Andrzej Wajda, czyli jak namalować Polskę….

Drukuj

Grono powszechnie uznanych, światowych mistrzów kina jest stosunkowo niewielkie. Kilka lat temu odeszli ostatni z nich: Michelangelo Antonioni i Ingmar Bergman. Teraz umarł Andrzej Wajda. Z grona “wielkich” pozostali już tylko Martin Scorsese i Roman Polański.

Spośród nich to właśnie Wajdę najbardziej wiązano z krajem, w którym tworzył i o którym tworzył. Bergman nie stał się międzynarodowym symbolem szwedzkości, a i bez Felliniego czy Antonioniego utrwalił się obraz Włoch. Wajda namalował Polskę widzianą przez obserwatorów naszego kraju i postrzegać go należy przede wszystkim jako opisującego Polskę artystę, który zaprezentował jej historię światowej widowni.

Wpływ Wajdy na kulturę polską drugiej połowy ubiegłego wieku, był większy niż jakiegokolwiek artysty tworzącego w tamtym okresie. Porównywać trzeba go z pisarzami – gdyż wajdowski autorytet wykraczał poza świat filmowy. Czesław Miłosz, mimo Nobla, nie stał się twórcą kulturowego wzorca, inspirując właściwie jedynie inteligentów. Stanisław Lem i Ryszard Kapuściński pozostali wielkimi eksperymentatorami.

Polskie kino zostało przez Wajdę zdominowane całkowicie i to jeszcze w latach sześćdziesiątych. Reżyserzy, którzy mogli z nim rywalizować, zostali odsunięci ze sceny przez historię. Jego mistrz – Aleksander Ford, stracił swoja pozycję a w 1968 roku, wyjechał z kraju, Andrzej Munk zginął w wypadku w roku 1961 a Roman Polański zdecydował się na karierę zagraniczną. Jerzy Kawalerowicz i Jerzy Hoffman , mimo znaczenia ich filmów, wydawali się zajmować zaszczytne drugie i trzecie miejsce w naszej hierarchii filmowej. Kieślowskiego kochamy my – intelektualiści, ale różnie jest z jego odbiorem wśród większości.

Przez ponad pięćdziesiąt lat, to Wajda pozostawał głównym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń polskich filmowców oraz ustalał obowiązujący wzorzec tego, o czym polskie kino mówi. To do jego obowiązków należało ustalanie obowiązującej wykładni historii oraz tworzenie obrazu dziejów narodu. Podobnie jak Jan Matejko, który stworzył cykl historycznych płócien – Wajda rok po roku zabierał się za jakiś fragment naszej historii. I podobnie jak w wypadku Matejki nie były to jedynie dzieła pokrzepiające, ale również rozdzieranie polskich mitów.

W polu zainteresowania mistrza Wajdy ( w przeciwieństwie do mistrza Matejki) znajdowało się ostatnich dwieście lat – czyli najbardziej formatywny dla współczesności fragment przeszłości. Najważniejszym motywem spośród wielu, była oczywiście II Wojna Światowa, czyli początek obecnej Polski.

Już w swoim, pierwszym filmie fabularnym czyli “Pokoleniu” (1954) Wajda podejmuje temat polskiego podziemia, mitu jednak nie tworzy, bo jako były żołnierz AK nie jest odpowiednim artystą do kreacji takowego w wypadku opisanych w filmie działań Związku Walki Młodych. Obraz okupowanej Warszawy jednak pozostaje. Kolejne filmy utrwalają w pamięci widzów ważne fragmenty wojennej historii: “Kanał” (1956) to Powstanie Warszawskie i jego upadek a “Popiół i Diament”(1958) do dramat wyborów moralnych z 1945. Nieudana “Lotna” (1959) to pierwsze dzieło tego typu o Kampanii Wrześniowej a “Samson” o ówczesnych relacjach polsko-żydowskich.

Wojna później wraca u Wajdy na różne sposoby – w “Krajobrazie po bitwie” (1972) widzimy, jak zniszczyła zwykłych Polaków, którzy przeszli przez koszmar niemieckich obozów, a w “Kronice wypadków miłosnych’ (1985) że idealizujemy istniejący przed nią świat. “Pierścionek z orłem w koronie” (1992) i “Katyń” to z kolei rozliczenie z komunistycznymi kłamstwami oraz stalinizmem, który stał się także odrębnym tematem w “Człowieku z Marmuru” (1976) i jego, niezamierzonym chyba, sequelu “Powidokach” (2016).

Tej wajdowskiej dominacji nad naszą pamięcią mamy więcej. Getto warszawskie znamy z “Korczaka” (1990) i “Wielkiego Tygodnia” (1995). Atmosferę gomułkowskiej cyganerii poznajemy z “Niewinnych Czarodziejów” (1961), a o tym jak wyglądała peerelowska bohema nie wiedzielibyśmy nic, gdyby nie “Wszystko na sprzedaż” (1968). Wajda monopolizował też język adaptacji narodowej klasyki – od Żeromskiego (“Popioły”) i Wyspiańskiego (“Wesele”) przez Iwaszkiewicza do Mickiewicza.

Wajda to nie tylko wyliczanka. W pewnym momencie po prostu nie potrafiliśmy się bez niego obyć. Choć uwielbiamy nurzanie się w bagienku narodowej sławy i katastrofy – mamy problem z budowaniem narracji, która pozwalałaby nam na opisanie tego zjawiska. Taką tworzył tylko Wajda, a przez ostatnich kilkadziesiąt lat czekaliśmy na jego autorytatywną wypowiedź.

Teraz mistrza już nie ma, a my straciliśmy wieszcza, rozumiejącego o co chodzi w zjawisku pod nazwą “Polska”. Pozostali jedynie “wieszczowie podrzędni”, nie tej miary i nie tej inteligencji. Oni nam polski mit będą teraz tworzyć.

Czytaj również
O autorze
*
ŁukaszJasina