Dzieci po 500 zł/sztuka

Drukuj

Nie łudźmy się – pełna chata nigdy nie będzie oznaczać pełnego portfela. Zwłaszcza gdy obiecują to politycy.

Program zasiłku na dzieci w wysokości 500 złotych budzi spory entuzjazm i to z bardzo wielu nieoczekiwanych stron. Nawet ludzie skądinąd rozsądni są pełni optymizmu – zwłaszcza jeśli posiadają gromadkę potomków. Tymczasem projekt ten ma właściwie same wady.

  1. Nie ma szans osiągnąć celu

Celem programu ma być wsparcie dzietności. Tymczasem badania socjologiczne wskazują, że najważniejsze przy podejmowaniu decyzji o posiadaniu dziecka jest stabilne zatrudnienie oraz możliwość pogodzenia pracy zarobkowej z macierzyństwem. 500 złotych nie jest substytutem zatrudnienia i nie wystarczy na zapewnienie opieki nad dzieckiem. Tym bardziej nie może być elementem gwarantującym stabilność w perspektywie 20 lat bo tak samo jak pieniądze nagle się pojawią tak szybko mogą zniknąć – w końcu wystarczy jedna ustawa by dodatek znieść, obniżyć czy ograniczyć. Zresztą już dzisiaj słychać o „poddawaniu konsultacjom społecznym” projektu bo jednak wychodzi ciutkę zbyt drogo. Przy najbliższym kryzysie budżetowym – a takie nas czekają w perspektywie kilku lat wraz z pogłębiającym się deficytem FUS – cięć w tak drogim programie można się spodziewać w pierwszej kolejności, a rodziny, które zdecydują się na dzieci już ich raczej nie oddadzą.

Co więcej siła motywacji 500 złotych siłą rzeczy jest funkcją zamożności rodziny. Nawet dla rodzin średnio zamożnych taka kwota nie jest ostatecznym argumentem. Silniej będzie działać na rodziny biedniejsze gdzie taka kwota robi różnicę w domowym budżecie. Jeśli zatem zaobserwujemy skutek w postaci zwiększonej dzietności to wśród rodzin najuboższych. Warto zadać sobie pytanie czy to na pewno jest cel o jaki nam chodzi.

  1. Wydatek mało efektywny

Jeżeli już chcemy wydać tak olbrzymie pieniądze na wsparcie rodziny i dzietności t można to zrobić o wiele lepiej. Żłobki, przedszkola, zapewnienie zajęć dzieciom szkolnym, czy też dożywianie co rozwiązałoby wstydliwy problem głodnych dzieci to wszystko można by sfinansować za ułamek przewidzianej kwoty (czyli szacowanych 25 mld złotych). Wpływ na dzietność byłby znacznie bardziej zauważalny, jednocześnie można by uniknąć uzależniania biednych rodzin od bezpośrednich gotówkowych transferów, które w każdej chwili mogą zniknąć – w przeciwieństwie do dzieci.

  1. Nie stać nas

Twierdzenie, że ten program to wyrównywanie do poziomu europejskiego to bzdura. Dopłaty do dzieci mają na podobnym poziomie najbogatsze kraje Europy, a my się do nich nie zaliczamy. Na dodatkowe 25 mld deficytu rocznie nas nie stać i pod ciężarem tego wydatku załamią się w przeciągu najdalej kilku lat. A i to uwzględniając, że nadchodzące lata będą tłuste i powinniśmy je wykorzystać do odkładania a nie do dalszego zadłużania się.

Co zatem dalej? Rozsądek podpowiada, że to bez sensu. Czyli prawdopodobnie wejdzie w życie. Jednak liczmy na to, że zapowiadane „konsultacje społeczne” potrwają długo i doprowadzą do sporej liczby ograniczeń. Jednak tempo zmian ustrojowych wymaga czegoś co uspokoi i spacyfikuje społeczne nastroje. Czyżby łapówka w postaci 500 złotych na dziecko? Pewnie tak – zwłaszcza, że jej wypłata nie pochodzi z kas PiS.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKasprowicz
Przedsiębiorca, naukowiec, publicysta.