Dynia jako zjawisko światopoglądowe

Drukuj

Dzieci na polecenie rodziców przebierają się w Halloweenowe stroje po lekcji religii (żeby nie prowokować pani katechetki). Do szkoły przyjść mogą w strojach oficjalnych: czyli przebrane za często okrutnie zamordowanych świętych. Dynia znalazła się na pierwszej linii ideologicznej wojny.

Od kilku dni w różnego rodzaju mediach atakują mnie dyniowe newsy. Że niby świętujemy Halloween na potęgę, a przecież to takie strasznie złe. Może nie na potęgę, ale faktycznie coś ruszyło się przynajmniej na tyle, by uznano, iż „wybrykom” owym należy przeciwdziałać. Takie przeciw-działanie, przynajmniej w teorii, pochodzi z jednego źródła. Problem jednak w tym, że rozpełza się tam, gdzie włazić nie powinno, a przy tym propaguje sposoby radzenia sobie z tym „pasqdztwem”, które w normalnie, zdrowo funkcjonującym państwie/społeczeństwie nie powinny mieć miejsca. Tym samy zwykła dynia staje się zjawiskiem na poły światopoglądowym, a wciska się w nią takie rzeczy, że uwierzyć trudno. Ale po kolei.

Pierwszy poważny atak przepuszczono wiadomością o promocji „Holy Wins”, nie wiedzieć czemu polskiej, ale anglojęzycznej inicjatywny, która ma stanowić nawet nie alternatywę, ale wprost „wypowiedzieć walkę” dyniowej herezji. W opozycji do dyń, duchów, czarownic i pająków, katecheci zaproponowali dzieciom korowody świętych, w których każde z nich powinno przebrać się za swojego patrona, lub przynajmniej przynieść ze sobą jego atrybut. I może nie brzmi to tak całkiem źle czy bezsensownie, gdyby nie kilka „drobiazgów”. Po pierwsze akcje „Holy Wins” organizuje się nie tylko w parafiach czy szkołach katolickich, ale zaczyna się je praktykować w szkołach publicznych. Ba, rodzice przyznają, że „boją się” katechetki, by nie uznała ich dziecka za grzeszne i nie wytłumaczyła mu, że owi rodzice już zasłużyli sobie na wiekuiste męki. Nie robią więc nic, przebierają dzieci wedle szkolnej modły (sic!), a później (jak sami przyznają) zmieniają im kostium i ruszają na dyniową przygodę. Powtarzają przy tym, by słowem katechetce o świętowaniu Halloween nie wspominać, bo krzywo popatrzy, bo skrytykuje, bo sobie rodziców negatywnie zapamięta, a dziecko oznaczy stygmatem małego poganina.

Rzecz druga. Abstrahując od wymuszanego tą sytuacją (i głupotą) kłamstwa o posmaku lekkiej schizofrenii, warto zapytać kto zafunduje swemu dziecku taką religijną makabreskę. Błahostka zaczyna brzmieć poważnie, gdy zastanowić się jak przebrać za świętego patrona małego Sebastianka (wielokrotnie przeszytego strzałami), Filipka, Piotrusia czy Andrzejka (różne formy ukrzyżowania), Bartka (obdarty ze skóry przed ukrzyżowaniem), Wiktorka (z głowa pod pachą), Jasia (w zależności od konkretnego patrona, ale niech będzie, że z własną głową na tacy)? W wersji damskiej mamy: Agatkę (odcięte piersi na misie), Małgosię (na mitycznym przecież smoku), Justysię (ścięta, a przedstawiana z magicznym jednorożcem), Łucję (wyłupione oczy na misie) czy Joasię (z mieczem, ale przecież spaloną na stosie). Jeśli przyglądnąć się choćby tylko katalogowi męczenników wczesnochrześcijańskich, to „Masakra teksańską piłą mechaniczną” wydaje się miłą leśną przechadzką, podczas której ktoś miał wypadek i poranił sobie palce. A już – przytaczany przy tej okazji – Harry Potter, to spokojna bajka dla grzecznych dzieci, w której brutalność i magiczne stworzenia zdarzają się nader rzadko.

Zastanawiam się czemu, dla małych dzieci, szczegółowe opowiastki o świętych miałby być mniej szkodliwe (choćby ze względu na swą brutalność) od opowieści o duchach, wilkołakach, czarownicach czy wampirach (o wierze w smoki i jednorożce nie wspominając). Przecież te mity zakorzenione są w naszej kulturze, żywe i obecne. Nie dalej jak wczoraj słyszałam opowiastkę o marze. Zapytane o nią dziecko z małej wioski odpowiedziało, że nie wie czy to chłopiec czy dziewczynka, ale raczej to… i że mara zadusiła niedawno konia we wsi. Szczerze mówiąc mniej przeraża mnie przebijanie kołkiem wampira czy odcinanie głowy zwłokom domniemanej strzygi (czego liczne przykłady znajdujemy chociażby w bajkach polskich, lokalnych legendach i podaniach), niż rzucanie czyjegoś ciała na rozżarzone węgle, rozczłonkowywanie czy ćwiartowanie „na żywca”. W pierwszym przypadku okrucieństwo i zło są nie-ludzkie. Zła nie sieje człowiek, ale istota, która często bez swojej winy, została poddana przemianie, a tym samym nie może być odpowiedzialna za własne czyny. Rolą człowieka jest tu pokonać zło, obronić innych, stworzyć miejsce i czas wolne od lęku. Tymczasem w opowieściach o świętych lęk bywa wszechobecny, zło jest złem, które człowiek wyrządza człowiekowi, jest rozumne, wyrachowane, okrutne, zaś nadzieja na wieczną szczęśliwość dana jest nielicznym.

Drugą formę religijnej porady, która szczególnie rzuciła mi się w oczy przyniósł jeden z katolickich portali (linkowany choćby przez Onet). Dwumiesięcznik radzi co zrobić, gdy w Halloween zapuka do Ciebie dziecko… Lata mijają i jeszcze żadne dziecko do nas nie zapukało, a mogłoby czynić to bez obaw, bo przed drzwiami stoi uśmiechnięta dynia. Wiernym doradza się by „nie zmarnowali szansy” i nie zważając na śmiech podjęli dzieło ewangelizacji. Religijnie to niby logiczne. Obrazem świętego zamiast cukierka – dla wielu kręgów zrozumiały i w zasadzie jeszcze do przyjęcia. Czym innym jest jednak seria osobistych pytań, jakie dwumiesięcznik proponuje zadać dziecku. Czytając wspomniany artykuł można odnieść wrażenie odwróconej figury Świadka Jehowy, który poprzez dialog dotrzeć ma do naszej religijnej niespójności. Nawiedzony zatem przez dziecko powinien zapytać je o ostatnią spowiedź, komunię, uczestnictwo we mszy, a także i o to czy dziecko przypadkiem nie jest opętane… Swoją drogą ciekawa formuła ewangelizacyjna. Tylko patrzyć jak zapłoną dyniowe stosy. Lepsze byłyby okazjonalnie wywieszane na drzwiach tabliczki „Upiorów nie przyjmujemy”, bo wychowanie dzieci (szczególnie to religijne) nie jest pracą dla ogółu, ale w pierwszym rzędzie dla rodziców, a dalej dla kręgu religijnego jaki dla niego wybiorą.

Rzeźbić więc czy nie rzeźbić w dyni…? Dla niektórych dylemat iście szekspirowski, światopoglądowy, pełny kontrowersji, wymagający „troskliwego pochylenia się nad tematem”, albo najzwyklejszego wrzasku. Rzeźbię. Nie z przyczyn ideologicznych, ale najzwyklejszej zabawy. Dla uwolnienia negatywnych emocji, które podczas grzebania w dyniowym miąższu  ulatują, zamieniając się w śmiech. Bo wcale nie chodzi o to, by ktoś z kimś wojował, by zdobyć przyczułek i krzyczeć z niego o nieobyczajności, nieprawomyślności czy pogaństwie. Chodzi o zabawę, o oswajanie śmierci, a czasem nawet o wiarę w to, że za jej zasłoną jest coś, cokolwiek potrafimy sobie tam wyobrazić. Chodzi o współistnienie mitów, różnych narracji, które sprawiają, że nasza cywilizacja rozwija się, miast tkwić w miejscu zapatrzona w ten czy inny zabobon. Świętowaliśmy tak od wieków, wierząc w przenikanie się światów, w noc, gdy dusze wracają na ziemię, gdy zmarłym do żyjących jest jakoś bliżej. Wielu całkiem oficjalnie wierzy, ze świeczkę na grobie trzeba postawić, żeby dusza mogła się przy niej ogrzać. I to w kraju, gdzie świętowanie w sposób bardziej tradycyjny (bo Małe Dziady) jest odbierane jako przejaw liberalizmu. A tak na marginesie, to…. jak – wierząc we wszechmocnego Boga – można bać się dyni?

 

 

 

Czytaj również
O autorze
*
MagdalenaM. Baran
Doktor filozofii, historyk idei, publicystka.