Bloombergizm. Kadencja sukcesów, postępowości oraz dwuznaczności

Drukuj

Choć era Michaela Bloomberga dobiega końca, nie wiadomo jeszcze, jak zostanie zapamiętana. Jego poprzednicy, którzy urzędowali w ratuszu przez kilka kadencji, byli postaciami nietuzinkowymi: „Ed” Koch (1978–1989) znany był z poczucia humoru, autopromocji i ocalenia miasta przed bankructwem. Rudy Giuliani (1994–2001) został zapamiętany przez swój awanturniczy styl bycia, zwycięską walkę z przestępczością oraz efektowną przemianę Nowego Jorku w miejsce, w którym chce się mieszkać. A Bloomberg po 12-letniej kadencji jest bardziej kojarzony ze swoimi mniej istotnymi przedsięwzięciami – propagowaniem ogólnokrajowego zakazu noszenia broni oraz walką z paleniem i niezdrową żywnością – niż ze swoimi flagowymi projektami w dziedzinie bezpieczeństwa publicznego oraz reformy opieki społecznej, które bezsprzecznie są godne podziwu. Ustępujący burmistrz planuje zająć się doradztwem, aby skorzystać mogły także inne miasta. Jeśli nowojorczycy nie są w stanie całkowicie pojąć bloombergizmu jako filozofii sprawowania władzy – jeśli taki koncept w ogóle istnieje – nie można ich za to winić. Jak więc należy rozumieć bloombergizm?

Początki kariery pierwszego burmistrza miliardera są już teraz dobrze znane. Pochodzący z Bostonu – co jest kulą u nogi każdego polityka, który stara się o urząd burmistrza Nowego Jorku – Bloomberg ukończył Uniwersytet Johna Hopkinsa i Harvard Business School. Po pojawieniu się na Wall Street został partnerem w spółce Salomon Brothers do czasu, gdy jego udziały zostały wykupione za 10 mln dol. w 1981 r. Dzięki tym funduszom stworzył serwis informacyjny Bloomberg L.P., który wkrótce urósł do rozmiarów imperium wartego 31 mld dol.

Niespełna 60-letni Bloomberg rozpoczął karierę w polityce. Pierwszy raz burmistrzem został w wyborach w 2001 r. po zamachach terrorystycznych z 11 września. Kampania burmistrza Bloomberga, która umożliwiła mu zaistnienie w życiu publicznym, charakteryzowała się oportunizmem, który odzwierciedlał jego stosunek do polityki w całej jego karierze. Do czasu wyścigu o fotel burmistrza Bloomberg był demokratą, nawet jeśli nieszczególnie radykalnym. Ale w Nowym Jorku, w którym przewaga mieszkańców popierających demokratów wynosi 5:1, w prawyborach roi się od demokratów, którzy, aby uzyskać poparcie, faworyzują pewną grupę rasową albo etniczną. W 1977 r. wszyscy główni gracze o fotel burmistrza – Mario Cuomo, „Ed” Koch i Bella Abzug – próbowali pokonać ówczesnego burmistrza, „Abe” Beame, agitując w różnych okręgach wyborczych. Start w prawyborach demokratycznych w Nowym Jorku to niepewna sprawa. Bloomberg wpadł na pomysł, by obejść to zacięte pole bitwy, startując z mniej zatłoczonych list republikanów. W innym kontekście politycznym liberalizm społeczny Bloomberga i jego twarde stanowisko w sprawie ograniczenia prawa do posiadania broni mogłyby istotnie uniemożliwić mu start w barwach republikanów. Ale nowojorscy republikanie zawsze byli bardziej liberalni społecznie niż całość partii, i tak oto niezależny finansowo kandydat otrzymał nominację.

Jednak wybory powszechne to zupełnie inna historia. Zdawało się, że Nowy Jork po podwójnej – silnej lecz niepozbawionej sporów – kadencji Giulianiego jest nastawiony na demokratycznego burmistrza. Media oraz liberalne grupy interesu nie ustawały w krytyce jego administracji i wkrótce przekonali też wyborców. W czerwcu 2001 r. rankingi wskazywały na Marka Greena jako demokratycznego przeciwnika Bloomberga, który miał przewagę 40 punktów. Ataki terrorystyczne z 11 września przechyliły szalę wyników, przywracając priorytet kwestii bezpieczeństwa w obawie przed chaosem w Nowym Jorku, który mieszkańcy pamiętali sprzed kilku lat. Ataki sprawiły również, że ludność zaufała odwadze burmistrza Giulianiego, co odbiło się korzystnie na jego notowaniach. A poparcie Bloomberga, udzielone przez burmistrza, miało bezprecedensowe znaczenie. „Time” określi je jako „magiczne”. Ekspert w dziedzinie wyborów Ken Goldstein twierdzi, że ogłoszenia wyborcze Bloomberga, ukazujące Giulianiego, publikowane pod koniec kampanii miały kluczowe znaczenie w nadrabianiu zaległości Bloomberga z jej początku. Dzień po tym, jak pojawiły się ogłoszenia z Giulianim, Bloomberg nawet dorównał Greenowi.

