Bunt roz-dzielony

Drukuj

Nigdy nie odczuwałem potrzeby buntu. W wieku szkolnym miewałem swoje zdanie w sprawach klasowych, chadzałem własnymi ścieżkami, o których nie wiedzieli rodzice czy nauczyciele, jednak zdecydowanie obce były mi jawne demonstracje mojego prawa do „błędów młodości”, „wyszumienia się” czy „poprawiania skostniałego porządku”. Z perspektywy ponad dwudziestu lat od momentu, kiedy skończyłem szkołę, widzę, że miałem rację. Cóż bowiem bunt zmienia w życiu nastolatka? Nie zauważam, aby młodzież buntująca się posiadała większy zakres wolności od tej konsekwentnie dążącej do celu bez angażowania się w ideologiczne spory z opiekunami. Bunt najczęściej nie jest bowiem drogą do wolność, lecz jedynie do jej pozorów.

Wyrażająca moje poglądy powyższa konstatacja jest zapewne wynikiem pragmatycznej postawy wobec życia. Wolę spokojnie zjeść słodkie ciastko i popić je kwaśnym piwem niż demonstracyjnie pozwolić je sobie odebrać. Spór nie zaostrza mojego apetytu, a wygrana nie wzmacnia smaku. Moje prawo do niezdrowych posiłków uważam za istotne o tyle, o ile jest niezbędne do realizowania życiowych przyjemności (czytaj: osiągania życiowych celów oraz wyznawania wartości). Dlatego idea buntu młodzieńczego wydawała mi się w większości przypadków cokolwiek irracjonalna. A obecnie twierdzę, że na przestrzeni lat stała się narzędziem opresji, dziś już szczęśliwie coraz mniej skutecznym.

http://www.flickr.com/photos/ottodv/6856743259/sizes/m/
by ottodv

Sojuszników w swojej niechęci do buntu odnalazłem dopiero wtedy, kiedy już wyrosłem z wieku, w którym wypada się buntować. W latach 90. – kiedy skończyłem studia – w USA pojawiło się pokolenie, które ku przerażeniu socjologów wcale nie przejawiało ochoty do buntu. Ochrzczone „pokoleniem X” stało się przyczyną zgryzoty nauk społecznych, których język opisu okazał się nagle nieadekwatny. Co więcej, jeśli się spojrzy na to zjawisko z perspektywy początku drugiej dekady XXI w., widać wyraźnie, że pokolenie, które się nie zbuntowało, tworzy zdrowe, dobrze funkcjonujące społeczeństwo. Czyżby zatem – na wzór historii – miał nastąpić koniec czasów młodzieżowego buntu jako obowiązkowego rytuału przejścia w dorosłość? Czy liberalizacja życia społecznego posunęła się tak daleko, że nie ma się już przeciw czemu buntować? Nie sądzę, aby to było główną przyczyną osłabienia buntowniczych postaw młodzieży. Obawa przed kresem buntu sięga przecież znacznie dalej niż kilkunastu lat wstecz.

Jedną z najlepiej chyba znanych literackich spekulacji o paradoksie pełnej wolności i prawa do buntu jest wydany w 1964 r. dramat Sławomira Mrożka „Tango”. Występujący w nim Stomil i Eleonora to postępowi rodzice, którzy w swojej walce ze zmurszałym porządkiem posunęli się tak daleko, że w efekcie pozbawili swojego syna Artura prawa do buntu. Czy ojciec nie rozumie, że odebraliście mi ostatnią szansę? Tak długo byliście antykonformistami, aż wreszcie upadły ostanie normy, przeciw którym można się było jeszcze buntować – wyjaśnia Artur – dla mnie nie zostawiliście już nic, nic! Brak norm stał się waszą normą. A ja mogę się buntować tylko przeciwko wam, czyli przeciwko waszemu rozpasaniu.

Z zawartym w swoim dramacie wizerunkiem rewolucji obyczajowej, która rozprawia się ostatecznie z tradycyjnym porządkiem, Mrożek trafia idealnie we właściwy czas. Jak gdyby wyczuł nadchodzącą erę buntu młodzieży lat 60., która zakwestionuje dotychczasowe normy życia społecznego, politycznego i seksualnego. „Tango” trudno byłoby jednak uważać za tekst profetyczny. Mrożek nie opisuje bowiem rzeczywistości zastanej. Fundamentem jego rzeczywistości dramaturgicznej są wprawdzie żywe w danym momencie idee, koncepcje i wartości, jednak ich konfrontacja nie służy ukazaniu otaczającego nas świata, ale – jak wyjaśnia Małgorzata Sugiera – jest dokonywana w celu wskazania luk w obowiązującym porządku moralnym, które ujawniają się za sprawą konfrontacji kilku konkurujących norm. Główny prześmiewca polskiej rzeczywistości PRL-u otwiera zatem przed czytelnikami raczej przestrzenie sceptycyzmu aniżeli pola możliwych działań.

