Populizm – złe dobrego początki

Drukuj

W ubiegłym roku temat rosnącej fali populizmu zdominował światową debatę publiczną, a jego popularność wydaje się jedynie rosnąć. Lawinowo przybywa państw, w których populiści zdobywają większość głosów i dochodzą do władzy, co jedynie podgrzewa nastroje i każe się zastanowić nad przyczynami tych zjawisk. Czy nie przespaliśmy procesów mogących błyskawicznie zmienić rzeczywistość, w której funkcjonujemy od dekad?

Przejęcie przez radykałów władzy w najbardziej stabilnych demokracjach świata zmusza nas do refleksji nad kondycją reżimów politycznych, w które tak silnie wierzyliśmy. Jednocześnie warto się zastanowić, czy populizm niesie wyłącznie zagrożenia. Być może jest to jedynie etap przejściowy, niezbędny do zreformowania skostniałego systemu demokratycznego. Populizm może się okazać katalizatorem zmian, którym demokracja musi się poddać, aby zacząć odpowiadać na potrzeby współczesnego społeczeństwa.

Demokracja w jej obecnej formie traci – jak się wydaje – na atrakcyjności. Zasady gry ustanowione blisko 200 lat temu dziś wydają się anachroniczne, nie przystają do rzeczywistości, w której dzięki internetowi ludzie mają łatwiejszy dostęp do

informacji, a apetyt, by wywierać realny wpływ na rzeczywistość, w której się funkcjonuje, stale rośnie. Wydaje się, że zwykli ludzie dają się wodzić za nos elitom z coraz większą niechęcią.

Skąd ten bunt?

Według wielu badaczy obecna radykalizacja postaw wyborczych bierze się z niezadowolenia o podłożu ekonomicznym. Podkreśla się, że w ostatnich dekadach stratyfikacja społeczna uległa pogłębieniu, a awans społeczny stał się znacznie trudniejszy. Dlatego coraz silniej odczuwalne nierówności społeczne stanowią otwarte zagrożenie dla demokracji. Dla poparcia tej tezy chętnie sięga się do klasyków. Alexis de Tocqueville we wstępie do „O demokracji w Ameryce” pisał, że siłą napędową amerykańskiej demokracji jest wyrównany stopień zamożności jej obywateli. Dziś, blisko 200  lat po wizycie Tocqueville’a w Stanach Zjednoczonych, trudno się z tą obserwacją zgodzić. Obecnie społeczeństwo amerykańskie cechują ogromne nierówności i wielu analityków uważa ten czynnik za główną przyczynę pogorszenia się stanu systemu politycznego. Coraz większa część społeczeństwa czuje się wykluczona. Frustrację wzmaga poczucie, że nikt nie interesuje się ich losem, a elity każą płacić za własne błędy. To przeświadczenie spotęgował ostatni kryzys gospodarczy, gdy pomoc otrzymały banki, a zwykłych obywateli pozostawiono samym sobie.

Mimo tych spostrzeżeń trudno jednak przychylić się do tezy, że obecna radykalizacja postaw wyborczych to jedynie wynik ubożenia portfela słabiej wykształconych wyborców. Aby lepiej zrozumieć podłoże tego zjawiska, Fareed Zakaria sugeruje postąpić zgodnie ze wskazówkami Sherlocka Holmesa i zacząć rozwiązywanie zagadki od „psa, który nie szczeka”.

Spoglądając na Amerykę Łacińską, region specjalizujący się w rządach populistycznych wszelkiej maści i proweniencji, zauważymy, że poparcie społeczne dla tej opcji politycznej zaczyna słabnąć. Argentyna pożegnała się z peronizmem w wydaniu Kirchnerów, Brazylia rozwodzi się z Lulą, a Wenezuela wyszła na ulice gotowa siłą usunąć z urzędu Maduro. Ameryka Łacińska – jak się wydaje – budzi się z populistycznego snu z pustymi kieszeniami. Czas znowu zacisnąć pasa, toteż do pracy powracają liberałowie. W Azji, mimo że gospodarki znacznie spowolniły, populizmów trudno się dopatrzyć. Japonia, która na słaby wzrost ekonomiczny narzeka już od ćwierć wieku, a na dokładkę boryka się z bardzo szybko starzejącym się społeczeństwem, politycznie jest chyba dużo bardziej stabilna niż demokracje zachodnie.

