Czy Polska ma plan B? 

Drukuj

Brexit to sygnał, że stabilne i przewidywalne, zorganizowane w sposób pokojowy otoczenie, w którym przyzwyczailiśmy się funkcjonować przechodzi, być może, na naszych oczach do historii. Polskie elity, godne tego miana, nie mogą być na taki negatywny scenariusz nieprzygotowane.

Od czasu kryzysu spowodowanego rosyjską agresją na Ukrainę coraz trudniej powtarzać sobie, że „nasza wieś spokojna, nasza wieś wesoła”.

Mieliśmy ćwierćwiecze spokojnego rozwoju, bogacenia się i odbudowy państwa – na ile efektywnie wykorzystane, zależało to jedynie od nas samych.  Weszliśmy do najpotężniejszego sojuszu wojskowego i do unii polityczno-gospodarczej nastawionej na harmonijny wzrost i budowanie trwałej wspólnoty na kontynencie, który każde stulecie swojego istnienia okraszał wyniszczającymi wojnami. Mogło się wydawać, że wszystko co złe już za nami, a przed nami już tylko dobrobyt i rozwój.

Historia się jednak nie skończyła i dziś można odnieść wrażenie, że nasza rozwinięta i racjonalna cywilizacja zachowuje się jak rozkapryszony bogacz, szukający na siłę silniejszych wrażeń i możliwości utraty majątku.

Unia Europejska w obliczu Brexitu może wybrać jeden z dwóch kierunków – dezintegracji na potrzeby unikania kolejnych „exitów”, lub ściślejszej integracji w węższym gronie. W obu wariantach Polska może pozostać w europejskiej strefie wolnego handlu, niestety w wariancie drugim – jako sąsiad politycznej Unii.

Nie potrafimy dziś przewidzieć jak może zmienić się kształt NATO po jesiennych wyborach prezydenckich w USA. Jeśli wyobrazimy sobie w Białym Domu Donalda Trump’a – to ciężko nam będzie wyobrazić sobie politykę europejską i rosyjską jego administracji. Jeśli poddać analizie jego przekaz z kampanii – prezydent Trump nie będzie widział powodów do psucia sobie relacji z Putinem sprawami europejskimi, istotniejsza jest dla niego rywalizacja z Chinami, w której Rosja jest pożądanym sojusznikiem. Wiążemy wielkie nadzieje z odbywającym się dziś w Warszawie szczytem NATO, ale wszelkie decyzje jakie na nim zapadną, decyzje o jakie zabiegaliśmy od lat i od lat były przygotowywane, mogą być cofnięte jedną decyzją nowego amerykańskiego prezydenta.

Nie życzę sobie opisanych wyżej scenariuszy, jestem absolutnie przekonany co do tego, że ścisła integracja europejska i harmonijny rozwój NATO jest najlepszą z możliwych dróg do zagwarantowania Polsce i Polakom niepodległości i wolności, ale gdyby poszło źle, a może pójść źle…

Wieki istnienia rozczłonkowanej, Europy państw narodowych to wieki konfliktów i wojen, zmiennych koalicji – zjawisk, które per saldo nikomu nigdy się nie opłacały. Ale warto sobie przypomnieć kilka prawd z historii wynikających.

W Europie tamtej nie było miejsca dla „stabilnych średniaków” – suwerenność utrzymywali ci, którzy nikomu nie zagrażali (byli za mali) i ci którzy byli zbyt silni, żeby ich pokonać. Procesy globalizacyjne, prymat gospodarki nowych technologii w mojej ocenie prawidłowość tę umacniają – dla niezależności państw średniej wielkości i średniego potencjału działających samodzielnie miejsca nie ma. W sposób oczywisty częstszym skutkiem „pułapki państwa średniej wielkości” – pozwolę sobie na taką parafrazę modnego ostatnio wyrażenia z zakresu polityki ekonomicznej – jest marginalizacja i wypadnięcie z głównego nurtu polityki europejskiej, o światowej nie wspominając. Dużo trudniejszym, choć możliwym, zadaniem jest wybicie się na status regionalnego mocarstwa, zbyt silnego by mogło być marginalizowane.

Polska nie jest bez szans na budowę swojej mocarstwowości, choć dzisiejszy stan umysłów klasy politycznej nie napawa optymizmem. Żeby zbudować silną pozycję Polski trzeba przenieść naszą politykę do XXI wieku i odrzucić jej mitologię, zaczynając od odrzucenia tego, czego nie ma:

Nie ma dobrej alternatywy dla strefy pokoju pod nazwą Unia Europejska – wszystko co opiszę poniżej to ratowanie sytuacji jeśli UE zaniknie jako wyraźny byt polityczny

Nie ma politycznego zjawiska Międzymorza – nawet w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy doktryna ta miała podstawę we wspólnocie interesów państw tego obszaru była nierealizowalna – dziś, kiedy układ geopolityczny się kompletnie zmienił, ta wspólnota nie istnieje.

