Banda nieudaczników?

Drukuj

Nie podjęłabym polemiki z tekstem mego kolegi po fachu, Tomasza Kamińskiego (Prawie połowa polskich naukowców nic nie publikuje) gdyby nie gromki entuzjazm moich licznych kolegów i koleżanek wyrażany na fejsbuku. Gremialne lajkowanie i dopisywanie swego poparcia zdumiały mnie z kilku powodów. Po pierwsze, przytaczane dane nie dziwią mnie tak bardzo. Po drugie, dziwią wyciągane z tych danych wnioski. Po trzecie, rezultaty mogą być katastrofalne.

To, że prawie 50 procent zatrudnionych na etatach pracowników naukowo-dydaktycznych nie publikuje mnie nie dziwi, dziwi jedynie, że jedynie niespełna 50 procent. Choć wszyscy mamy takie naukowo-dydaktyczne etaty (o ile mamy etaty) to różnie się je interpretuje w różnych uczelniach. Uczelni, gdzie pracownicy naukowo-dydaktyczni mają za zadanie wyłącznie dydaktykę, jest moim zdaniem więcej niż owe 50%. Zwłaszcza uczelnie, zatrudniające do niedawna większość kadry na drugi etat, absolutnie nie oczekują, że cokolwiek pod ich egidą opublikujemy. Na skutek niekontrolowanej przez nikogo reformy szkolnictwa wyższego wykwitła masa uczelni powołanych do tego, by uczyć, a nie prowadzić badania i je publikować. Być może polegną one na skutek niżu demograficznego i rozczarowania młodego pokolenia, które zdążyło się nauczyć, że studia nie gwarantują niczego. A wraz z nimi owi niepublikujący, choć nauczający.

W radosnych czasach powszechnej dwuetatowości uczelnie te próbowały wpisywać publikacje swych pracowników, wydane przez nich gdzie indziej, do swego własnego akademickiego dorobku. Tu jednak okoniem stanął wymóg podawania afiliacji, czyli wprost: nazwy nie tyle jednostki, gdzie mamy pierwszy etat, ale tej, która płaci za naszą publikację czy udział w konferencji.

Bo dżentelmeni nie mówią o pieniądzach, ale publikacje kosztują. Założenie, że napiszę genialny tekst, roześlę go po naukowych czasopismach i ktoś się pozna na mym geniuszu jest nadmiernie optymistyczne. By opublikować niżej punktowany tekst, jeździmy na konferencje. Kosztuje to kilkaset złotych opłaty konferencyjnej, koszty dojazdu plus noclegu. Punkty dostaje głownie redaktor, ale czasem z takiej konferencji wychodzi publikacja w czasopiśmie – już jest nieźle. By opublikować po angielsku i za granicą nie wystarczy po prostu pojechać na kilka razy droższą konferencję, publikowanie w czasopiśmie tam wymaga coraz częściej opłat. A przedtem świetnej znajomości nie tylko języka, ale tamtejszych kontekstów i obowiązkowych lektur, które należy cytować.

I tak się składa, że część z nas może liczyć na pokrycie tych opłat przez rodzimą instytucję, a część nie. Jak nie mamy grantu na własną działalność – publikacja się nie ukaże. Mocno zdeterminowani sami sobie mogą opłacić, tylko nie bardzo jest z czego. Wprawdzie dzisiejsi adiunkci rekrutują się ze zdeterminowanych doktorantów i asystentów, którzy udowodnili, że bez większego (żadnego) wsparcia finansowego są w stanie dokonać wiele, na dłuższą metę nie stać ich jednak na samodzielne ponoszenie kosztów tych opłat. Adiunkt zarabia na rękę dwa tysiące z kawałkiem, koszt udziału w jednej krajowej konferencji wynosi kilkadziesiąt procent jego lub jej pensji. To, czy nasza instytucja, przy której jesteśmy afiliowani, zapłaci za nas, zależy od wielu czynników. Na skutek licznych reform instytucje te mają pieniądze na nasze opłaty konferencyjne tylko wtedy, gdy przysporzyliśmy im wcześniej punktów. Jednostka bez wielu punktów nie ma pieniędzy, by inwestować na zarabianie punktów przez jej pracowników, koło się zamyka. Nawet gdy chodzi o ledwie kilkaset złotych. W przypadku pożądanych zagranicznych publikacji to o wiele wyższe kwoty, i nie wiem, czy publiczne uczelnie w ogóle mogą je dofinansować. W każdym razie proces ubiegania się o dofinansowanie udziału w zagranicznej konferencji na mojej dużej, znaczącej i niebiednej uczelni skutecznie zniechęca do tego rodzaju działań.

Istnieje wiele innych powodów, dla których nie publikujemy. Mamy liczne obowiązki poza pisaniem, które uprawiamy w naszym czasie prywatnym. Część z nas poważnie podchodzi do obowiązków dydaktycznych. Obciążeni coraz nowymi przedmiotami na coraz nowych kierunkach i coraz nowymi dokumentami, które musimy generować (sylabusy, protokoły, archiwizacja prac studenckich) musimy wybierać między poświęceniem uwagi na pisanie albo poświęcenie jej studentkom i studentom. Czasem się nie da wybrać, zwłaszcza, że udział owocującej być może publikacją konferencji oznacza konieczność odrobienia zajęć, czasu wydaje się na to wszystko za mało, a gdzie tu miejsce na proces twórczy, który zobowiązani jesteśmy uprawiać?

Inni organizują konferencję. Oznacza to, że przez ponad rok biegają z papierkami, wysyłają maile, kontrolują wpłaty, oceniają abstrakty, pilnują wynajęcia i wyposażenia sal, mikrofonów i dostaw wody mineralnej, by jeszcze długo potem walczyć z fakturami. Zwyczajowo należy im się za ten wysiłek, na którym uczelnia buduje swój prestiż, redakcja pokonferencyjnego tomu, za którą dostają punkty. O ile wyprowadzą faktury na czysto i zadbali wcześniej o dofinansowanie. Nie wiem, czy te osoby uwzględnione zostały w cytowanym badaniu, ale gwarantuję wam, że w konferencyjnym roku dużo nie opublikują.

Jeszcze inni mają projekty. A nawet są ich kierownikami. Co oznacza, że 90 procent ich życia zawodowego to administracja, i to niekiedy przez trzy lata. Za to też są punkty, ale już nie w kategorii publikacje.

I może są wśród nas tacy, co nie publikują dla punktów, bo chodzi im o coś innego. Jakość stawiają ponad ilość, gardzą systemem, który każe publikować za wszelką cenę?

I pewnie część z nas jest nieudacznikami, którzy nie są w stanie spełnić wymogów dotyczących publikacji. I nieznana liczba niepublikujących z innych powodów. Jednak zbiorowy entuzjazm czytelniczek i czytelników wiązał się z ujawnieniem owej gigantycznej liczby nieudaczników, którzy oczywiście blokują etaty zdolnym i ambitnym. I rzeczywiście, zdarza się niekiedy, że tak się dzieje, ale nie wierzę by dotyczyło to połowy pracowników nauki.

Wrzucanie tych wszystkich pracowników nauki, którzy z różnych powodów nie publikują, do wora z domyślną metką „nieudacznicy” nie jest nijak uzasadnione, choć autor tekstu publicystycznego przecież miał do tego prawo. To szeroki odzew i aplauz, jakie nastąpiły po jego publikacji mnie niepokoją. Przypominają mi serię tekstów, w których nauczycielki i nauczyciele szkolni deklarowali, że bardzo poważnie traktują swoją pracę, że ją wręcz kochają, ale absolutnie nie są skłonni chronić ‘przywilejów’ nauczycielskich, czyli Karty Nauczyciela. Ten sam ton słyszę w komentarzach pod tym tekstem. To głos usprawiedliwiający cięcia w etatach i uprawnieniach, które dotkną w końcu i Was, wysoko punktowani Koledzy i Koleżanki. To głos liberalnego człowieka przedsiębiorczego, który sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, a jak sobie nie radzi, to sam sobie winien, i musi odejść.

Koledzy i Koleżanki, uczelnie zwalniają, a nas już nie chroni odpowiednik Karty Nauczyciela. Piętnując, nawet w dobrej wierze i słusznym zranieniu, tych niepublikujących, dostarczacie amunicji nie tylko zwolennikom uczelnianej merytokracji, ale zwolnień za wszelką cenę, pozbawienia pracowników naukowo-dydaktycznych ich rzekomych przywilejów, i wreszcie tych, którzy uważają nas wszystkich za nieproduktywnych pasożytów

Znam parę osób, które koło czterdziestki, a nawet po drugiej jej stronie przestały być adiunktami. Bo nie spełnili wymagań, znaczy się są nieudacznikami. Po dwudziestu latach na uczelni, po dwudziestu latach pracy a nie beztroskiego obijania się brutalny pozauczelniany rynek pracy mówi im, że są nieudacznikami, do niczego się już nie nadają, ich doktorat o kant potłuc. No w sumie można się z dyktatem rynku zgodzić. Tylko, że wy możecie być następni.

Czytaj również
*
IzaDesperak