Różnica w podejściu do buntu wolnościowego, jaka zarysowuje się pomiędzy polskim dramatopisarzem a zmieniającą społeczny porządek świata zachodniego młodzieżą lat 60., jest emanacją dobrze znanego sporu pomiędzy myślicielami a działaczami. Spór ten jest jednak w pewnym stopniu pozorny. W obu bowiem przypadkach tok myślenia/działania obu stron zmierza ku rozwiązaniom, które przyjmują kształt ostateczny. W przypadku Mrożka jest to katastrofa realizująca się w postaci totalitaryzmu, dla dzieci kwiatów punkt docelowy stanowi utopijna wizja świata, w którym politykę (wojnę) zastępuje miłość. Ponieważ jednak utopia jest mało prawdopodobna, totalitaryzm zaś zdecydowanie niepożądany, w obu przypadkach bunt wydaje się trwałym, konstytutywnym elementem naszej rzeczywistości.

Jak zatem pokoleniu lat 90. udało się nie zbuntować? Wypada zacząć od tego, że nie nastąpiło to tak od razu. Samo określenie „pokolenie X” pochodzi z opisu socjolożki Jane Deverson, która nazwała tak badaną przez siebie angielską młodzież początku lat 60. Młodzież ta wedle opisu badaczki: „nie wierzyła w Boga, nie lubiła królowej i nie szanowała rodziców”. Pierwsze iksy były więc przedstawicielami typowej zbuntowanej młodzieży, która odrzuca wszystko to, co kojarzy się z porządkiem starszego pokolenia. Dwadzieścia lat później tym samym określeniem posłużył się Paul Fussell w wydanej w 1983 r. książce „Class: A Guide Through The American Status System”. Do swojego opisu struktury klasowej społeczeństwa Ameryki lat 60. i 70. Fussell wprowadził kategorię iksów, oznaczając nią tę grupę społeczną, która wymyka się – lub może jedynie stara się wymknąć – ustalonemu porządkowi pozwalającemu na zidentyfikowanie każdej jednostki jako reprezentanta określonej klasy społecznej. Iksy Fussella nie starały się bowiem wytworzyć kontrkultury, ale za pomocą drobnych odstępstw od norm społecznych zgubić swój klasowy trop.

Ostateczne ukształtowanie się tego rodzaju postawy utrwaliło się w świadomości społecznej za sprawą wydanej w roku 1991 książki Douglasa Couplanda „Pokolenie X”. I chociaż w Polsce iksów często utożsamia się z grupą ludzi zagubionych we współczesnym świecie, zarówno książka Couplanda, jak i szereg filmów kojarzonych z wizerunkiem tej właśnie generacji ukazują ludzi, którzy znaleźli sposób na współczesną poplątaną rzeczywistość. Z jednej strony doskonale orientują się w mechanizmach funkcjonowania dzisiejszego świata, z drugiej strony wykorzystują swoją wiedzę do dystansowania się wobec porządku, który mógłby stać się dla nich opresyjny. W tym sensie wspomniana wcześniej opozycja pomiędzy myśleniem i działaniem znalazła swoją syntezę w postaci strategii polegających na wymykaniu się porządkowi kultury przy jednoczesnym korzystaniu z jej osiągnięć.

Filozofowie i rewolucjoniści zostali zatem zastąpieni pokoleniem strategów. W konsekwencji bunt przestał być narzędziem określania swojego miejsca w świecie, nikt bowiem nie zamierzał go więcej określać. Iksy nie potrzebowały także burzyć ukonstytuowanego porządku, skoro mogły z niego korzystać, jednocześnie pozostając od niego niezależnymi. Dowodem skuteczności ich postawy stała się między innymi bezsilność typowych strategii reklamowych, które na iksów – jak się okazało – nie działały. Zarówno odwoływanie się do marzeń, ambicji, jak i branie pod włos potencjalnych klientów nie trafiało do młodych „niezbuntowanych”. Sposobem nawiązania porozumienia okazała się ostatecznie szczerość przekazu inkrustowana autoironią. Jednym z przykładów skutecznej reklamy, którą przywołuje w swoim znakomitym artykule o pokoleniu X Maciej Cydzik, był spot, w którym „piękna panna młoda w stylu rock wygląda jednak na nieco smutną i lekko pochlipującą. Po drugiej połowie wolno sunie napis czytany przez głęboki murzyński głos w stylu: Ta dziewczyna wychodzi za mąż. Zastanawia się, czy nie robi największego błędu w swoim życiu. Właśnie dlatego założyła czarną kurtkę na swoją suknię firmy…”. W wyniku tego nietypowego komunikatu sprzedaż sukien ślubnych wzrosła trzykrotnie, nowy wizerunek iksów został zaś ochrzczony mianem „bizarre”. O ile jednak określenie wyglądu danej grupy społecznej stanowi akt konstytuowania jej tożsamości, o tyle samo słowo bizarre nie do końca spełnia ten warunek. Oznacza ono bowiem wygląd dziwaczny, a zatem coś raczej nieokreślonego. Dziwaczny to niby ktoś inny, ale nie do końca odmienny. Połączenie czarnej skórzanej kurtki z suknią ślubną jest zestawieniem dziwacznym, wciąż jednak oba produkty są rozpoznawalne jako przynależące do dobrze znanych marek odzieżowych. Ustanowienie wyglądu bizarre nie podważyło strategii iksów, ale – paradoksalnie – potwierdziło jej skuteczność.

Sukces pokolenia X, które w ostatnich dwudziestu latach stało się najbardziej wyrazistą grupą społeczną, spowodował, że było ono punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń, nazwanych konsekwentnie pokoleniami Y oraz Z. Niewątpliwe zmiany w postawach i oczekiwaniach młodych ludzi, które zostały opisane przez socjologów, nie zmieniają jednak faktu, że wraz z pojawieniem się iksów koncepcja buntu jako nieodzownego narzędzia kształtowania się nowych grup społecznych, wspólnot, a w końcu także i instytucji została bardzo skutecznie podważona.

Niechęć do buntowania się, którą i ja podzielam, nie wypływa bowiem z zaniku warunków dla postawy sprzeciwu. Wbrew katastroficznym wywodom Mrożka poluzowanie gorsetu tradycyjnych norm moralnych oraz zasad zachowania nie otworzyło drogi do tyranii pozbawionych skrupułów prostaków. Nie urzeczywistniła się także utopijna wizja świata żyjącego miłością zastępującą konflikty. Choć wiele kwestii wciąż budzi sprzeciw społeczny, to jednak postawa buntownika oraz sam bunt wydają się coraz mniej wiarygodne.

Przyczyn takiego stanu rzeczy dopatrzyć się można w wielu aspektach życia społecznego. Pierwszym z nich pozostaje wzmożona świadomość współczesnych młodych ludzi, która każe im krytycznie podchodzić nie tylko do świata zewnętrznego, lecz także do samych siebie. Kiedy więc dziennikarz spytał jednego z młodych polskich dramatopisarzy (a zarazem twórcę kilku głośnych alternatywnych produkcji filmowych), czy czuje się buntownikiem, ten odparł, że absolutnie nie, tłumacząc się tym, iż trudno udawać zbuntowanego na stary porządek i jednocześnie korzystać z dobrodziejstw instytucji, które ten porządek stworzył. Nagrody, stypendia, wsparcie w postaci udostępnienia sal teatralnych czy choćby offowych sal kinowych sprawiają, że dzisiejszy głos sprzeciwu rozprzestrzenia się za pośrednictwem tych samych mediów, z których korzystają znienawidzone produkcje komercyjne oraz władza. W przypadku twórczości teatralnej, którą przywołuję tu jako jeden z refleksów współczesnej rzeczywistości, symptomatyczne w tym względzie będzie zawłaszczenie przez teatry państwowe sfery działalności artystycznej charakteryzującej do tej pory teatry offowe. Jak zatem można czuć się buntownikiem, dzierżąc jednocześnie funkcję dyrektora Teatru Narodowego?

