Czy ratować demokrację?

Drukuj

Odpowiadając pytaniem na pytanie: „przed kim?” (lub „przed czym?”) i stawiając kolejne: „czy warto?”

 

Wstępniakiem redaktora naczelnego „LIBERTÉ!” rozpoczynamy publikację tekstów z najnowszego XXI numeru pisma pt. „Jak uratować demokrację” do kupienia w Empikach lub w sklepie internetowym

Demokracja, a raczej to, co demokracją nazywamy – mając na myśli pakiet, w którego skład wchodzą: liberalno-demokratyczne państwo prawa, racjonalny dyskurs publiczny, zespół demokratycznych instytucji, oraz zachowań, a także gospodarka rynkowa – jest dziś najbardziej zagrożona przez demos, czyli suwerena tejże demokracji. Jak w ogóle można tak stawiać sprawę? Czy nie jest to stanowisko skrajnie elitystyczne, sprowadzające się do postawy: „Nie podoba się wam wynik wyborów, to zmieńcie sobie naród”? Jest to raczej uznanie faktu, że mamy dziś do czynienia z wyłonieniem się nowego ustroju, demokracji masowej, mającej niewiele wspólnego z tym, co przez lata uważano za klasyczny model liberalnej demokracji przedstawicielskiej.

Donald Trump, Marine Le Pen, Viktor Orbán, Geert Wilders, Jarosław Kaczyński, ale też Alexis Tsipras czy Pablo Iglesias i wielu innych liderów antyliberalnej prawicy i lewicy to nie żadne odchylenie od normy. To jest nowa norma. Elitarna demokracja, kiedy to elity wyznaczały kierunki, za którymi podążało społeczeństwo, niepostrzeżenie przechodzi do historii. Wprawdzie elity, choć znacznie mniej „elitarne”, wciąż stoją na czele, ale dziś melodię marszową bardziej niż kiedykolwiek wygrywają emocje ludu.

Nadeszła era demokracji masowej, demokracji emocji, w dawnej nomenklaturze można by ją nazwać populistyczną. W świecie, który nadchodzi, którego świt widzimy już dziś, to będzie dominujący model demokracji. O ile oczywiście nie okaże się, że lepszą formą zarządzania społecznymi emocjami z jednej strony, a radzenia sobie ze zglobalizowanymi zagrożeniami i możliwościami z drugiej, nie jest jakaś – mniej lub bardziej zawoalowana – forma oligarchii czy autorytaryzmu.

Demokracja pozbawiona pierwiastka liberalnego, który hamuje samowolę władzy nad jednostką, atrakcyjna będzie tylko dla chwilowych wygranych. To prosta droga do logiki wendety, zastępowania jednego populizmu innym. Dlaczego przestrzegać reguł wobec przeciwnika, jeśli on, będąc u władzy, nie przestrzegał ich wobec nas? Liberalne ograniczenia ratują także rządzących przed posunięciem się o krok za daleko. Do punktu, w którym oddanie władzy równa się politycznej anihilacji, kiedy tylko tej władzy utrzymanie daje pewność uniknięcia odpowiedzialności przed wymiarem sprawiedliwości.

Demokracja kojarzy się z emancypacją jednostek, dobrobytem, sprawnymi rządami. A co, jeśli ten związek będzie coraz mniej oczywisty? Jeśli w wyniku demokratycznych wyborów prawa jednostki będą ograniczane, granice zamykane, dobrobyt stanie się przywilejem nielicznych? Czy można liczyć na racjonalną korektę czy raczej na licytację radykalizmów? Nacjonalizmy nie przeszły do historii, wciąż stanowią źródło najsilniejszej dostępnej politycznej emocji. Ich umiejętne wykorzystanie w dobie niepewności jest skutecznym sposobem dojścia do władzy, ale nieuchronnie prowadzić musi do konfrontacji – mniej lub bardziej gwałtownej – z rywalizującymi nacjonalizmami sąsiadów.

Liberalna demokracja to zbyt cenne osiągnięcie ludzkości, dlatego zamiast oddawać ją, jak dziś, walkowerem cynicznym manipulatorom trzeba podjąć wyzwanie jej naprawy. I co najważniejsze znalezienia emocji, która przekona do niej demos.

Tekst nieznacznie zmieniony w stosunku do oryginalnego – red.

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd