczenia.

Tymczasem dalsze działania uszczelniające będą jeszcze trudniejsze – łatwiej tamuje się największe wycieki. Zatem utrzymywanie, że obietnice PiS uda się sfinansować przez uszczelnianie podatków można włożyć między bajki. Świetne wyniki budżetu w tym roku wynikają bowiem, po pierwsze, z dużego wzrostu PKB, a po drugie, z anormalnej struktury: gigantycznej konsumpcji i marnych inwestycji. Ta pierwsza jest opodatkowana bardzo wysoko (VAT, akcyza, CIT), te drugie wręcz przeciwnie – nie ma z nich żadnych podatków, a jednocześnie powodują obniżenie podatków dochodowych w krótkim okresie.

Przyszłoroczny budżet jest jeszcze trudniejszy niż tegoroczny. Jednak jeśli dynamika gospodarcza się utrzyma, może uda się go sfinansować. Czy tak się stanie, jest bardzo niepewne. Poziom ryzyka międzynarodowego znacznie zmalał, choć niepewności nie brakuje. Cios z zewnątrz może przyjść w każdej chwili, a na jego amortyzację nie możemy liczyć: stopy procentowe są na niezwykle niskim poziomie (o dziwo przy rosnącej inflacji), luzowanie fiskalne zaś wydaje się niemożliwe – co potwierdza odporność rządu na postulaty dofinansowania służby zdrowia.

Brak waloryzacji 500+ to także oznaka tego stanu rzeczy, kiedy duży i sztywny wydatek jest podgryzany przez inflację, przez co staje się coraz mniejszym obciążeniem. Poprzedni rząd uzyskiwał podobne efekty zamrażając płace sfery budżetowej. Tak czy inaczej nasze bufory bezpieczeństwa zostały skonsumowane podczas kryzysu w 2008 roku, a obecny rząd nie robi niczego, by je odbudować. To ryzykowna zagrywka pozwalająca na większe rozdawnictwo mające przełożyć się na popularność polityczną, ale mogące oznaczać katastrofę polityczną w przypadku kłopotów.

Znacznie większe zagrożenia czają się jednak wewnątrz kraju. Wiążą się one przede wszystkim z obniżeniem wieku emerytalnego. Liczba osób uprawnionych, które zgłosiły się po emeryturę, przekroczyła szacunki rządowe i wciąż rośnie. Każda taka osoba to nie tylko obciążenie dla FUS ze względu na wypłatę emerytury, ale przede wszystkim utrata płatnika składek – zatem jest to obciążenie podwójne. Nawet na rozgrzanym rynku pracy świadczenie emerytalne jest atrakcyjne – na zasadzie „lepszy wróbel w garści”. No i nie przeszkadza ono w podjęciu pracy na czarno.

Ale ani emigracja, ani pracujący na czarno nie uzupełnią braków na rynku pracy w zakresie pracowników wykwalifikowanych – szczególnie, że ci wciąż znajdują znacznie lepsze warunki za granicą. Tymczasem pracownicy szeregowi są zastępowani automatyzacją pracy lub jeszcze tańszymi poza Polską. Nasza przewaga związana z tanią, zasobną i nieźle wykształconą siłą roboczą właśnie się skończyła i nie mamy do zaoferowania niczego w zamian. Jedyną sensowną odpowiedzią są prywatne inwestycje dostosowujące firmy do zmieniających się warunków, ale jak już pisałem, prywatne inwestycje od dwóch lat maleją. Odpowiedzią mają być wielkie inwestycje państwowe: Centralny Port Lotniczy, przekopanie Mierzei Wiślanej czy projekt elektrycznego auta.

Faktem jest, że nic nie wskazuje na to, by inwestycje te miały dojść do skutku – rządowi po prostu nie wystarcza na to środków (tak jak na służbę zdrowia i wiele innych). Rozbuchane wydatki socjalne kosztują. Gdyby przekopywać Mierzeję Wiślaną przy obecnie zakładanych środkach, to potrwa to 30 lat. Podobnie kwestia auta elektrycznego, które rozpoczęto od projektowania karoserii – łatwo się nią pochwalić i działa na wyobraźnię, ale z uwagi na całość projektu jest bez większego znaczenia. Z technologicznego punktu widzenia zaś karoseria powinna być projektowana na końcu, a nie początku.