Drugim z symptomów – a zarazem drugą z przyczyn – osłabienia idei buntu pozostaje odheroizowanie wizerunku osób walczących z systemem władzy. Dla opisania tego zjawiska przywołam Przemysława Wojcieszka, tym razem jako autora jednego z moich ulubionych dramatów – „Zabij ich wszystkich”. Napisany najpierw jako scenariusz filmowy w 1999 r. został następnie opublikowany w formie dramatu w antologii wydanej pod tytułem „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne”. Akcja przedstawia losy kilkunastoletniej Ewy, która przyjeżdża do małego miasteczka, gdzie po śmierci trzynastoletniego kibica młodzież starła się z policją. Ewa zamierza odwiedzić swojego brata, ale jej głównym celem jest udział w zadymie. Wizerunek małoletniej anarchistki jest nakreślony już w pierwszej jej wypowiedzi otwierającej dramat: Dobra. A teraz zagadka. Wiecie, jak szybko zapierdala dziesięciolatek na robotniczym blokowisku? Tak szybko, że skurwiel potrafi być szybszy od rozpędzonego radiowozu. Widzieliście to kiedyś? Ale chyba nie w państwowej telewizji. Pośpieszny mija brudne przedmieścia. Widać pierwsze spalone samochody. Tylko parę, a trzeba przecież spalić je wszystkie. Trzeba spalić wszystko do gołej ziemi. Wjeżdżam do środka płonącego miasta. Za plecami mam dom, w którym nie chcę mieszkać. W tej wstępnej deklaracji nastolatki jest zatem wszystko, co powinno się znaleźć w manifeście anarchistycznym. Łamanie norm „kulturalnego” języka, dowartościowanie walki z policją, krytyka państwowych mediów, ucieczka od świata oraz chęć totalnego zniszczenia tego, co stoi na drodze czyjejś wizji świata. Ewa jest jednak nie tylko mocna w słowach. Dołącza bowiem do zamieszek i walczy z policją jak chłopak. Kiedy jednak koledzy jej brata uciekają z domu przed najemcą, który formułuje pod ich adresem groźby w razie niezapłacenia czynszu, Ewa zostaje w mieszkaniu, aby zaczekać na nieświadomego całej sytuacji brata mającego wkrótce wrócić. Prawdziwy młodzieżowy bunt łączy bowiem bezkompromisowość z idealizmem oraz wyrastającym z niego heroizmem. Zgodnie więc z tym modelem Ewa zginie, jednak jej śmierć nie będzie heroiczna, choć całość wydarzeń wydaje się do tego zmierzać. Młoda dziewczyna ginie bowiem w bezsensownej szarpaninie z ochroniarzem, właściwie przypadkowo, a śmierć heroiczna musi przecież mieć swój sens. Przerażony czynem swojego „żołnierza” najemca postanawia podrzucić ciało Ewy w miejsce zamieszek, tak aby wydawało się, że dziewczyna zginęła z powodu udziału w zadymie. Zarówno więc w planie lektury tekstu, jak i w świecie fikcyjnym dramatu heroizm Ewy zostaje zanegowany. Dla pozostałych postaci z dramatu pozostanie ona jedynie nierozważną zadymiarą, która zaryzykowała zbyt wiele, dla czytelników zaś osobą o dobrym sercu, ale zbyt gorącej głowie. Jednak w tym, że wizerunek Ewy został odheroizowany, można zobaczyć znak współczesności, w której heroizm przestaje być miarą ludzkiego zaangażowania w sprawy istotne. Ewa to postać z pewnością pociągająca swoją bezkompromisowością oraz energią życiową. Nie są to jednak najważniejsze cechy głównej bohaterki dramatu Wojcieszka. W rozmowach, jakie prowadzi ona z innymi postaciami, okazuje się górować nad nimi inteligencją oraz przenikliwością oceny rzeczywistości Polski lat 90. Wprawdzie z wypowiedzi bohaterki trudno byłoby zrekonstruować całościową panoramę krytycznego spojrzenia na przemiany, jakie zaszły w naszym kraju oraz społeczeństwie, znaczący pozostaje fakt, że słowa Ewy to ważne i celne komentarze do wypowiedzi innych postaci oraz wydarzeń, które kształtują życie w Polsce końca XX w. Wizja życia w małym betonowym mieście, z którego pochodzi Ewa, jest istotnie różna od oficjalnego dyskursu medialnego, który ukształtował nasz sposób postrzegania życia na prowincji. Ocena żałosnego opozycjonisty w garniturze od Diora, który przyszedł do szkoły Ewy na pogadankę, podczas której domagał się wdzięczności za swoje poświęcenie, zostaje znakomicie skonfrontowana z osobą ojca dziewczyny, zwykłego nauczyciela historii, który od czterdziestu lat robi tylko to, co potrafi, uczy […]  i dlatego nie wydaje teraz rozkazów policji bijącej się z młodzieżą.

Obraz Ewy nie jest prawdziwszy ani od tego oficjalnego, ani od tego, jaki znamy z wypowiedzi krytyków polskich przemian po roku 1989. Z pewnością jednak młoda bohaterka dramatu „Zabij ich wszystkich” ma do powiedzenia coś istotnego. Pozwala nam spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość z nowej perspektywy. Aby jednak to stwierdzić, nie możemy na Ewę patrzeć jak na nastoletnią buntowniczkę, ale raczej jak na człowieka, który ma nam coś ważnego do powiedzenia. Buntownicy mają bowiem swoje prawo do wyrażania sprzeciwu, paradoksalnie nie posiadają jednak prawa głosu. Albo inaczej, nikt ich nie słucha. Pojęcie buntu zawiera przecież w sobie elementy irracjonalności i spontaniczności, które – nadając mu charakter heroicznego aktu transgresji – jednocześnie odbierają buntownikom powagę dojrzałego sprzeciwu. Bunt załogi na statku, powstanie czy młodzieńcza postawa sprzeciwu to chaos, który trzeba okiełznać. Chaos ożywczy, jednak niekonstruktywny. W konsekwencji takiego pojmowania aktów nieposłuszeństwa i sprzeciwu bunt oraz buntownicy tracą swój podmiotowy charakter i stają się zaledwie narzędziem przemian. Takiej zaś sytuacji nie zaakceptowało pokolenie iksów, które zanim zacznie działać, woli pomyśleć, o co w tym wszystkim chodzi. Do ich postawy przyczyniła się wspomniana już wcześniej poszerzona świadomość młodych ludzi, którzy obcując z medialnymi przekazami od małego, nie dają sobą tak łatwo manipulować. Mitologia młodzieńczego buntu to bowiem w głównej mierze pułapka, która pozwala skutecznie zapanować nad młodzieńczymi pokładami nonkonformizmu. Zgodnie bowiem z propagowanym przez literaturę, nauki społeczne oraz media modelem u podstaw buntu młodych ludzi nie leży chęć zmiany świata, ale potrzeba określenia swojej tożsamości indywidualnej i zbiorowej. To zatem, czego dotyczy bunt, pozostaje nieistotne. W gruncie rzeczy chodzi o ukształtowanie się wspólnoty, którą połączy doświadczenie buntu ustanawiające fundament porządku społecznego. Brak ukształtowanej tożsamości miałby bowiem skutkować niemożnością funkcjonowania instytucji społecznych. Po co zatem się buntować, skoro i tak kończymy w szufladce pokoleniowej, której jedynym wyróżnikiem jest etykietka niegdysiejszego przeżycia pokoleniowego? Czy urzędnik za biurkiem, który młodość spędził wśród dzieci kwiatów, różni się od swojego kolegi, którego młode lata upłynęły na koncertach punkowych? Odpowiedź brzmi: najczęściej nie. Dlatego świadome tego faktu iksy zrezygnowały z udziału w zastawionej na nich pułapce rytuału i – jak widać – niczego nie straciły.

Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że wraz z demaskacją buntu społeczeństwo nabrało cech konformistycznych. To prawda, że bohaterowie Couplanda z książki „Pokolenie X” wycofali się na obrzeża życia społecznego. Jednak już przykład Ewy z dramatu Wojcieszka pokazuje, jak siłę anarchicznego sprzeciwu uczynić głosem ważnej dysputy o rzeczywistości. Obok świadomości mechanizmów opresji oraz rezygnacji z potrzeby romantycznego heroizmu, który wyłącza buntowników ze społecznego dyskursu, trzecim i najnowszym aspektem zmiany społecznej jest gwałtowna rewolucja technologiczna, wspierająca nową koncepcję wspólnoty. Takiej wspólnoty, która opiera się na ciągłej aktywnej przemianie, nie zaś na konserwacji utrwalonych grup o określonej tożsamości. Zjawisko to opisuje Jean-Luc Nancy w swojej książce „Rozdzielona wspólnota”. Dla Nancy’ego wspólnota oznacza „wspólne dzielenie bycia, czy też samo bycie, jako dzielenie wspólnoty. Jest ono więc czymś, co łączy i jednocześnie separuje wszystkie jednostkowe byty. Tak rozumiane bycie-wspólnie nie ma jednej danej oraz właściwej postaci. Stanowi nie-immanentną «zasadę», która w każdym «ontycznym» przypadku podlega zdarzeniowej transformacji i przyjmuje odmienną postać, zawsze zachowując relacyjną strukturę «sieci, przeplatania się i dzielenia mnogich jednostkowości»”. Dla autora „Rozdzielonej wspólnoty” właściwą postawą pozostaje zatem uczynienie z „roz-dzielania” wspólnoty zadania politycznego, obowiązku przeciwdziałania sytuacji, w której wspólnota staje się dziełem ostatecznym. Ten sposób myślenia daje się jednak także przenieść jako postulat postawy krytycznej wobec rzeczywistości, w której bunt zostaje zastąpiony akcją sprzeciwu. A zatem przedsięwzięciem posiadającym jasno określony cel.

