Dlaczego Hiszpania trzeszczy?

Drukuj

2015 rok może być dla Hiszpanii przełomowy. Nowa partia populistycznej lewicy Podemos i narastający separatyzm Katalonii mogą rozsadzić system, który funkcjonuje od demokratycznej transformacji końca lat 70.

Zgodnie z raportami polityków i ekonomistów hiszpańskich rok 2014 przyniósł długo oczekiwany koniec kryzysu ekonomicznego w tym kraju. Można by sądzić, że dzięki tej sytuacji partia, która obecnie stoi u sterów władzy ma zagwarantowaną wygraną w wyborach parlamentarnych w listopadzie 2015 roku, a okres niepokojów społecznych i frustracji to rozdział, który definitywnie się zamyka.

Nic bardziej mylnego, kryzys ekonomiczny był bez wątpienia dotkliwie odczuwalnym trzęsieniem ziemi, ale wywołane przez niego tsunami dopiero nadciąga i jest bardzo prawdopodobne, że mało ostanie się na jego drodze.

Kryzys organiczny à la Gramsci.

Zgodnie z wizją jaką rysuje tandem naukowy: Enric Martínez-Herrera i Thomas Jeffrey Miley, obecnie jesteśmy świadkami kryzysu demokracji spowodowanego spadkiem wydajności systemu i instytucji państwowych. Powodem jest fakt, że trojka (Komisja Europejska, EBC i MFW) silnie ograniczyły kompetencje i pole działania rządów narodowych. W oczach Wolfganga Streecka, cytowanego przez wspomnianych autorów, współcześnie w państwach PIIGS doszło do ograniczenia demokracji kosztem naprawy ekonomii i wzmocnienia wolnego rynku. W tym celu rządy tych państw zostały zmuszone do wprowadzenia drakońskich cięć oraz redukcji płac sektora państwowego. W konsekwencji kryzys ekonomiczny pociągnął za sobą silne niezadowolenie społeczne, którego artykulacją stał się spadek zaufania wobec rządzących i doprowadził do otwartego kwestionowania legitymizacji instytucji rządowych w całym regionie.

Zgodnie z oceną autorów jesteśmy świadkami tzw. kryzysu organicznego. Antonio Gramsci, który jest autorem cytowanego terminu, rozumiał przez to sytuację, w wyniku której duże segmenty społeczeństwa, w nomenklaturze autora – „klasy społeczne”, wycofują swoje poparcie dla dotychczas wspieranych partii tradycyjnych. Innymi słowy zgodnie z przekonaniem wyborców politycy wchodzący w skład tych ugrupowań przestają ich reprezentować.

Martínez-Herrera i Miley obserwując obecną sytuację w Hiszpanii są zdania, że kryzys systemu, o którym wszyscy dziś mówią jest wiernym odzwierciedleniem definicji Gramsciego. Świadczą o tym wyniki badań opinii publicznej, które ukazują ogromną niechęć obywateli względem ich politycznych reprezentantów i instytucji demokratycznych. Obecna skala niezadowolenia społecznego nigdy dotychczas nie osiągnęła tak wysokich wartości.

Kryzys ekonomiczny katalizatorem debaty o zmianach

Jednakże czy „hiszpański kryzys organiczny” jest logiczną konsekwencją załamania ekonomicznego? W moim odczuciu taka diagnoza jest zbyt dużym uproszczeniem. Uważam, że kryzys ekonomiczny sprawił, że dotychczasowe bolączki systemu stały się tym bardziej widoczne, a debata o zmianach nieunikniona.

Badanie problemów jakie obecnie przeżywa hiszpański system polityczny warto jest rozpocząć u podstaw, czyli przyglądając się okolicznościom jego powstania. Bardzo ciekawie odwołuje się do tego okresu Charles Powell, dyrektor królewskiego think-tanku Elcano, tłumacząc mi, że „ojcowie konstytucji tworzyli ją uważnie spoglądając w tylne lusterko. Co tam widzieli? Konstytucję z lat 30-tych. Cała konstytucja z roku 1978 została zaprojektowana w taki sposób, aby uniknąć błędów II Republiki i Konstytucji z 1931 roku. W latach 30-tych parlament był silny, a partie były słabe. System został zaaranżowany w taki sposób, że partia która zdobyła najwięcej głosów nigdy nie osiągała więcej niż 25% miejsc w parlamencie. Z tego powodu wszystkie rządy były koalicyjne. Ojcowie konstytucji w 1978 chcieli zagwarantować maksymalną stabilizację, aby uniknąć chaosu lat 30-tych. Zaprojektowali system silnych partii, z silnymi rządami i słabym parlamentem. Wynikiem jest siedmiu premierów w 35 -letniej historii konstytucyjnej, to bardzo mało.”

