Antyspołeczne wydatki socjalne PiS

Drukuj

Bardzo niski odsetek osób aktywnych zawodowo przez lata był jedną z największych bolączek polskiej gospodarki i poważnym hamulcem szybszego rozwoju. Wszystko wskazuje na to, że problem ten nie zniknie, a nawet się pogłębi.

Wicepremier Mateusz Morawiecki z satysfakcją ogłosił niedawno w Sejmie wzrost wydatków społecznych w budżecie do 75 mld zł. Jak w takim razie należy traktować zaplanowane przez niego na 2018 r. pozostałe 787 mld zł wydatków publicznych? Czy – a contrario – są to wydatki niespołeczne, a może antyspołeczne? Być może warto też zapytać, skąd się wzięło te 75 mld i czy przypadkiem nie z kieszeni polskiego społeczeństwa? A jeśli tak, to dlaczego wydatki państwa miałyby być bardziej społeczne niż byłyby wydatki społeczeństwa, gdyby państwo społeczeństwu tych środków nie zabierało?

Socjal plus

Nie są to więc oczywiście żadne wydatki społeczne, tylko po prostu socjal. Zresztą wydatków socjalnych jest znacznie więcej – według danych samego rządu tylko kasowe transfery socjalne w 2016 r. wyniosły 284 mld zł. A do tego dochodzą jeszcze, także często zaliczane do wydatków socjalnych, wielomiliardowe transfery w naturze – głównie na ochronę zdrowia i edukację.

Planowany przez rząd wzrost wydatków publicznych z 41,5 proc. PKB w 2015 r. do 43,4 proc. PKB w 2018 r. wynika głównie z rozdymania wydatków socjalnych, przede wszystkim wprowadzenia programu 500+, który w 2018 r. będzie kosztował już prawie 25 mld zł, obniżenia wieku emerytalnego (10 mld) i finansowania leków dla seniorów (6 mld).

Nie ma w tym zresztą nic dziwnego – statystyki pokazują, że wysokość wydatków publicznych jest mocno skorelowana z wysokością wydatków socjalnych. Warto zaś podkreślić, że negatywny wpływ wydatków publicznych na wzrost gospodarczy jest jednym z lepiej udokumentowanych faktów w ekonomii. Liczne badania empiryczne wskazują, że poziom wydatków publicznych maksymalizujący wzrost gospodarczy waha się pomiędzy 14 a 23 proc. PKB, czyli dwu- a nawet trzykrotnie mniej niż u nas, w kraju, który musi się szybko rozwijać, by doganiać poziom życia Zachodu.

Mniej pracy

Wzrost wydatków socjalnych oznacza, że coraz większa część generowanego w gospodarce dochodu nie będzie przyznawana za to, że się coś wyprodukowało w sektorze prywatnym. Podkopuje to bodźce do produkcji dóbr i usług, a tym samym motywację do pracy.

Bardzo niski odsetek osób aktywnych zawodowo przez lata był jedną z największych bolączek polskiej gospodarki i poważnym hamulcem szybszego rozwoju. Problem ten wynikał z tchórzostwa polityków, w tym pierwszego rządu PiS, którzy bali się wziąć na swoje barki odpowiedzialność za przeprowadzenie koniecznych reform takich jak ograniczenie wcześniejszych emerytur. W wyniku tego w 2007 r. współczynnik aktywności zawodowej sięgnął dna w wysokości 63 proc. Oznacza to, że na 100 osób zdolnych do pracy pracowały tylko 63 osoby, a pozostałe utrzymywały się z pracy innych.

Dwie bardzo ważne reformy wprowadzone przez koalicję PO-PSL, czyli ograniczenie wcześniejszych emerytur i podniesienie wieku emerytalnego, spowodowały odwrócenie tego trendu. Ale nie tylko one – miał tu znaczenie także szereg innych mniejszych działań pozafiskalnych, jak np. wprowadzenie jeszcze w 2005 r. dwustopniowych studiów. Absolwenci zaczęli masowo wychodzić na rynek pracy już po licencjacie.