Nie ma powrotu do doktryny dwóch wrogów i równej odległości – dziś zagrożenie dla naszej suwerenności jest tylko z jednej strony, trzeba być niebezpiecznym wariatem żeby twierdzić inaczej. Niemcy nie są naszym wrogiem. Ten stan przez najbliższe lata się nie zmieni.

Truizm – ale warty powtarzania – nie ma historycznych więzów, nie ma bratanków, nie ma sentymentów – to opowieści dla mas i wypełniacze oficjalnych pogawędek dyplomatów – nie ma wczoraj, jest dziś i jutro i związane z tym interesy.

Polska sama z siebie nie posiada przyciągającej softpower – posiada poniekąd „pożyczoną”, jako przykład udanej transformacji i spełnionych aspiracji europejskich i euroatlantyckich. Będąc na obrzeżu Europy i NATO – wręcz tę siłę przyciągania tracimy.

Budując pozycję Polski w planie alternatywnym należy przede wszystkim:

Utrzymać maksymalnie dobre relacje z dzisiejszymi sojusznikami z NATO i UE, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec – z tym państwem mamy obecnie największe związki gospodarcze i to musi mieć równoważne odzwierciedlenie polityczne. Szukanie za Odrą wroga, a co gorsza odnalezienie go tam zniszczy każdy plan budowania samodzielnego znaczenia Polski.

Dokonać faktycznego pojednania na poziomie politycznym i kulturowym z Ukraińcami. Dziwaczna i niestabilna obecnie polityka wobec Ukrainy, uwolnienie w Polsce demonów nieustannych rozliczeń historycznych może doprowadzić do przyjęcia z czasem na Ukrainie doktryny dwóch wrogów – Rosji i Polski – co byłoby katastrofalne w skutkach. Ukraina musi stać się naszym głównym partnerem w polityce wschodniej, z Ukrainą najłatwiej jest znaleźć wspólnotę interesów, bo wspólne są nasze zagrożenia i bolączki w kategoriach geopolitycznych. Sine qua non silnej Polski w podzielonej Europie jest ścisły sojusz z Ukrainą.

Szukać porozumienia z państwami nadbałtyckimi – być może przez odnalezienie płaszczyzny współpracy ze Szwecją, do której jako stabilnej ciążą te państwa. Bałtycka wspólnota interesów wydaje się być realna, szczególnie że zdefiniowanie zagrożeń już dziś nie sprawia problemu.

Do spełnienia powyższego konieczna jest koncentracja wysiłku na inwestycjach infrastrukturalnych – trwałych połączeniach drogowych, kolejowych, energetycznych – które mogą także otworzyć drogę do ściślejszych związków z krajami ma południe od Polski – Czechami, Słowacją i Węgrami, w dalszej perspektywie być może Austrią i Rumunią.

Osią tworzenia takich sojuszy w sposób naturalny jest energetyka i rozwój gospodarczy – to bolączki całego regionu. Cały region, by przetrwać musi łączyć potencjały.

Nie od rzeczy będzie wspomnieć także o budowaniu siły zbrojnej – ona jest oczywiście niezbędna, ale budowa potencjału odstraszającego przez długie lata musi opierać się na współpracy z państwami dysponującymi zaawansowanymi technologiami, przede wszystkim z USA. Żadne brygady pospolitego ruszenia narodowego nie wystraszą potencjalnego agresora, posiadającego przewagę liczebną. Zrównoważyć ją może jedynie ponadstandardowa profesjonalizacja i wyposażenie armii.

Przy wszystkich tych procesach należy zachować otwartość na świat – autarkia nigdy nikomu nie daje wielkości, co najwyżej śmieszność. Nawet Chiny, przy swoim wielkim potencjale musiały otworzyć się na świat.

Tezy powyższe są oczywiście hasłowym skrótem – i oby pozostały publicystyczną zabawą, nie wymagającą testowania w praktyce. Ale warto myśleć nad planem B – dla zasady. Niezależnie od tego, że plan A zakładający uczestnictwo Polski w dalszej integracji i dobry kierunek rozwoju NATO, można by o realizację niektórych z nich wzbogacić.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinCeliński
Publicysta Liberte!, przedsiębiorca, przewodniczący Forum Liberalnego.
@ Marcin_Celinski