Hiszpańskie przejście do demokracji nastąpiło w atmosferze bardzo podobnej do naszej rodzimej. Polityka grubej kreski w praktyce oznaczała zagwarantowanie status quo dotychczasowym elitom, kwestią czasu było powstanie równie silnej nomenklatury po lewej stronie sceny politycznej. Doszło de facto do wytworzenie się systemu dwupartyjnego, w którym główni aktorzy -PP i PSOE- byli przede wszystkim zainteresowani utrzymaniem takiego stanu rzeczy. Jak zauważa Ricardo Forster, filozof argentyński, w polityce zawsze istniała tzw. tendencja korporacyjna, na gruncie hiszpańskim system silnych partii i zamkniętych list wyborczych tylko tą tendencję wzmocnił. Proces ten sam w sobie nie jest negatywny o ile nie ociera się o defraudacje i oszustwa. Niestety w sytuacji kiedy mamy do czynienia z rządami większościowymi, jako pierwsza ofiarą pada transparencja. Politykom nie na rękę jest budowanie społeczeństwa obywatelskiego, stymulowanie aktywnych postaw. Łatwiej jest rządzić kiedy wyborca nie patrzy Ci na ręce. W konsekwencji tylko w roku 2014 zgłoszono 1700 przypadków korupcji, oskarżono i wszczęto dochodzenie wobec 500 osób, z których 20 dostało wyroki więzienia. Najwięcej przypadków oszustw? Jak zwykle Andaluzja, za nią niezmiennie podąża Walencja. Te lokalne defraudacje i nadużycia to kolejny problem, który powstał w latach 80-tych wraz z polityczną interpretacją artykułu 8 konstytucji szerzej znaną jako „kawa dla wszystkich”. Jego konsekwencją było powstanie 17 regionów autonomicznych o silnie rozbudowanych kompetencjach autonomicznych. O ile nie można kwestionować dążeń autonomicznych w Katalonii i Kraju Basków, które cieszyły się w tych regionach powszechnym poparciem społecznym, to w przypadku pozostałych obszarów sprawa nie była tak oczywista, a główną siłę nacisku stanowiły lokalne elity polityczne i intelektualne łase na osobiste profity, niżeli powszechne nastroje obywateli. Ostatnie 30 lat funkcjonowania regionów autonomicznych to historia licznych przypadków korupcji i defraudacji. Do tego stopnia zmęczyły one opinię publiczną, że obecnie większość Hiszpanów zamieszkujących regiony historycznie podległe Kastylii pragnie powrotu do silnego centrum. Jak argumentują „lepiej żeby kradł sam Madryt”, własną polityką lokalną wstrząsaną raz po raz aferami korupcyjnymi są już zmęczeni. Inaczej ma się sytuacja w Kraju Basków, Nawarze czy Katalonii, w dużo mniejszym stopniu możemy obecnie zaliczyć do tej grupy Galicję. Tutaj potrzeba rządzenia się samemu, niezależnie od Madrytu, który nie dba o ich interesy jest silnie odczuwalna. Jednocześnie i tutaj polityka lokalna jest raczej wyrazem osobistych ambicji jej twórców, niż tego co słyszy się na ulicy. Mam w tym miejscu na myśli nacjonalistów, którzy mimo ponad 30 lat starań szerzenia własnej propagandy w szkołach i środkach masowego przekazu mogą pochwalić się marnym procentem poparcia (góra 23% w Katalonii) przy sprzyjającym im kryzysie ekonomicznym i politycznym. Jednocześnie oni sami nie są wolni od afer korupcyjnych.

Kryzys ekonomiczny, który zaskoczył u władzy socjalistów w 2008 roku ukazał z całą siłą i brutalnością absolutne oderwanie elit od reszty społeczeństwa. Kiedy kolejne rodziny lądowały na ulicy gdy banki odbierały im mieszkania, król Juan Carlos polował na słonie w Botswanie, a reszta kradła ile wlezie. Karty ofiarowane przez banki, z których doradcy z klucza politycznego opłacali swoje wydatki, podróże do kochanki na Kanary, które finansowali podatnicy prezydentowi Estremadury, miliony słane do kont w Szwajcarii przez klan Pujol, to tylko co głośniejsze przypadki bardzo długiej listy afer korupcyjnych, które wstrząsały opinią publiczną już na długo przed wybuchem kryzysu.

Od społeczeństwa obywatelskiego lepsza jest rodzina

Konsekwencją tej sytuacji jest rosnąca nieufność wyborców względem ich demokratycznych reprezentantów. Taki stan rzeczy posiada swoje katolickie uwarunkowania kulturowe gdzie fundamentem pozostaje rodzina, a poza nią nasz poziom zaufania drastycznie maleje. Na naszym polskim podwórku problem ten bardzo ciekawie podniósł Jerzy Hausner odwołując się do tzw. „rozwoju molekularnego” gdzie nasz brak zaufania do „obcych” hamuje rozwój gospodarczy kraju. Z perspektywy politycznej problem ten podnosi Charles Powell. Jego zdaniem „w Hiszpanii nigdy nie było zaufania. Jeśli zapytasz ludzi komu wierzą, w swojej odpowiedzi praktycznie ograniczą się do swojego otoczenia rodzinnego. Więzy rodzinne zawsze były bardzo silne i w dobie kryzysu rodzina stała się ważną formą amortyzacji. Z drugiej strony istnieje ogromna rezerwa i brak zaufania wobec instytucji, poziom zrzeszania się jest bardzo niski. Społeczeństwo obywatelskie jest silne kiedy więzy rodzinne są słabe. Kiedy jednostka nie posiada silnego wsparcia ze strony rodziny zaczyna odczuwać potrzebę przynależenia do grup i ich formowania.”

Powell jednocześnie zwraca uwagę na fakt, że hiszpańskie społeczeństwo charakteryzuje dość duża pasywność. Wskaźniki przestępczości są dość niskie, mimo, iż na terenie Hiszpanii przebywa 5 milionów imigrantów nie sprowokowało to retoryki rasistowskiej i ksenofobicznej. Imigranci, także Ci nielegalni, mają dostęp do bezpłatnej służby zdrowia oraz edukacji. Dlaczego Hiszpanie godzą się, aby w dobie kryzysu część ich pieniędzy była przeznaczana na takie cele? Ponieważ egalitaryzm jest jedną z wartości najwyżej przez nich cenioną. Analogicznie kapitalizm i wolny rynek nigdy nie miały w Hiszpanii dobrej opinii. Ludzie przywiązują większą wagę do równości szans niż indywidualnej szansie na rozwój. Dużo ważniejsza jest dla nich społeczna sprawiedliwość niż wolność jednostki. Co ciekawe w ostatnich latach poziom nierówności drastycznie się podniósł, według badań Hiszpania zajmuje trzecie miejsce w Unii Europejskiej pod względem różnić zamożności. Taki stan rzeczy może szokować biorąc pod uwagę fakt, że w latach 80-tych Hiszpania była jednym z najbardziej egalitarnych państw Europy.

Hiszpańska Republika Słońca – początki utopii

Kryzys ekonomiczny, który wybuchł w Hiszpanii w 2008 roku spowodował, że wszystkie powyższe problemy i bolączki stały się jeszcze bardziej odczuwalne. W wyniku bezsilności i frustracji ludzie spontanicznie zaczęli brać udział w różnych formach protestu przeciwko rządzącym krajem politykom. Najbardziej licznym tego typu zgromadzeniem stało się prowizorycznie zainstalowane miasteczko na głównym placu Madrytu – Puerta del Sol, jednakże tego typu protesty odbywały się we wszystkich większych miastach Hiszpanii. Bezdyskusyjnie największa w swych rozmiarach była fala manifestacji z maja 2011 roku, jednakże struktury, które się w tamtym czasie zawiązały pozwoliły na wyłonienie nowych liderów, którzy oddolnie starali się organizować akcje samopomocy dla osób najbardziej dotkniętych przez kryzys, przede wszystkim bezdomnych. Już w maju 2011 mówiło się, że mózgiem protestów był madrycki uniwersytet Complutense. To właśnie madrycka społeczność akademicka zapewniła na Puerta del Sol gros infrastruktury: prowizoryczną stację telewizyjną, wsparcie informatyczne, obsługę portali społecznościowych, organizację debat, etc. Powstały kapitał został bardzo umiejętnie skonsumowany wiosną tego roku, kiedy to spontanicznie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego powstał ruch, których na swoich kandydatów wyłonił ludzi związanych z działaniami krytykującymi dotychczasową władzę. W ten sposób w styczniu 2014 roku doszło do powstania zalążka formacji, która rok później zaczyna zagrażać dotychczasowemu status quo i ma duże szanse wywrócić znany dotychczas system polityczny do góry nogami.

2015 – nadciąga populistyczne tsunami

Javier Ayuso, były doradca królewski, poproszony o przestawienie prognozy politycznej na rok 2015 we wstępie podkreśla, że będzie to rok przełomowy. Głównym powodem tego stanu rzeczy są zbliżające się wybory lokalne do municypiów i regionów autonomicznych, które planowane są na maj. Ich wynik będzie ostatecznym prognostykiem przed wyborami do Kortezów, które odbędą się w listopadzie. Ayuso zwraca szczególną uwagę na maj i nie jest w tej opinii odosobniony. Szczególnie zapalnym miejscem może stać się w tym czasie Katalonia, gdzie nacjonaliści będą starali się potraktować te wybory jako formę plebiscytu dla ich projektu budowania niezależnych struktur państwowych i w konsekwencji jednostronnego odłączenia się od Hiszpanii. Działania powyższe miałby legitymizować fakt zdobycia większości w wyborach majowych. Swoje plany posiadają także Baskowie, którzy pracują obecnie nad nowym kształtem statutu autonomicznego, który pragną przedstawić i negocjować w Kortezach.

Założenia czynione przez nacjonalistów katalońskich i baskijskich zdają się nie brać pod uwagę rosnącej siły Podemos. Jest to partia polityczna, która zgodnie z wynikami badań opinii publicznej, nie tylko stała się trzecią siła polityczną w kraju, ale znacząco zaczyna zagrażać także partiom lokalnym w Kraju Basków i Katalonii.

Najprawdopodobniej 2015 rok przyniesie nam koniec systemu dwóch silnych partii na poziomie centralnym, które od 1978 wymieniały się u sterów władzy. Fenomen Podemos jest o tyle ciekawy, że nie ogranicza się jedynie do wygospodarowania sobie miejsca po lewej stronie sceny politycznej zagrażając tym samym w pierwszej kolejności Zjednoczonej Lewicy oraz socjalistom, w dużej mierze partia ta pragnie zakwestionować „status quo” całej kasty politycznej jak sama ją nazywa. Podemos umiejętnie wyczuwa nastroje społeczne i formułuje swoje postulaty w sposób bardzo otwarty, kreując inkluzywny nastrój debaty. W dużej mierze jest to klimat bardzo Hiszpanom potrzebny. Są już bardzo zmęczeni okopywaniem się na stanowiskach Mariano Rajoya, obecnego premiera i Arturo Masa, lidera katalońskich nacjonalistów, brakiem dialogu i zaniechaniem poszukiwania kompromisu. Pablo Iglesias, lider Podemos, jadąc do Barcelony zdobywa Katalończyków propozycją „prawa do decydowania”, ale nie ogranicza tego prawa do niepodległości, włącza tym samym Katalończyków do debaty nad stanem państwa. Chodźmy i decydujmy wszyscy! Samo Podemos to wielka niewiadoma.

Z pewnością umiejętnie żonglują sloganami, ale prawdą jest, że w ostatnich dniach potrafili po raz pierwszy od lat uchwycić prawdziwe nastroje u Basków i Katalończyków, którzy nadal chcą siedzieć przy hiszpańskim stole, ale jednocześnie w atmosferze uznania ich odmienności. Podemos to czuje. Czas kiedy pewne tematy nie mogły być poddawane pod dyskusje dobiega końca.

Dlaczego Podemos trafia do ludzi?