Pracy nie ma, obcy są

W opinii Zakarii, aby usprawiedliwić falę populizmów w Europie i USA, czynnik ekonomiczny nie wystarczy. Podobnego zdania są Ronald Inglehart i Pippa Norris, którzy uważają, że choć większość wyborców skłonnych do oddania głosu na radykałów postrzega swoją sytuację ekonomiczną jako niezadowalającą, to dużo ważniejszym czynnikiem są dla nich kwestie kulturowe. Poczucie, że globalizacja nie tylko zabrała im miejsca pracy, lecz także, a może przede wszystkim niszczy ich narodową tożsamość i zagraża tradycyjnym wartościom.

Zakaria sprowadza ten problem do jednej kwestii – problemu imigracji. Uważa, że obecny kryzys dotknął kraje najbardziej doświadczone przez napływ imigrantów, a na potwierdzenie tej tezy podaje przykład Azji czy Ameryki Łacińskiej, czyli regionów bez wątpienia dużo biedniejszych, które (dzięki temu) w dużo mniejszym stopniu narażone są na napływ imigrantów. Wolny rynek, globalizacja, a co za tym idzie nieskrępowany przepływ dóbr i ludzi spowodowały, że społeczeństwa Zachodu utraciły dużą część sektora produkcji, który ruszył w poszukiwaniu tańszej siły roboczej do krajów rozwijających się, a na dodatek są świadkiem fali taniej siły roboczej, która od lat zalewa ich kraje, przynosząc ze sobą „inność” zagrażającą lokalnej tożsamości.

Zakaria przypisuje tym problemom charakter empirycznej obserwacji – „Pracy nie ma, obcy są”. W mojej ocenie niesłusznie. Są to raczej lęki niż prawdziwe problemy. Najlepszym przykładem na poparcie mojej tezy jest nasze rodzime podwórko. Polska to kraj, do którego sektor produkcyjny raczej przyszedł niż z którego wyszedł, a „obcych” jest u nas jak na lekarstwo (bo Ukraińca na ulicy nie da się rozpoznać, zresztą nie jest to prawdziwy obcy: czytaj „muzułmanin”). Mimo to wskaźniki islamofobii oraz lęku przed imigracją są u nas dużo wyższe niż w krajach, w których kontakt z imigrantem stał się chlebem powszednim. Myślę tu o strażnikach południowych granic Unii Europejskiej, czyli Grecji, Włoszech, Hiszpanii, ale także Francji i w dalszej kolejności Niemczech czy Wielkiej Brytanii. W wypadku tej ostatniej mówi się, że brexit w istocie stał się werbalizacją społecznej niezgody na zalew rodzimego rynku pracy przez polską siłę roboczą. Brytyjscy analitycy podkreślali, że napływ rąk do pracy ze Wschodu był niezbędny i przyczynił się do wzrostu PKB na Wyspach. Świadomość tego stanu rzeczy mają także rodzimi politycy, jednak pod naciskiem opinii publicznej są zmuszeni tworzyć dyskurs antyimigracyjny, choć otwarcie kłóci się on z interesem ekonomicznym kraju.

Podobne sprzeczności zawładnęły Francuzami w przeddzień wyborów prezydenckich. Większość z nich pozytywnie ocenia wpływ, jaki globalizacja wywarła na Europę, ich region, a nawet ich własne życie. Jednak gdy pytanie dotyczy Francji, procent pesymistów znacznie góruje nad optymistami (39  proc. postrzega wpływ globalizacji pozytywnie i aż 50  proc. negatywnie).

Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że współczesnym wyborcą kierują emocje, a ich siła z reguły przewyższa logikę i fakty. Chęć ukarania elit winnych obecnej sytuacji jest na tyle silna, że obywatele są gotowi oddać władzę w ręce radykałów. Stąd do lamusa odchodzą liderzy tradycyjnych partii, a zgodnie z wizją Nigela Farage’a tym, co się liczy współcześnie, są: osobowość, charyzma, umiejętność pociągnięcia za sobą ludzi oraz pełna elastyczność, gdy przychodzi do zawierania układów. W jego opinii jest to dużo bardziej świat biznesu niż biurokracji. Zgodnie z tą tendencją Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, kraje do tej pory stawiane jako przykład stabilnych systemów ustrojowych, dały się uwieść demagogii populistycznych polityków. Nigel Farage, niczym sprytny flecista z bajki o szczurach, wyprowadził Brytyjczyków z Unii Europejskiej. Donald Trump, choć sam reprezentuje bogatą Amerykę i czerpie zyski z globalizacji, przekonał biednych białych o niskich kwalifikacjach, że będzie najlepszym adwokatem ich interesów.

ABC współczesnego populisty

Obecnie wygrywa ten, kto nauczy się kapitalizować strach. I nie chodzi o dziecinne straszenie wizją tego, jak będzie, „gdy przyjdą populiści”, ale kreślenie apokaliptycznych wizji zalewu imigrantów z zewnątrz oraz zdradzieckich działań lewaków od wewnątrz, które dwutorowo zagrażają narodowej tożsamości i tradycji. Dlatego Donald Trump, Władimir Putin, Recep Erdoğan, Jarosław Kaczyński czy Viktor Orbán w pierwszej kolejności określili wrogów narodu, aby następnie przystąpić do odkręcania liberalnej rewolucji. Ważne, żeby było po staremu, więc ograniczanie w prawach kobiet, homoseksualistów oraz mniejszości narodowych idzie w parze z budowaniem polityki historycznej oraz odwoływaniem się do wielkich kart historii narodu. Dialog, poszanowanie odmienności, ochrona mniejszości nie mieszczą się w tym formacie nastawionym na rozwiązania siłowe. Wola większości w sferze publicznej ma się stać doktryną  obowiązkową w sferze prywatnej, i to teraz, natychmiast.

To jest przyczyna pogardy dla instytucji demokratycznych postrzeganych raczej jako przeszkoda w efektywnym rządzeniu krajem. Jednocześnie osłabianie władzy sądowniczej i ustawodawczej, zamach na wolną prasę oraz społeczeństwo obywatelskie są logicznym następstwem powyższego założenia. Należy do tego dodać zatartą granicę między prywatnym interesem a racją stanu i ogromną wiarę we własne możliwości oraz strategię rekompensowania lojalności obsadzaniem na stanowiskach administracyjnych i rządowych, aby uzyskać pełen obraz działań korodujących system demokratyczny.

Małe grzeszki liberalnej demokracji

Krytykując działania populistów, nie należy zapominać, że politycy działający w ramach tradycyjnego systemu demokratycznego nigdy nie byli święci. Wzmożona aktywność społeczeństwa obywatelskiego czy „nadgorliwe” wolne media nigdy nie leżały w interesie rządzących. Kiedy blisko 200 l at temu tworzono współczesne systemy demokratyczne, nie przewidywano wiele miejsca ani dla aktywności zwykłych obywateli, ani dla mediów. System partyjny zakładał hierarchiczność i ograniczone możliwości awansu, a przywództwo zarezerwowane było dla białych mężczyzn z elit. Dlatego obecnie systemy te są bardzo wrażliwe, nie potrafią zaadoptować się do zmiennej rzeczywistości. Tymczasem w dobie egalitarnego internetu realia uległy ogromnym przemianom. Od początku XXI  w. częścią rzeczywistości politycznej stały się usieciowione ruchy protestu. Ich głównym celem, w opinii Manuela Castellsa, było zakwestionowanie legitymizacji instytucji państwowych oraz podważenie wiary w triumf globalnego kapitalizmu finansowego. Castells przewidywał, że jesteśmy świadkami schyłku systemu, którego kształt został określony blisko 200  lat temu. Zdaniem badacza obywatele żądali nowych form politycznej debaty, reprezentacji i podejmowania decyzji.

Niestety obecnie wydaje się, że ten niepokój społeczny udało się skapitalizować ruchom prawicowym, które bazując na powszechnej krytyce systemu, zaczęły siać lęk i potęgować nieufność do starych elit. Wobec tych zakusów liberalny establishment broni się nieudolnie, wydaje się, że stracił „polityczny węch”. Co gorsza, siła współczesnych populizmów wiąże się z powszechnym przeświadczeniem, że politycy gardzą problemami mas.

