Dlaczego „Solidarności” i jej bohaterom nie budujemy pomników?

Drukuj

Niechętny klasycznej polityczności świat ogarniają ruchy protestu piękne w swej bezinteresowności, mobilizujące młodych ludzi ideową szlachetnością. Czy, jak bohaterowie „Solidarności”, będą gotowi poświęcić doskonałość swoich marzeń, żeby zmienić świat?

„Solidarność” przywoływana jako punkt odniesienia brzmi jak recytowanie potężnej niegdyś magicznej inkantacji, ale dziś jest tylko pustym słowem. Dlaczego wspomnienie o stanie wojennym albo odległym w czasie powstaniu warszawskim ożywia nas dużo bardziej? Dlaczego stajemy na baczność przy dźwięku syren 1, ale już nie 31 sierpnia? Po przejściu olbrzyma „Solidarności” przez naszą najnowszą historię trawa się podniosła. Wydaje się, jakby ten gigantyczny powszechny ruch nie pozostawił w polskim społeczeństwie żadnego śladu.

„Solidarność” była totalnym ruchem społecznym. „Solidarność” obejmowała dążenia do narodowego samostanowienia, łącząc je jednocześnie z codziennymi kwestiami bytowymi, poezję wolności z prozą zaopatrzenia w artykuły żywnościowe. „Solidarność” pełniła funkcję quasi-parlamentu, gdzie po raz pierwszy szerokie masy obywateli zetknęły się z polityką w realnym wymiarze. Ruch jednoczący tak wielu różnych ludzi możliwy jest tylko tam, gdzie po drugiej stronie stoi wspólny nieprzyjaciel – autorytarna władza kontrolująca całokształt spraw politycznych, społecznych, gospodarczych i kulturalnych. Demokratyczny, niezależny związek naprzeciw autokratycznej, zwasalizowanej partii. Awers i rewers.

Rozsadzająca peerelowskie realia „Solidarność” nie mieściła się w systemie partyjnego jedynowładztwa. Przy łamaniu podstawowych praw człowieka i racjonalności gospodarczej przez władzę, ograniczenie się do działalności czysto związkowej nie wchodziło w grę. Jednak, jak przypominają badania zespołu Alaina Touraine’a z lat 1980-81, także dla szeregowych członków związku było jasne, że w Polsce tamtego czasu nie było miejsca na prawdziwą demokrację. Myśl o wybiciu się na niepodległość trzeba było chować gdzieś na dno marzeń. Rozpalanie umysłów mogłoby doprowadzić do krwawej konfrontacji – wojny nie tylko domowej.

„Solidarność” znajdowała się w ciągłym napięciu między bytem idealnym a realnym. Świętość niepolityczności, obramowanej narodową i religijną symboliką, współistniała z rozczarowującą powszedniością kompromisów, gadaniny nieprzynoszącej efektów. W ruchu pojawiały się coraz większe podziały, sprzeczności w wyznaczanych celach i formach działalności, brutalizowała się walka o władzę. Słabość ustroju i pogłębiający się kryzys wieściły konieczność przesilenia. Dokonało się ono przy pomocy bagnetów. Paradoksalnie, zdeptanie solidarnościowego karnawału żołnierskim butem 13 grudnia mogło dać szansę na stworzenie legendy o pięknym ogólnopolskim zrywie, który zmienił życie całego narodu i był przykładem dla świata.

W rzeczywistości po 1989 roku pierwsza „Solidarność” była anachronizmem. W świecie indywidualistycznej samorealizacji, bez poczucia moralnej słuszności, jaką dawał wyraźnie określony przeciwnik i wszechobecny system opresji, ten typ wspólnotowości nie jest możliwy. Przynajmniej tak długo, jak Polska niepodległość jest niezagrożona.

