Brexit, którego nie będzie

Drukuj

Faktyczny, a nie referandalno-medialny Brexit pociąga za sobą konieczność rozwiązania tylu prawnych i politycznych węzłów gordyjskich, że jego prawdopodobieństwo wydaje się dziś niewielkie.

Ad 1. „Każde Państwo Członkowskie może, zgodnie ze swoimi wymogami konstytucyjnymi, podjąć decyzję o wystąpieniu z Unii”. Wydaje się, że wymogi konstytucyjne nie są obecnie i nie zostaną spełnione. Zgoda Szkocji i Irlandii Północnej nawet nie majaczy na horyzoncie.

Ad 2. To Komisja ma kompetencje do prowadzenia negocjacji. Nie Rada, nie żadna grupa państw stanowiących trzon Unii, nie Parlament Europejski. Podjęcie decyzji o tym kiedy poinformować Radę Europejską pozostaje w gestii państwa, które chce wystąpić, czyli Wielkiej Brytanii. Powiadomienie jest jednocześnie deklaracją intencji, nie wystąpieniem samym w sobie. Deklaracja tego typu może zostać wycofana przez przyszły rząd brytyjski, jeśli będzie to miało miejsce w ciągu dwóch lat po zgłoszeniu powiadomienia – lub później, jeśli Rada Europejska jednogłośnie wyrazi zgodę na wydłużenie terminu (czytaj: najprawdopodobniej dojdzie do wcześniejszych wyborów, które Brexiterzy przegrają, zaś w nowym rządzie Brexit nie będzie już na stole). Rada Europejska podejmuje decyzję dot. warunków wystąpienia większością kwalifikowaną, ale (zob. odniesienie do artykułu 218) w sferach gdzie jedność jest wymagana, znajduje zastosowanie prawo veta. Dodatkowo, Parlament Europejski musi zatwierdzić warunki wystąpienia, które są jednocześnie (ponownie odniesienie do art. 218) pod kontrolą Trybunału Sprawiedliwości. Ponadto, Brexit będzie wymagał redefinicji liczby mandatów w Parlamencie Europejskim, w Komisji i zaadaptowania podwójnej większości w Radzie Europejskiej (i pozostałych instytucjach). To główna zmiana która musiałaby nastąpić w traktacie, a która wymaga ratyfikacji przez wszystkie państwa członkowskie – uwzględniając w niektórych przypadkach referenda (czytaj: jest wysoce prawdopodobne, że dwuletni deadline zostanie wydłużony przez Radę Europejską. Wystarczy przypomnieć sobie jak długo trwało ratyfikowanie Traktatu z Lizbony…). Jeśli Wielka Brytania chce dołączyć do Europejskiego Obszaru Gospodarczego (co jest wysoce prawdopodobne), musi najpierw uzyskać zgodę wszystkich członków EOG (tzn. znajdzie się w bardzo niekorzystnej pozycji negocjacyjnej. Nie zazdroszczę przyszłemu rządowi brytyjskiemu dążeń do stworzenia korzystnych warunków do zaistnienia tego porozumienia w obliczu potencjalnego Brexitu).

Ad 3. Gdy traktaty przestaną mieć zastosowanie w przypadku Wielkiej Brytanii (jeśli to kiedykolwiek nastąpi – patrz ad 1.), straci ona cały wpływ na instytucje UE. Nie będzie musiała wdrażać żadnych przyszłych legislacji. Jednak UK było członkiem UE przez ponad 40 lat i prawo brytyjskie jest głęboko przesiąknięte prawem europejskim. Nie da się tego odwrócić, szczególnie, że wiele praw w sferach spoza zakresu gospodarki (których Brexiterzy chcą się pozbyć w pierwszej kolejności) zostało zintegrowanych z prawem UE jako konwencje międzynarodowe, które w dalszym ciągu będą miały zastosowanie w Wielkiej Brytanii jako obowiązujące prawo międzynarodowe, a nie stricte europejskie (pamiętacie jak długo zajęło Polsce zainkorporowanie 80.000 stron prawa UE w procesie akcesji? Wyobraźmy sobie teraz jak wiele regulacji administracyjnych trzeba było wdrożyć? Możemy jedynie zgadywać, ile czasu zajęłoby odwrócenie tego procesu). Równie dobrze może się zdarzyć, że legislacja UE przestaje obowiązywać w Wielkiej Brytanii, ale pozostaje w mocy w Szkocji i Irlandii chyba, że jeśli rząd brytyjski zdecyduje się otworzyć puszkę Pandory i renegocjuje porozumienie w kwestii północnoirlandzkiej i szkockiej autonomii.

Przełożyła Olga Łabendowicz

Czytaj również
O autorze
*
KlausBachmann
Profesor politologii Uniwersytetu SWPS