Przykładem, tym razem nie literackim, takiego sprzeciwu był protest przeciw ACTA, którego uczestników media starały się na różne sposoby zdyskredytować. Przedstawiano ich najpierw jak młodocianych hakerów, później jako osoby protestujące bezrefleksyjnie, bez zrozumienia istoty sprawy. Kiedy jednak okazało się, że przeciwnicy ACTA są w tej kwestii znacznie lepiej zorientowani od przedstawicieli rządu, rozpoczęła się dyskusja nad tym, czy „bunt” zaowocuje powstaniem nowej siły politycznej lub zostanie zagospodarowany przez już istniejącą. Te dość mało istotne rozważania puentowane były konkluzjami o braku wystarczających podstaw, aby protest przeciw ACTA mógł stworzyć nową jakość na polskiej scenie politycznej. Nie muszę dodawać, że wydźwięk tych konkluzji był zdecydowanie negatywny. Tymczasem to właśnie ów brak afiliacji grupowo-ideowej stanowił o sile działań podjętych przez przeciwników umowy podpisanej przez polski rząd. Ukształtowanie jakiejś nowej partii czy siły politycznej, która powstałaby na bazie owego sprzeciwu, dałoby asumpt do jej krytyki w myśl przyjętej w przestrzeni sporów politycznych zasady, że każdą nazwę ugrupowania można wykorzystać jako inwektywę. Tymczasem brak określenia tożsamości ideowej przeciwników ACTA sprawia, że o skuteczności ich działań decyduje siła argumentacji, nie zaś zdolność do samoorganizacji.

Przeprowadzenie skutecznej akcji blokującej wejście w życie niechcianej umowy stało się możliwe dzięki Internetowi. Po pierwsze, dzięki możliwości szybkiego komunikowania się i, co za tym idzie, prowadzenia protestu. Inną jednak właściwością samoorganizacji za pośrednictwem sieci jest ta, że kolejne podejmowane akcje nie doprowadziły do utrwalenia się stałej struktury grupowej. Okazało się zatem, że można prowadzić protest bez ustanawiania liderów czy nawet trwałej hierarchii. Ludzie, którzy spotkali się w czasie protestów, rozeszli się po osiągnięciu celu. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że „bunt” internautów nie odcisnął się w strukturze społecznej. Czasowa wspólnota przeciwników ACTA stanowi bowiem modelowy przykład tego, co Nancy opisuje jako „wspólnotę rozdzieloną”. Z jednej strony wszyscy uczestnicy akcji podzielili doświadczenie skutecznego oporu wobec władzy. Z drugiej strony ich „bunt” został także „roz-dzielony”. Aby wyjaśnić znaczenie tego terminu, raz jeszcze przywołam teoretyzujący opis wspólnoty Nancy’ego, dla którego jej „roz-dzielenie”, w myśl postmodernistycznego porządku metafor, oznacza jej rozsiewanie, rozplenianie. Skutecznie przeprowadzona akcja protestacyjna nie zastyga już zatem w postaci nowego ugrupowania, ale rozplenia się w społeczności aktywnych obywateli gotowych do podejmowania kolejnych działań na rzecz obrony swoich praw lub zmiany nieakceptowanej rzeczywistości. Skutkiem „buntu”, którym do tej pory był najczęściej nowy podział sceny politycznej, staje się dziś coraz bardziej efekt „buntu” rozsiewającego się w przestrzeni publicznej, pleniącego się w miejscach, które wymykają się kontroli opartej na porządku kategorialnym. Tym samym „bunt roz-dzielony” staje się skutecznym narzędziem sprzeciwu, które czyni podmiotem tych, co biorą w nim udział, oraz nadaje realny sens ich działaniom. ◘

Czytaj również
O autorze
*
WojciechBaluch