Budżet obywatelski – najlepsze narzędzie partycypacji społecznej. Które nie działa.

Drukuj

Partycypacja społeczna ma swoje pięć minut. Zdecydowanie. To pięć minut trwa już od 2011 roku, kiedy w Polsce pojawił się pierwszy budżet obywatelski… No właśnie nie obywatelski – partycypacyjny. Jaka jest różnica? Budżet, o którym mówimy, to wydzielona część zasobu finansowego miasta, o której decydują mieszkanki i mieszkańcy miasta. Jeśli ten budżet jest obywatelski, to do kogo należy pozostała jego część? Te 99%, w przypadku Łodzi?

Budżet partycypacyjny to narzędzie, które tę aktualnie modną partycypację ma pobudzać i rozwijać. Pytanie brzmi, czy pięć edycji budżetu cokolwiek zmieniło w naszym podejściu do niej? Czy rozumiemy o co chodzi? Moim zdaniem, niezbyt. Zróbmy mały eksperyment myślowy.

Wyobraźmy sobie, że do centrum operacyjnego Wielkiego Zderzacza Hadronów wpuszczamy grupę przypadkowych osób. Wyobraźmy sobie także, że grupę ekspertów i ekspertek, inwestorów i inwestorek, dla których ten Zderzacz jest sensem życia, sadzamy za szybą – by mogli obserwować co się dzieje bez możliwości wpływu na działania tej małej, laickiej społeczności. Wyjaśniamy przypadkowym osobom, że to jest Wielki Zderzacz Hadronów i służy on do Zderzania Hadronów. I prosimy, by je zderzyli. Mam pełną świadomość, że porównywanie jednego z większych osiągnięć nauki do budżetu obywatelskiego może wydać się na wyrost. Myślę jednak, że to przykład dobrze wyjaśniający czemu budżet nie działa.

Na całym świecie wprowadza się budżety by zwiększyć wpływ obywatelek i obywateli na polityki miejskie; by nauczyć ich jak działa miasto, poprawiać zadowolenie i rozwijać wspólnoty. Budżet może także stanowić szkołę współodpowiedzialności – jest metodą decydowania jakie działania w mieście są ważne, jakie mniej ważne. Jest formą wspólnej odpowiedzi na pytanie, które z trzech zadań gminy lub powiatu realizować, kiedy stać nas w danym roku na jedynie dwa. To przykład niemiecki. Celów i motywacji jest mnóstwo. Każdy z nich wpływa na formę budżetu; wymaga zaakcentowania innych jego elementów bądź dodania działań wokół, które wpłyną pozytywnie na końcowy efekt.

Budżet w Łodzi został wprowadzony by zwiększyć wpływ Łodzianek i Łodzian na ich miasto. Procedura łódzkiego budżetu jest jedną z najbardziej przejrzystych procedur, jakie można sobie wyobrazić. Nie wymaga wiele od mieszkańców i mieszkanek: bazuje na obietnicy złożonej przez Urząd Miasta Łodzi, że zostaną zrealizowane wybrane w głosowaniu zadania. To, mówiąc ogólnie, dobra procedura – nie tylko przekazuje część budżetu w gestię społeczności, buduje także zaufanie. Zwrotnie wymaga praktycznie tylko jednego czynnika by być potencjalnie najlepszą na świecie. Wymaga obywatelki i obywatela w miejsce mieszkanki i mieszkańca. By tak sprofilowany budżet mógł działać efektywnie, uczestnicy życia społecznego powinni, po pierwsze: umieć spojrzeć na siebie i innych jako na społeczność, po drugie: potrafić zdiagnozować potrzeby społeczności, po trzecie: odpowiedzieć na pytanie, które z tych potrzeb są najbardziej pilne i powinny być realizowane jako pierwsze. Tymczasem w Łodzi powiedzieliśmy mieszkankom i mieszkańcom, że to jest budżet partycypacyjny, który służy do partycypacji. Dalej, dalej, zderzajcie hadrony! Przecież macie najlepsze na świecie do tego narzędzie!

I to się dzieje: próbujemy efektywnie wykorzystać narzędzie, które dostaliśmy. Lecz ponieważ jednak nikt nie powiedział nam do końca jak – idzie nam to strasznie opornie. Mówiąc krótko, bez ogródek: budżet obywatelski w Łodzi stał się budżetem bez konkretnego zadania, bez misji i wizji. Przynajmniej z perspektywy społecznych ideałów Urząd Miasta Łodzi udowodnił wielokrotnie, że w tym partycypacyjnym szaleństwie jest metoda. Upraszczając formularz, nie ograniczając głosowania na zgłoszone propozycje zadań, udało się stworzyć najlepsze narzędzie na świecie – nie partycypacyjne a PR-owe, nie jakościowe a ilościowe. Czy Łódź z dna społecznego zaangażowania trafiła na podium miast współtworzonych przez swoje społeczności?

Niezupełnie. Może i udaje nam się zderzyć ze sobą jeden hadron z drugim, jednak nie do końca wiemy właściwie po co i co z tego wynika. To jakby powiedzieć, że mamy tak mądrych mieszkańców, że sami doskonale radzą sobie ze Zderzaczem. Brak określonego celu w budżecie obywatelskim i brak mechanizmów wsparcia dla jego wdrażania to pierwsze z wielu kolejnych ogniw tego samego łańcucha. Łańcucha, na którego końcu wisi obywatelska kotwica ciągnąca Łódź partycypacyjnie w dół. Jeżeli społeczności nie mają środków i umiejętności by ze sobą rozmawiać, definiować swoje potrzeby oraz ustalać priorytety, budżet obywatelski staje się społeczną konkurencją: wygrywają Ci, którzy mają za sobą dobrze działającą wspólnotę, na przykład szkoły. Jeśli szkołom zabierze się inne źródła finansowania, bo przecież tak świetnie radzą sobie w budżecie obywatelskim, to będą one wygrywać jeszcze bardziej, zagarniając dla siebie praktycznie całość pieniędzy przeznaczonych na dane osiedle, dzielnice, miasto. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że organizatorom budżetu partycypacyjnego to pasuje. Te czterdzieści milionów zwraca się dość szybko; pod pozorem partycypacji społecznej pieniądze i tak wracają do budżetu miasta – tej części budżetu, z której finansuje się koszty stałe miasta. Takie jak utrzymanie placówek edukacyjnych chociażby.

Co dalej? Czy budżet obywatelski da się uratować? Wsadzić go ponownie na właściwy tor? Skierować w stronę społecznej i publicznej partycypacji? Czy można zderzyć hadron jeden z drugim, gdy się nie jest specjalnie ekspertką czy ekspertem? Można. I nie jest to wcale trudne. Wystarczy wprowadzić działania edukacyjne i aktywizacyjne dla społeczności lokalnych, które wyjaśnią nie tylko czym jest budżet i jak działa procedura, ale także wskażą, po co on w ogóle jest. Wystarczy zmienić procedurę – dostosować ją do społeczności, która słabo radzi sobie z procesami takimi jak deliberacja czy diagnozowanie wspólnotowych potrzeb. Być może warto dodać elementy dialogu społecznego? Dopuśćmy też do głosu tych, którzy wiedzą co jest potrzebne; którzy potrafią wytłumaczyć to innym i ich poprowadzić. Mamy przecież lokalnych liderów i liderki; mamy organizacje, grupy inicjatywne i rady osiedli. Usiądźmy i pomyślmy. Porozmawiajmy ze sobą.

Postawmy na jakość, a nie ilość. Zamiast, na przykład, planować zwiększenie kwoty budżetu z 40 milionów do 100, dorzućmy trochę środków na rozwój społeczności. No i przekażmy dodatkowe pieniądze szkołom, czyniąc je przy okazji społecznymi centrami aktywności. Da się uratować budżet. Nie tylko się da – trzeba go uratować. Wracając jeszcze na moment do Wielkiego Zderzacza Hadronów: jeżeli nie nauczymy jego nowych użytkowników jak i po co to działa; jeżeli decyzje o jego działaniu dalej będzie podejmować ktoś „na górze”, za chwilę uzyskamy najciemniejszy punkt wspólny tego porównania – czarną partycypacyjną dziurę.

Przemek Górski – koordynator projektowy w Fundacji Miejski Kolektyw.

Czytaj również
O autorze
*
PrzemekGórski
Koordynator projektowy w Fundacji Miejski Kolektyw