Opozycja jest słaba, ponieważ nie wie, jak zareagować na obecną sytuację. Dotychczasowy model systemowy jest przestarzały i podkreślanie etycznej oraz moralnej wyższości nad populistami nie przynosi zamierzonych efektów. Dzieje się tak, ponieważ obrońcy starego porządku sami nie stają się reprezentantami struktur bardziej demokratycznych. W Polsce Platforma Obywatelska w sprawach światopoglądowych utrzymywała równie konserwatywną linię, jak i obecnie krytykowane przez nią Prawo i Sprawiedliwość. Podczas ośmiu lat rządów PO prawo do aborcji było jednym z najbardziej restrykcyjnych w Unii Europejskiej, a strumień publicznych pieniędzy wspierał projekty Kościoła katolickiego. W Stanach Zjednoczonych, jak podkreślają coraz bardziej znużeni ciągłą manipulacją mediów Latynosi, to Clinton wzniósł mur na granicy meksykańskiej, a Obama deportował największą liczbę nielegalnych emigrantów w historii. Trump w swoich wypowiedziach dotyczących „Meksykanów” mówi tylko o nielegalnych imigrantach oraz przestępcach, co nie powinno nikogo zasmucać, podkreślają w internetowych komentarzach poirytowani Amerykanie o latynoskich korzeniach.

Media i ich pięć groszy w całej sprawie

Na falę populizmów, którą obecnie odnotowujemy, bez wątpienia wpływ wywarły same media, które chętnie gościły w swoich studiach i cytowały na własnych łamach kontrowersyjnych polityków, licząc tym samym na większą oglądalność czy wzrost liczby sprzedanych egzemplarzy. W konsekwencji poszukiwanie sensacji przyczyniło się do wypromowania zjawiska, które okazało się brzemienne w skutkach dla większej części globu. Dając prime time radykałom, media pozwoliły im uwieść masy.

Obecnie, kiedy mleko już się rozlało, media tylko pogarszają sytuację, stając się tubą jednej strony, i to tej, której dni są policzone. Liberalni dziennikarze bronią skostniałego systemu oraz polityków starego formatu nierozumiejących obecnych przemian i potrzeb społeczeństwa. Huzia na Józia! – tak zachowują się obecnie „media niezależne” na całym świecie. Potępianie w czambuł wszystkich posunięć populistów tylko utwierdza odbiorców w przekonaniu, że tzw. mainstreamowi dziennikarze przestali być wiarygodnym źródłem informacji, a motorem ich działań jest w pierwszym rzędzie lojalność względem starego establishmentu. Poczucie, że grają z obywatelami do jednej bramki, dawno się zatarło. W konsekwencji liberalni politycy oraz „ich” media oskarżają populistów o stosowanie postprawdy oraz odrzucenie demokratycznych zasad gry, a sami nie różnią się wiele od swoich oponentów. Ale być może jest to tylko dowód, że stare media są także częścią dotychczasowego systemu i wraz z nim stanęły na progu samozagłady.

Opcja liberalna wreszcie się aktywizuje

Z drugiej strony fala rządów populistycznych przyczyniła się do rozruszania do tej pory mocno rozproszonej i pasywnej grupy wyborców, których można określić jako liberalnych światopoglądowo. Na polskim podwórku pojedyncze akty protestu zaistniały choćby podczas walki w obronie Rospudy czy akcji „Świecka szkoła”, ale nadal były to bitwy sporadyczne, skupiające wokół danej sprawy osoby zainteresowane konkretnym tematem, więc nie doszło do integracji całego środowiska i utworzenia szerokiego frontu.