Każdy z tych projektów to typowy „biały słoń”, czyli inwestycja z góry skazana na niepowodzenie i bardzo kosztowna, a służąca jedynie celom politycznym. Wejście na rynek aut elektrycznych z zerowym know-how jest prawie niewykonalne, zaś sama branża nie jest ani dochodowa, ani innowacyjna. CPL by być na granicy opłacalności, musiałby obsługiwać znacząco więcej pasażerów niż odprawia się dziś w całej Polsce, a narodowy przewoźnik nie ma szans na wystarczająco dużą flotę. Lepiej zostawmy te „słonie na papierze”, bo wdrażane w życie wypchnęłyby i tak rachityczne inwestycje prywatne.

Dużą niewiadomą pozostaje inflacja. Po kilku latach deflacji staje się ona coraz wyraźniejsza i może stanowić polityczny problem dla PiS. Oczywiście dla budżetu to dobra wiadomość – wpływy podatkowe rosną, za to świadczenia takie jak 500+ czy minimalna emerytura de facto maleją. Ale pozostaje jednak kwestia odczuć społecznych związanych z „drożyzną” – szczególnie jeśli są one odpowiednio politycznie nakręcane. Łatwo bowiem wskazać przykłady produktów podstawowych, których ceny wzrosły niepomiernie (jaja, masło). Oczywiście mała w tym wina PiS, ale żadnej opcji politycznej nie przeszkadzało to w oskarżaniu rządzących.

Co więcej wraz z pogarszającą się sytuacją na rynku pracy presja inflacyjna będzie narastać. W tym roku chronił nas wzmacniający się złoty, ale ten rajd też nie potrwa w nieskończoność. Ponadto RPP pod wodzą Adama Glapińskiego nie będzie skłonna do gwałtownych ruchów ograniczających inflację, bo to także może uderzyć politycznie w rząd. Nagle zatem inflacja może wybuchnąć na dość znaczącą skalę, a jej opanowanie jest zawsze kosztowne.

Przyszły rok może być zatem pierwszym, w którym zaczniemy odczuwać zapadanie się naszej gospodarki pod wpływem zmian demograficznych, spotęgowane efektami obniżenia wieku emerytalnego. Oczywiście prawdopodobnie nie będą to efekty drastycznie widoczne, a jeśli koniunktura na świecie utrzyma się, mogą nawet nie być zauważalne dla przeciętnego Kowalskiego (bo dla biznesu od dłuższego czasu już są). Zwiększają one wrażliwość naszej gospodarki na ciosy zewnętrzne, których przewidzieć nie sposób. Im później nadejdą, tym bardziej będą odczuwalne – dla PiS jest jednak istotne, by stało się to już po następnych wyborach, bo obecne rządy skończą się wraz z pustą państwową kasą.

Oczywiście nasza sytuacja demograficzna nie jest winą PiS (i jest w świecie rozwiniętym dość powszechna), ale to rządząca ekipa aktywnie pogarsza naszą sytuację, zamiast próbować jej przeciwdziałać – wszystko w imię krótkoterminowej popularności. To podejście w dłuższym czasie oczywiście się zemści – ale w dłuższym czasie, jak zauważył J.M. Keynes wszyscy jesteśmy martwi – a w szczególności Jarosław Kaczyński i jego pokolenie, które dziś przesądza o losie młodych.

Tomasz Kasprowicz – przedsiębiorca. Zajmuje się doradztwem w zakresie informatyzacji przedsiębiorstw. Wspólnik w firmach Gemini oraz Matbud. Adiunkt w Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej. Doktor finansów (Southern Illinois University Carbondale).

Foto: World Economic Forum za: Foter.com / CC BY-NC-SA

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.
@ KasprowiczT