Nikt jednakże nie zobaczyłby tych skutecznych ogłoszeń, gdyby Bloomberg nie wznawiał ich raz za razem. Jego szczęście polegało na tym, że pieniądze – drugi czynnik kształtujący wybory w 2001 r. – nie stanowiły dla niego problemu. Bloomberg wydał na kampanię wyborczą 70 mln dol., co pozostawiło w głębokim cieniu 15-milionową kampanię Greena. Reklamy telewizyjne Bloomberga w liczbie 6,5 tys. zagłuszały 2,5 tys. reklam rywala, ale to nie one stanowiły o jego miażdżącej przewadze. Pod koniec kampanii – jak zauważa Adam Nagourney z „New York Times” – „Bloomberg był wszechobecny: był w telewizji i w radiu, w skrzynkach pocztowych i na stronach internetowych”. Nawet wysyłał nagrania wideo, w których apelował o głosy mieszkańców wszystkich nowojorskich domostw”. Rzecznik demokratów Joseph DePlasco w rozmowie z „New York Times” powiedział: „wydaliśmy na kampanię więcej, niż pozwalał na to rozsądek, ale i tak nie mieliśmy szans. To nie jest jak porównywanie jabłek i pomarańczy. Bardziej jabłek i melonów”. Wcześniej podobny efekt uzyskał Koch, łapiąc każdy dostępny mikrofon – w radiu, telewizji, filmach, nawet na Broadwayu. Bloomberg dokonał podobnego osiągnięcia za pomocą książeczki czekowej.

Hojność w wydatkach pomogła mu wygrać kolejne dwie kadencje. W kampanii w 2005 r. pokonał swojego przeciwnika Fernanda Ferrera 20-punktową przewagą. Jego fortuna umożliwiła mu wydanie ponad 10 mln dol. Podzielił nowojorczyków na kategorie: FANS (bojaźliwi i niespokojni nowojorczycy), Middle Middles (przekrój klasy średniej przez wszystkie rasy) i kulturalni liberałowie, a następnie oddziaływał na każdą grupę przez odpowiednio ukierunkowane treści. Reporter Jim Rutenberg oschle skomentował ten podział: „Nie jestem pewien, czy będzie jeszcze jakiś kandydat na burmistrza mogący sobie pozwolić na to, by dorównać staraniom pana Bloomberga”. W ostatniej kampanii, w roku 2009, pokonał swojego rywala demokratycznego Billa Thompsona, uciekając się do innych kosztownych metod, po przegłosowaniu przedłużenia kadencji, co umożliwiło mu ubieganie się o trzecią kadencję. (Niedługo po tym, jak objął urząd, przywrócono limit dwóch kadencji, co sugeruje, że Bloomberg nie był przeciwny ograniczeniu samemu w sobie, lecz obowiązkowi stosowania się do niego). Tym razem margines przewagi był niewielki – tylko 5 punków. Podsumowując, Bloomberg wydał łącznie mniej więcej 245 mln dol. własnych pieniędzy na wszystkie trzy kampanie. Ta zawrotna suma zaledwie uszczknęła kawałek z całej jego fortuny.

Pieniądze pomogły Bloombergowi spełnić nie tylko cele jego kampanii wyborczych. Czasami ofiarowywał pieniądze organizacjom borykającym się z ograniczeniami budżetowymi. „Gdy wprowadził cięcia w instytucjach kulturalnych, by dopiąć budżet – jak zauważa Chris Smith w «New York» – po cichu sięgnął do własnej kieszeni, by wyrównać straty”. Strumień pieniędzy z osobistego konta Bloomberga płynął do różnych nowojorskich instytucji wedle jego własnego uznania. „Ponad pięćset z tysiąca dwustu obdarowanych dzięki szczodrobliwości burmistrza to jednostki z siedzibą w Nowym Jorku” – donosi Hendrik Hertzberg z „The New Yorker”. Tak nieposkromiona hojność niewątpliwie uchroniła burmistrza przed krytyką.

Jednak szczęście i pieniądze to za słabe argumenty, by wyjaśnić, jak Bloomberg był burmistrzem przez 12 lat. Przecież odchodzi z urzędu, ciesząc się poparciem połowy Nowego Jorku, i tylko niewielki odsetek mieszkańców uważa, że się nie spisał. Ale za co dokładnie ludzie go cenią? Krótki przegląd głównych dokonań burmistrza pokazuje znaczące sukcesy, ale też pewne potknięcia oraz jaskrawą dwuznaczność ideologiczną.

Tę dwuznaczność widać już po składzie grupy doradców politycznych, w której występują wartościowi i znani ludzie – tzw. Złotej Armii Bloomberga, jak określił ich „New York Observer”. Do tej bardzo niejednorodnej grupy zaliczały się następujące osoby: medialny guru David Garth, który wcześniej pracował po jednej i po drugiej stronie sceny politycznej, Frank Luntz, ankieter republikańskiej rewolucji z 1994 r., Doug Schoen – ankieter demokratyczny, prawnik republikański Lawrence Mandelker i liberalna profesor z Barnard College Ester Fuchs. Czy takie grono ludzi byłoby w stanie prowadzić przyjacielską konwersację na przyjęciu, jest dość wątpliwe, nie mówiąc już o ścisłej współpracy na rzecz promowania polityki jednego człowieka. Bliscy współpracownicy burmistrza reprezentowali również różnorodne poglądy polityczne. Począwszy od Joela Kleina, urzędnika Departamentu Sprawiedliwości za czasów Billa Clintona, którego zadaniem było zarządzanie skomplikowanym systemem szkół publicznych w Nowym Jorku, aż po Roberta Doara, mianowanego niegdyś przez George’a Pataki, który dołączył do zespołu ekspertów w 2007 r. jako komisarz Departamentu Administracji Zasobami Ludzkimi (HRA) Stanów Zjednoczonych. W decyzjach personalnych Bloomberg poszukiwał talentu i technokratycznej bystrości i nie zwracał uwagi na poglądy.

Michael_R_Bloomberg

Jednym z niekwestionowanych sukcesów administracji Bloomberga jest utrzymanie porządku publicznego. W 1990 r. liczba morderstw w Nowym Jorku osiągnęła historyczny poziom 2245 rocznie, co skłoniło wielu obserwatorów do powątpiewania, kto rządzi miastem. Postępowa rewolucyjna walka z przestępczością zainicjowana przez burmistrza Giulianiego i wieloletniego komisarza Departamentu Nowojorskiej Policji Williama Brattona szybko zmniejszyła skalę zabójstw oraz innych przestępstw, opanowując katastrofalną sytuację i stając się symbolem sukcesu miasta. Walka z przestępczością była kontynuowana przez burmistrza Bloomberga, a jego szef policji Ray Kelly zredukował etaty w departamencie tak, by sprostać ograniczeniom budżetowym, nawet wtedy, gdy po atakach z 11 września Departament Nowojorskiej Policji wprowadził supernowoczesne środki do walki z terrorystami. Nieustająco borykał się również ze sprawami sądowymi przez politykę pozwalającą policji na zatrzymanie, przesłuchanie, a czasem również przeszukanie. Wskaźnik zabójstw w roku 2012 spadł do 414, a Nowy Jork stał się najbezpieczniejszym miastem w Stanach Zjednoczonych – to spektakularne osiągnięcie burmistrz Bloomberg może częściowo przypisać sobie.

Podobnie jak w kwestii przestępczości również w polityce socjalnej Bloomberg bazował na osiągnięciach Giulianiego, a czasem nawet je ulepszał. Przez bezwzględną walkę z oszustwami, wcielanie w życie ambitnych programów pracy dla bezrobotnych i reformę biurokracji w pomocy społecznej, tak by potrzebujący otrzymywali zatrudnienie, a nie tyko zapomogę, Giuliani zredukował kosztującą 1 mln dol. machinę pomocy społecznej o połowę. Mimo że koniunktura za czasów Bloomberga była słabsza, a ludzie na zasiłkach stanowili mniejszą, lecz długotrwale potrzebującą grupę, burmistrz obiecał kontynuować politykę kładącą nacisk na zapewnienie zatrudnienia. „Nie pozwolimy, by nasze miasto uległo kulturze uzależnienia od pomocy państwowej” – powiedział burmistrz i dotrzymał słowa. Bloomberg zawetował kilka prób uchwalenia bardziej pobłażliwych wymagań rynku pracy i zaproponował nowe reformy. Jego inicjatywa WeCare w roku 2005 skupiała uwagę na osobach z uzależnieniami, z zaburzeniami emocjonalnymi lub innymi problemami, traktując każdego indywidualnie i jak zawsze z naciskiem na przywrócenie ludzi na rynek pracy. Za kadencji Bloomberga wypłaty zapomogowe spadły o 20 proc.

Burmistrz tak samo entuzjastycznie łączył nacisk na zapewnienie pracy z bardziej szczodrymi działaniami samorządu w walce z biedą. W 2006 r. wprowadził nowy oręż w ramach agresywnej kampanii miejskiej przeciwko biedzie, który skupiał się wokół Center for Economic Opportunity (Centrum Możliwości Gospodarczych), które otrzymało od miasta o ponad połowę więcej niż planowane 100 mln dol. Dyrektor zarządzający centrum wytoczył działa w postaci nowych projektów – m.in. the Office of Financial Empowerment, Save USA, CUNY ASAP, Jobs-Plus oraz Young Men’s Initiative – z których wszystkie miały na różny sposób walczyć z „czasem biedy, który nastał w Nowym Jorku” oraz „wzmacniać kapitał ludzki i niezależność finansową”. Czy taka polityka przyniesie długotrwałą poprawę, dopiero się okaże. Ale z politycznego punktu widzenia polityka socjalna Bloomberga była skierowana do wszystkich. W 2005 r. Joel Berger z nowojorskiej Coalition Against Hunger (Koalicja przeciw głodowi) określił podejście burmistrza w następujący sposób: „To niesamowite, jak przekonał konserwatystów Giulianiego, że wcale nie zmienił polityki, a z drugiej strony z powodzeniem zapewnił liberałów, że istotnie ją zmienił”.

Jego osiągnięć w dziedzinie edukacji nie można nazwać stuprocentowym sukcesem. Wraz z Joelem Kleinem niewątpliwie wprowadzili wiele nowości. Fernando Santos z „New York Times” tak niedawno podsumował reformy w szkolnictwie: „nadanie dyrektorom większej swobody zarządzania budżetem, zaostrzenie warunków uzyskania gwarancji zatrudnienia oraz zamknięcie, w dobie kryzysu, ponad 100 szkół i otwarcie dziesiątek szkół społecznych w obszarach zamieszkiwanych przez klasę średnią i mało zamożnych”. Reformy szkolnictwa w erze Bloomberga oparte na pociąganiu do odpowiedzialności i rywalizacji usprawniły zarządzanie systemem szkolnictwa i przełożyły się na sukcesy uczniów. Znacznie wzrosła liczba uczniów kończących szkołę (ale również zanotowano większą liczbę aplikantów, którzy dostali się do City University of New York i wymagali powtórki), a testy w stanie Nowy Jork pokazały, że różnica pomiędzy poziomem dzieci z miasta i całego stanu się zaciera. Program pilotażowy Kleina wprowadzający bogaty treściowo Podstawowy Program Nauczania zapowiadał się bardzo obiecująco, a obecnie zostanie wprowadzony w innych miastach.

Reputacja burmistrza ucierpiała w 2011 r. wskutek raportu sporządzonego po narodowej ocenie postępów w nauce (NAEP), uznawanej za „krajowy dzienniczek”, który ujawnił, że od 2003 r. dzieci po ośmiu latach nauki poczyniły znikomy postęp w matematyce oraz umiejętności czytania. Zaledwie 24 proc. uczniów zaliczyło test kompetencji z matematyki, również tylko 24 proc. zdało podobny test z czytania. W 2013 r. wyniki testów NAEP nie różniły się znacząco. A nawet jeśli poczyniono pewne postępy, to jakim kosztem? Budżet przeznaczony na szkolnictwo podwoił się za czasów Bloomberga (z 12 do 24 mld dol.) – był to zdecydowanie największy krótkoterminowy wydatek na szkolnictwo poczyniony przez jakiekolwiek miasto Stanów Zjednoczonych. Burmistrz popełnił kolejny błąd, kiedy zatrudnił Cathie Black, swoją znajomą i byłego wydawcę, która w 2010 r. zastąpiła odchodzącego Kleina jako kierownik departamentu szkolnictwa. Nikt nie zarzuciłby Black braku urzędniczej błyskotliwości, co Bloomberg zawsze podziwiał, lecz nie miała żadnego przygotowania do pracy w oświacie. Jej urzędowanie stało się żenującym pasmem gaf, łącznie z żartem na temat antykoncepcji, obraźliwym dla rodziców, oraz wyśmiewaniem się z grupy rodziców protestujących przeciwko zamknięciu szkoły. Black ustąpiła z urzędu po trzech miesiącach.

Sytuacja gospodarcza Nowego Jorku za czasów Bloomberga miała swoje blaski i cienie. Nowy Jork korzystał z dobrej koniunktury pod rządami Bloomberga, częściowo spowodowanej zmianą granic administracyjnych obejmującą mniej więcej 40 proc. miasta. Osiem najwyższych wieżowców miasta powstało właśnie w tym czasie. Średnia cena mieszkania w Nowym Jorku poszybowała w górę z 382 tys. do 825 tys. dol. – dobra nowina dla właścicieli nieruchomości i pracowników sektora nieruchomości, ale niezbyt dobra dla kupujących. Miasto wyszło również z kryzysu w 2008 r. szybciej niż reszta Stanów Zjednoczonych, częściowo dzięki hojnej federalnej pomocy finansowej dla Wall Street oraz sztucznie korzystnemu kredytowi, dzięki uprzejmości Rezerwy Federalnej. Do 2011 r. Nowy Jork zdołał odzyskać wszystkie miejsca pracy utracone w wyniku kryzysu finansowego oraz utworzyć 100 tys. nowych. Dla porównania gospodarka narodowa pozostaje 4 mln miejsc pracy poniżej szczytu sprzed recesji. Niezależne Biuro Budżetowe (IBO) miasta przewiduje, że jeśli obecna koniunktura się utrzyma, gospodarka przekroczy poziom 4 mln miejsc pracy w roku 2014, co będzie dokonaniem przełomowym.

Ale podatki w mieście pozostają na niezwykle wysokim poziomie, nawet jak na wielkomiejskie standardy, a zwiększenie przez Bloomberga podatku od nieruchomości o 18,5 proc. tylko pogorszyło sytuację. W rzeczywistości, odkąd Bloomberg objął fotel burmistrza, podatki Nowego Jorku podwoiły się, rosnąc dwa razy szybciej niż wydajność gospodarcza miasta. Wobec bardziej niż kiedykolwiek zaciętej rywalizacji o inwestorów między stanami i miastami Nowy Jork nie może sobie pozwolić na tak mało zachęcające podatki. Niestety, obniżanie ciężaru podatkowego nie będzie łatwe. I pomimo że Bloomberg bywa nazywany „burmistrzem biznesmenem”, który ma oko na całokształt, wydatki miasta wzrosły o 55 proc. w ciągu 12 lat jego urzędowania (z czego duża część poszła na szkolnictwo i emerytury dla pracowników sektora publicznego), a dług się podwoił.

Prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnym aspektem sprawowania przez niego urzędu było przekonanie, że to władze powinny motywować ludzi do podejmowania bardziej korzystnych dla nich decyzji. Od zakazu palenia w barach (i praktycznie wszędzie indziej) oraz stosowania tłuszczy trans w restauracjach, przez zobligowanie sieci fast foodów do zamieszczania informacji o liczbie kalorii na każdym produkcie, aż po zakaz spożywania napojów wysokosłodzonych Big Gulp (który ostatecznie zakończył się fiaskiem). Tendencje Bloomberga do przesadnej opiekuńczości nad miastem były zawsze eksponowane i równie często wyszydzane. Istotnie, gdy Amerykanie z innych stanów słyszą nazwisko Bloomberg, właśnie takie są ich pierwsze skojarzenia. Kolejna rzecz, z którą go utożsamiają, to propagowanie zakazu noszenia broni dalece wykraczające poza granice jego burmistrzostwa.

I tak w chwili, kiedy Bloomberg przekazuje Nowy Jork w ręce swojego następcy Billa de Blasio, pierwszego demokratycznego burmistrza od dwóch dekad, może z czystym sumieniem spojrzeć na swoje dokonania i z pełną świadomością stwierdzić, że są one w większości pozytywne. Miał tylu wrogów po obu stronach sceny politycznej, ilu zwolenników, więc zarówno lewica, jak i prawica mogły powoływać się na decyzje polityczne Bloomberga, i te, z którymi się nie zgadzali, i te godne pochwały. Jeśli chodzi o bloombergizm, Michael Bloomberg był jedyny w swoim rodzaju: nieprędko znajdzie się burmistrz tak ideologicznie elastyczny, bezwzględny wobec przestępczości, opowiadający się za reformą społeczną i edukacyjną, finansowo niefrasobliwy, stawiający na swoim autokrata, technokratyczny miliarder. Po kilku latach „postępowych” rządów de Blasio, nowojorczycy mogą bardzo zatęsknić za burmistrzem Bloombergiem.

Tłumaczenie: Katarzyna Różańska

Tekst oryginalnie ukazał się na portalu magazynu „City Journal” .

Został zamieszczony również w XVII numerze „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
TeviTroy