Rządy Donalda Tuska czy Baracka Obamy w dużej mierze nie spełniały oczekiwań ich własnych wyborców, ale panowie dobrze się prezentowali, unikali kontrowersji, a ta „ciepła woda w kranie” powodowała, że ich rozleniwieni wyborcy ograniczali własną aktywność obywatelską do pójścia do urn wyborczych i zagłosowania, jak należy. Doprowadziło to do sytuacji, w której podczas w sumie ośmioletniej prezydentury Obama nie był w stanie zamknąć więzienia w Guantanamo i stosował podsłuchy równie gorliwie, jak i jego republikański poprzednik George W. Bush, z tą różnicą, że prasa i opinia publiczna zadowalały się formą, a nie meritum. To samo działo się w Polsce. Tusk i jego ekipa dobrze się prezentowali na unijnych salonach (nie przynosili nam tzw. „obciachu”), a że na Świątynię Opatrzności Bożej szły z ministerstwa kultury kolejne miliony, a Stefan Niesiołowski był bardziej „kato-” niż średnia w PiS-ie, tego już starano się nie eksponować.

W Polsce ludzie o liberalnym światopoglądzie od sławetnych czasów Solidarności praktycznie się nie aktywizowali. Wydaje się, że w nowych czasach zaczęli działać samodzielnie, nie oglądając się zbytnio na państwo, które miało po prostu nie przeszkadzać w ich indywidualnym rozwoju. Ale takie podejście nie było powszechne, wielu ludzi nie odnalazło się w rzeczywistość po transformacji.

Przyzwyczajeni, że to państwo było ich żywicielem (marnym, bo marnym, ale zawsze), nadal w ten sposób postrzegali jego rolę. Ta tzw. konserwa od zawsze miała dużą łatwość organizowania się i aktywizacji, ponieważ opierała się we własnych działaniach na sprawnie funkcjonującej strukturze kościelnej. To sławetne „mohery” Kaczyńskiego stały się zaczynem szerszego ruchu niezadowolenia, który ostatecznie przyniósł koniec rządów PO.

Jednakże otwarte pogwałcenie państwa prawa, zamach na Trybunał Konstytucyjny, próba zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, zmiany w legislacji dotyczącej ochrony środowiska naturalnego spowodowały niespotykaną od dekad aktywizację liberalnych indywidualistów. Podobny proces zaistniał w Stanach Zjednoczonych. Amerykańscy demokraci, kojarzący się do tej pory z pasywnymi i wsobnymi bohaterami z filmów Woody’ego Allena, nieoczekiwanie wyszli na ulice. Od zaprzysiężenia Donalda Trumpa nie ma dnia, aby gdzieś w Stanach Zjednoczonych nie odbywała się jakaś demonstracja. Próby ograniczenia prawa aborcyjnego podjęte przez nowego republikańskiego prezydenta spowodowały, że na ulice w największych miasta wyszły tysiące kobiet. Ludzie starają się wpływać na polityków, na których oddali głos, aby aktywnie przeciwstawiali się polityce obecnego prezydenta. Wzrosła także liczba osób zainteresowanych wejściem do polityki, w szczególności kobiet. Organizacja Why She Runs, która pomaga kobietom przebić się do świata polityki, odnotowała wzrost liczby aplikujących do ich programu o 87 p roc. Ludzie zaczęli na potęgę sponsorować programy i organizacje, które stały się celem ataków Trumpa (w ostatnich dwóch miesiącach pół miliona ludzi wsparło Planned Parenthood, organizację popierającą dostęp do aborcji, a American Civil Liberties Union, organizacji non-profit, której celem jest ochrona praw obywatelskich gwarantowanych przez konstytucję, w jeden weekend udało się zebrać 24  mln dol.).

Wzrosła też sprzedaż książek, zwłaszcza tych dotyczących totalitaryzmów lat 30., a bestsellerem stał się Orwellowski „Rok 1984”.