Podobnie, bardzo korzystne skutki miałoby obniżenie obowiązkowego wieku szkolnego do 6 lat, przede wszystkim dlatego, że wcześniej w swoim życiu, a zatem także dłużej, osoby te mogłyby pracować. Dzięki wprowadzonym reformom w każdym kolejnym roku od 2007 aktywność zawodowa rosła osiągając w 2016 r. poziom 69 proc. – rekordowy, ale jeszcze daleko niewystarczający, gdyż wciąż plasujący Polskę pod tym względem w tyle Unii Europejskiej. Storpedowanie przez rząd PiS ważnych reform, wzrost wydatków socjalnych i zapowiedzi regulacji takich jak zakaz pracy przy handlu w niedzielę czy wydłużenie studiów poważnie naruszy fundamenty długofalowego potencjału rozwojowego naszego kraju.

Wykres 1. Współczynnik aktywności zawodowej (proc. osób w wieku 15-64 lata)

wykres1_mr

Źródło: Eurostat

Tak, 500+ wpłynęło negatywnie

Żeby nie być gołosłownym… Według projektu ustawy 500+ miało być wprowadzone 1 stycznia 2016 r. Ostatecznie stało się to z początkiem kwietnia 2016 r., ale stanowcze zapowiedzi i uchwalenie tej ustawy 11 lutego 2016 r. najprawdopodobniej sprawiły, że gospodarstwa domowe (szczególnie młodsze kobiety) dostosowały swoje zachowanie do związanych z tą ustawą oczekiwań już na początku roku (staranie się o pracę nie ma sensu, jeśli za 2-3 miesiące pojawi się dodatkowy dochód). Stąd już w pierwszym kwartale 2016 r. można zauważyć potężny spadek współczynnika aktywności zawodowej kobiet w wieku 25-49 lat, a w czwartym kwartale 2016 r. współczynnik ten osiągnął najniższy poziom od 2008 r., przy ogólnie kilkuletnim trendzie wzrostowym i przy rosnącym współczynniku dla mężczyzn.

Trzeba przy tym przyznać, że spadek aktywności zawodowej kobiet w tym wieku od początku 2016 r. po części mógł wynikać także z działań rządów PO-PSL, które zdążyły jeszcze wprowadzić od początku 2016 r. tzw. kosiniakowe. Trend spadkowy tego współczynnika widać zaś już od początku 2015 r., na co mógł mieć wpływ wzrost kryterium dochodowego zasiłków rodzinnych, rozszerzenie uprawnień do specjalnego zasiłku opiekuńczego, a także wzrost wysokości świadczeń pielęgnacyjnych.

Wszystkie te działania były jednak niewspółmierne do 500+. Poza tym, jeśli spojrzeć na dane, to nie sposób pozbyć się wrażenia, że PiS szczególnie nie znosi pracy (i samodzielności) Polek – wcześniejsze długotrwałe załamanie współczynnika aktywności zawodowej kobiet w tym wieku miało miejsce również po przejęciu przez tę partię władzy pod koniec 2005 r.

Wykres 2. Współczynnik aktywności zawodowej w wieku 25-49 lat (proc.)

wykres2

Źródło: Eurostat

Mniej oszczędności

Oprócz negatywnego wpływu na podaż pracy wydatki socjalne podkopują także inny ważny czynnik prorozwojowy, jakim są oszczędności. To z nich bowiem są w głównej mierze finansowane inwestycje. Jest to tym ważniejsze, że wicepremier Morawiecki ma negatywny stosunek do kapitału zagranicznego, który także przecież w finansowaniu inwestycji krajowych uczestniczy. Z czego jednak oszczędzać, skoro państwo będzie zabierać społeczeństwu już ponad 43 grosze z każdej wygenerowanej w gospodarce złotówki?