Po pierwsze stawia na oddolne mechanizmy, w ramach których w drodze głosowania wszyscy mają mieć wpływ na formułowanie programu partii. Nawet jeśli jest to w dużej mierze fikcja i rzeczona demokracja oddolna ogranicza się do otwartych list wyborczych, to jest to ogromny magnes dla hiszpańskich wyborców bardzo już zmęczonych skostniałym modelem dotychczas prowadzonej polityki krajowej. Hiszpanie są oburzeni, że większość fundamentalnych kwestii dotyczących ich państwa podejmowana jest w wyniku paktów ponadpartyjnych (temat monarchii, systemu terytorialnego, pomoc bankom, etc). Jeśli wyborcy zaczynają dopominać się debaty czy referendum automatycznie zamyka się im usta strasząc zerwaniem paktu politycznego zawartego w latach 70 i co za tym idzie groźbą wyjścia na ulice wojska. Jest to niezmienna linia obrony Partii Ludowej, która słynie z ignorowania opinii publicznej i wydaje się nigdy nie wyciągać wniosków z popełnianych błędów. Wydawać by się mogło, że José María Aznar zapłacił swoją cenę za aroganckie traktowanie Hiszpanów podczas galicyjskiej afery Prestige i katastrofalnej w swych skutkach postawy po atakach z 11 marca 2011. Obecnie Rajoy niezmiennie deklaruje, że nie pora dziś rozmawiać o aferach korupcyjnych wstrząsających jego partią. Jeśli nie teraz to kiedy? Już dzisiaj nazywany jest capo di tutti capi, w takiej atmosferze dość trudno jest sprawować urząd premiera. Ale przecież celem samym w sobie jest utrzymanie się przy władzy.

Socjaliści w obliczu kryzysu próbują tego co zawsze, czyli działań na poziomie pudrowania nosa. Wydaje im się, że tricki, które działały na wyborców w latach 80-tych pomogą im i dziś, ale Hiszpania zmieniła się od czasów fali entuzjazmu jaką wywołał Felipe González od jego imienia nazywana filipizmem. Dziś młody wiek i andaluzyjski akcent nikomu już nie wystarczą. Stąd ładna buzia Pedro Sáncheza nie pomoże, jego nawoływanie by partyjni koledzy wyszli na ulice, aby medialnie wypadać lepiej w roku wyborczym trącą hipokryzją i ułudą. Różnice ideologiczne między PP i PSOE wydają się kończyć tam gdzie zaczyna się troska o utrzymanie stołków. Stąd coraz większe przekonanie wśród obserwatorów sceny politycznej, że po wyborach listopadowych może dojść do utworzenia się rządu mniejszościowego, którego cichym sprzymierzeńcem stanie się opozycyjna grupa parlamentarna socjalistów z PSOE. W takim wypadku Podemos stałoby się de facto jedyną prawdziwą opozycją. Wydaje się to być wymarzony scenariusz samego Podemos, które po 4 latach takich rządów, z pewnością miałoby zagwarantowane rządy większościowe w 2019.

Cieplarniane warunki w jakich działali do tej pory nacjonaliści w tzw. regionach peryferyjnych, także wydają się powoli zmieniać. W ramach wolności autonomicznych zaprzęgli do swych celów edukację i media, tak aby przekaz propagandowy o krzywdach i uciśnieniu stał się wszech otaczającym mainstreamem. Jednocześnie powoli odstąpili od polityki Kraju Basków tylko dla Basków i Katalonii tylko dla Katalończyków, bo jak się wszyscy policzyli to okazało się, że trzeba stać się naprędce inkluzywnym i nastawionym na przyjęcie wszystkich tych, którzy chcą się przyłączyć. Jednocześnie zaczęli propagować swoje otwarcie na Europę i świat. Mimo to ludzie nie do końca wiedzą jak się to otwarcie na Europę utrzyma po planowanym odłączeniu się od Hiszpanii i w dużej mierze pozostają sceptyczni. Ręki do nich nie wyciągają politycy z centrum, tak wiec tym bardziej zrozumiały jest ogromny sukces Podemos w obydwu regionach, którzy wreszcie nie szukają winnych, a próbuje słuchać i zachęcać do dialogu o stanie państwa. A jest o czym rozmawiać. To, że rok 2015 przyniesie zmiany to pewne, pytanie czy na lepsze.

 

Czytaj również
O autorze
*
MagdaMelnyk
politolog, absolwentka WSMiP na Uniwersytecie Łódzkim, specjalizuje się w obszarze krajów hispanojęzycznych, ruchów społecznych i transformacji ustrojowych.
@ magda_melnyk