Bez trudu jesteśmy w stanie doszukać się polskich analogii. Nowym sportem narodowym stało się w ostatnim czasie uczestniczenie we wszelkiej maści manifestacjach. Do usypania pierwszej barykady doszło podczas walk o Trybunał Konstytucyjny. To wtedy prawica zrozumiała, że nawet rozleniwieni liberałowie są w stanie się zjednoczyć i wspólnie zaprotestować w przestrzeni publicznej. Kilka miesięcy później jeszcze większe tłumy wystąpiły przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, a skala protestu sparaliżowała prace nad ustawą w Sejmie. Manifestacji antyrządowych jest wiele, jednym udaje się zorganizować wielotysięczne tłumy, inne są mniej liczne, jednak o ich przełomowym charakterze świadczy fakt, że są wynikiem współpracy różnych środowisk (liberałów, antyklerykałów, feministek, obrońców zwierząt, ruchów miejskich, związków zawodowych) oraz że doprowadziły do powstania nowych platform obywatelskich (mam na myśli KOD). Trendy stało się także uczestniczenie w spotkaniach z byłymi opozycjonistami (obowiązkowo skłóconymi z Kaczyńskim). Do hitów frekwencyjnych należą pogadanki z Władysławem Frasyniukiem czy Lechem Wałęsą. Kolejne pokrzywdzone lub skonfliktowane z obozem władzy osoby publiczne stają się bohaterami ruchu oporu obywatelskiego. Zwolniony z TVP w atmosferze skandalu Robert Makłowicz spotkał się z poparciem fanów, którzy przed siedzibą telewizji spontanicznie rozstawili własne kuchenki polowe i rozpoczęli wspólne gotowanie.

Polacy, podobnie jak Amerykanie, stali się też dużo bardziej szczodrzy. Tegoroczna edycja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, prowadzonej od ćwierć wieku przez Jerzego Owsiaka, raz jeszcze stała się okazją do zademonstrowania sprzeciwu wobec działań PiS-u, który wziął tę organizację na celownik. W konsekwencji w pierwszą niedzielę roku udało się zebrać 62,4  mln zł, co stanowi rekord, do którego WOŚP dotąd nawet się nie zbliżała. Dzięki crowdfundingowi możliwe było uruchomienie niezależnego Ośrodka Kontroli Obywatelskiej OKO.press, zajmującego się prowadzeniem śledztw dziennikarskich. Dzięki indywidualnym datkom przetrwało samo „Liberté!”, pozbawione pomocy ministerialnej jako medium wrogie ideowo.

Aktywność obywatelska niewyobrażalna jeszcze dwa lata temu stała się faktem i osiągnęła skalę przekraczającą oczekiwania najbardziej optymistycznych analityków. Problem w tym, że za ruchem społecznym nie nadąża opozycja zanurzona w realiach sprzed lat, niepotrafiąca działać zespołowo, zaślepiona własnym interesem politycznym. Strach przed tym, co dalej. Bo aktywność obywatelska to nie wszystko, trzeba jeszcze mieć na kogo zagłosować, a opozycja nie jest w stanie zaoferować nowej jakości, na którą wszyscy tak czekają.

Ten sam problem uwidocznił się podczas amerykańskich wyborów prezydenckich. Hillary Clinton, będąc symbolem tego, co w systemie demokratycznym najbardziej skostniałe i elitystyczne, przegrała z politycznym żółtodziobem, który obiecał wyborcom, że da wycisk liberalnym szkodnikom.

Nowe reguły gry

Niewydolność systemu jest chyba faktem, oczekiwania społeczne także wydają się zwerbalizowane. W obliczu tych wyzwań nową narrację zaproponowali jak na razie tylko populiści, którzy obiecali walkę z elitą i krok po kroku starają się cofnąć zdobycze liberalnej rewolucji obyczajowej. Jak długo będzie trwało ich momentum, zależy od sił liberalnych i ich zdolności do zmiany. Faktem jest, że skończyły się czasy wygodnej polityki prowadzonej w kuluarach oraz rozliczania się z wyborcami raz na cztery lata. Dziś polityka musi być blisko obywatela – dawać mu możliwość podejmowania decyzji, śledzenia pracy polityków na każdym etapie i wystawiania im ocen. Demokracja staje się systemem obywatela, a nie polityka, i warto, aby poza populistami zrozumiały to pozostałe siły polityczne. Jedno jest pewne – ten, kto będzie w stanie spełnić oczekiwania społeczne, ma wygraną w garści. Jeśli siły liberalne nie dostosują się w porę do nowych realiów, to będą grzały ławę opozycji, przyglądając się, jak populiści rozmontowują system demokratyczny.

Ilustracja: Jørgen Carling, Flickr.com (CC BY-NC 2.0)

Czytaj również
O autorze
*
MagdaMelnyk
politolog, absolwentka WSMiP na Uniwersytecie Łódzkim, specjalizuje się w obszarze krajów hispanojęzycznych, ruchów społecznych i transformacji ustrojowych.
@ magda_melnyk