Po co oszczędzać, skoro wszystkie cele, jakim pierwotnie przyświecały oszczędności (emerytura, choroba, edukacja, mieszkanie) są w coraz większym stopniu finansowane z kieszeni podatnika? Dobrze widać to na przykładzie tygrysów azjatyckich – w zakresie polityki gospodarczej i instytucji najbardziej różnią się one od pozostałych krajów rozwiniętych właśnie niskim poziomem wydatków publicznych/socjalnych. To zaś powoduje, że oprócz wysokiej podaży pracy, mają także najwyższe poziomy oszczędności i inwestycji. Polska plasowała się pod tym względem na szarym końcu, a od początku rządów PiS stopa inwestycji jeszcze spada – według najnowszych danych (za drugi kwartał br.) wynosi już zaledwie 16,2 proc. W tym kontekście zakładane w planie Morawieckiego 25 proc. budzi wśród ekonomistów zażenowanie.

Wykres 3. Stopa oszczędności i inwestycji (średnia w latach 1990-2016)

wykres3_mr

Źródło: Międzynarodowy Fundusz Walutowy

Wojna hybrydowa z Kościołem?

Przykład tygrysów azjatyckich dobrze pokazuje jeszcze jeden ważny, ale podnoszony tylko przez niektórych liberalnych ekonomistów, skutek wydatków socjalnych. W przeciwieństwie do krajów zachodnich, w krajach tych – pomimo dobrobytu – nie zanikła tradycja samopomocy. Gdy ludzie znajdą się w potrzebie, przede wszystkim pomaga im rodzina. Tymczasem rozdęte wydatki socjalne w krajach zachodnich doprowadziły do sytuacji, w której najważniejsze ryzyka, takie jak starcza niedołężność, choroba czy bezrobocie są pokrywane z kieszeni podatnika. Jeśli nie trzeba zwracać się o pomoc do rodziny, to nie ma też potrzeby utrzymywania z nią dobrych relacji. W ten sposób wydatki socjalne podkopują tradycyjne więzi rodzinne.

Ale krąg samopomocy wcale nie ogranicza się do rodziny. Zaliczają się do niego bowiem również przyjaciele, ludzie z otoczenia domowego i zawodowego, a także organizacje charytatywne i związki religijne. Szeroka sieć organizacji charytatywnych u tygrysów azjatyckich pokazuje, że chrześcijańskie wartości pomocy bliźniemu najlepiej realizują dziś… kraje konfucjańskie. Niskie wydatki socjalne nie wyparły tam bowiem prawdziwej solidarności międzyludzkiej, natomiast w przypadku krajów zachodnich jest tak jak pisali Milton i Rose Friedmanowie w swojej wspólnej książce („Wolny wybór”): „jednym z największych kosztów naszego obecnego systemu socjalnego jest to, że zatruwa on źródło prywatnej działalności dobroczynnej”.

Znany badacz dobroczynności, naukowiec i muzyk, a przy tym prezes American Enterprise Institute Arthur C. Brooks w swojej książce „Who Really Cares” wykazał dobitnie, że w Europie, gdzie wydatki socjalne są wyższe niż w Stanach Zjednoczonych, dobroczynność jest znacznie mniejsza. Ale nawet w USA, gdzie na początku XX w. to właśnie Kościoły były głównym dostarczycielem usług socjalnych, ich rola dramatycznie spadła wraz z polityką Nowego Ładu Roosevelta i związaną z tym ekspansją wydatków socjalnych.

Warto przy tym zwrócić uwagę na to, że państwo socjalne nie tylko doprowadziło do wyparcia działalności charytatywnej Kościołów, ale także szerzej przyczyniło się do sekularyzacji społeczeństw, co udowodnili w swoich pracach politolodzy z Uniwersytetu Waszyngtona Anthony Gill i Erik Lundsgaarde.

Można więc uznać, że wydatki socjalne to cichy, podstępny, a przy tym skuteczny, zabójca Kościołów. Paradoksalnie więc, to co nie udało się komunistycznym władzom PRL przez prawie pół wieku, załatwi polityka pompowania wydatków socjalnych przez PiS.

Program „Dzietność minus”

Świadczenie 500+ miało zwiększyć dzietność w Polsce. Nie ma pewności, czy tak się stało. Jest jednak pewność co do czegoś innego – podatek od kredytów (zwany bankowym), który miał sfinansować to świadczenie, spowodował wzrost marży kredytów mieszkaniowych o 25 proc. Dość powiedzieć, że jedną z ważniejszych przesłanek do podjęcia decyzji o rodzicielstwie jest dla młodych ludzi własne mieszkanie.

Rozpatrując wpływ wydatków socjalnych na dzietność warto zauważyć, że tradycyjną funkcją, jaką od początków cywilizacji ludzkiej pełniły dzieci, jest inwestycja rodziców w zabezpieczenie swojej starości. Nie powinno więc dziwić, że jedną z głównych sił wpływających na dzietność jest rozwój gospodarczy i jego korelaty, a także wydatki socjalne. Przynajmniej od lat 50-tych XX w., kiedy tym tematem zajęło się wielu demografów, ekonomistów i socjologów (np. Leibenstein) pojawiła się teoria wskazująca na negatywną zależność pomiędzy wydatkami socjalnymi a dzietnością, co było później wielokrotnie testowane i potwierdzane empirycznie.

Wyjaśnienie tego zjawiska jest proste: „Jeśli otrzymam od państwa emeryturę, to nie potrzebuję dzieci, które pomogą mi na starość”. Można więc powiedzieć, że występuje tu klasyczne zjawisko „pasażera na gapę” (free riding) – ludzie chcą korzystać z państwowych emerytur, ale nie chcą ponosić kosztów wychowania dzieci. Podobnie zresztą rzecz ma się z wydatkami na ochronę zdrowia, które w znacznej mierze są przecież adresowane do osób starszych.

Innym ważnym kanałem oddziaływania wydatków socjalnych w tym zakresie jest wspomniane już ograniczenie podaży pracy osób starszych. Osiągając wiek emerytalny, nawet jeśli dopisuje im zdrowie, nie muszą już pracować, dlatego nie podejmują się prac, które były tradycyjnie wykonywane przez osoby starsze (opieka nad dziećmi, uczenie ich rzemiosła). Z tego powodu usługi opieki nad dziećmi są dziś dla młodych osób planujących założenie rodziny horrendalnie drogie, co oczywiście podnosi całkowite koszty wychowania dzieci. Jeśli zaś coś jest drogie, to zwykle jest tego (w tym przypadku dzieci) mniej. Przy tym znacznie rzadszy obecnie kontakt dzieci ze starszymi osobami w roli opiekunów, którzy zwykle cechują się cierpliwością oraz bogatym bagażem doświadczeń i wiedzy, nie jest moim zdaniem obojętny dla ich rozwoju.

Oprócz tego ważna jest także państwowa edukacja. Wśród demografów popularne jest wręcz stwierdzenie, że jest ona najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Jest tak m.in. dlatego, że państwowa edukacja, szczególnie na poziomie wyższym, powoduje opóźnienie wieku wejścia na rynek pracy i uzyskanie stabilizacji finansowej. Ta ostatnia jest często warunkiem podjęcia decyzji o pierwszym dziecku. To zaś powoduje, że jest znacznie mniej czasu na to, by mieć kolejne dzieci.

Były premier Leszek Miller stwierdził kiedyś, że program Hausnera, de facto mający ograniczyć wydatki socjalne, był dobry dla Polski, ale zły dla SLD. Program PiS-u rozdymania wydatków socjalnych może na krótką metę wydaje się dobry dla PiS-u, ale na pewno nie jest dobry dla Polski.

Marek Radzikowski – dr ekonomii SGH, autor książki: „Państwo socjalne. Przyczyny i skutki”

Lead od redakcji.

Czytaj również
O autorze
*
MarekRadzikowski
dr ekonomii