Byłoby źle, gdybyśmy patrzyli na „Solidarność” w sposób naiwny tylko dlatego, że zginęła przedwcześnie. Robiąc z niej narzędzie do wymuszania w zbiorowym uniesieniu fałszywej jedności, tam gdzie istnieje realna wielość. Takie przeżywanie „Solidarności” byłoby niezgodne z jej społeczną praktyką. To była wielka, praktyczna lekcja pluralizmu, szacunku dla reguł i podmiotowości. Niestety, Polacy tej lekcji „Solidarności” w wolnym już kraju nie odrobili.

Za działalność społeczną i polityczną (kiedyś „antysocjalistyczną” i „wywrotową”) nie trafia się już do karceru ani nie traci pracy, jednak atomizacja jednostek wzrosła. By odwrócić myśl Vaclava Havla, mamy dziś do czynienia z „bezsiłą silnych”. Bezsiłą, dla której antidotum powinny być wyobraźnia i zaangażowanie – te dwie cechy, które konstytuowały „Solidarność”. Liczenie na dobrą wolę rządzących, jest niezależnie od charakteru ustroju mrzonką. Jeśli liczysz na zmiany musisz stać się ich motorem.

„Solidarność” nie budzi uniesień. Do kliszy bohaterskiego oporu, który przyniósł krew, łzy i podniosłą pamięć na zbiorowych mogiłach, pasuje słabo. Ale mit „Solidarności” roztapiający się w beznadziei narastającego kryzysu i słabnącego oporu lat osiemdziesiątych, nie poszedł na marne. Posłużył do osłony negocjacji z władzą, a potem transformacji. Bez „Solidarności”, bez jej lidera Lecha Wałęsy, słaba opozycja końca lat 80 nie miałaby ułamka tej legitymizacji jaką dał jej mit wielkiego zrywu z lat 80-81. Niektórzy, jak David Ost, uznali to za zdradę robotników przez intelektualistów.

„Zwycięzców się nie sądzi” – nie w Polsce. Tu zawsze przyjdzie im stanąć przed trybunałem moralnej czystości. Czy to na Piłsudskiemu w II RP, czy – zachowując proporcje – Wałęsie, Kuroniowi, Geremkowi, Mazowieckiemu w III RP. W Polsce nie sądzi się tylko przegranych. Porażka wygląda dumnie i wzniośle. Zwycięstwo, taktyczne zwroty i kompromisy konieczne do osiągnięcia celu, są moralnie podejrzane. Działanie w imię moralnej jednoznaczności nigdy, nawet jeśli równa się ona straceńczej brawurze, niewybaczalnemu szafowaniu losem całego narodu, kiedy przynosi totalną klęskę. Opozycja antykomunistyczna wywodząca się z ruchu „Solidarności” wygrała. Polska zaś sama sobie jawi się zawsze niewinną ofiarą. Dlatego ojcowie założyciele III RP musieli zostać uznani za zdrajców.

Do stworzenia wolnej Polski po 1989 roku okazało się potrzebne posłużenie się największym i najważniejszym, oprócz polskiego papieża, symbolem – mitu który sami zbudowaliśmy i który w imię aktu założycielskiego nowej republiki należało poświęcić. Poświęcenie idealnej utopii w niedoskonałej realności jest wymiarem dojrzałości społeczeństwa i elit. To gorzka, bolesna i nieraz tragiczna lekcja dorosłości. To wzięcie odpowiedzialności za efekty, a nie tylko dobre intencje. To rzadkie, za rzadkie w polskiej historii, w której politykę uprawiali poeci.

„Solidarność”, wbrew opinii tych, którzy trzecią dekadę toczą wojnę z nieistniejącą „komuną”, nie została zdradzona. Ona została złożona w ofierze. To na niej ufundowana jest III RP.

Tekst inspirowany wystąpieniem na konferencji „Czas utopii. W poszukiwaniu utraconej przyszłości”, zorganizowanej w ramach programu „Miasto Przyszłości / Laboratorium Wrocław” podczas Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. 

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd