Dziecinada, czyli Keynes is back

Drukuj

Zmarły w 1946 roku baron John Maynard Keynes wraca znowu do łask. Spłycając, jego teoria w skrócie polegała na zanegowaniu prawa ojca ekonomii klasycznej Jeana Saya, który to twierdził, iż gospodarka ma zdolność do samoregulacji. Innym odkryciem Keynesa było twierdzenie, że w okresie dekoniunktury deficyt budżetowy jest potrzebny, gdyż rząd powinien i może poprzez utrzymywanie wysokich nakładów na państwowe wydatki stymulować globalny popyt. Od lat 70 tych nastąpił odwrót w krajach demokratycznych od większości teorii Keynesa. Nastąpiły złote czasy monetaryzmu i Miltona Friedmana. Niestety, my chyba nie mamy wyjścia. Musimy w niego zacząć znowu wierzyć. Wiara zresztą to wartość, która dla wyborów PIS to słowo klucz. Nauka, empiryzm jest dla nich podejrzany. Przekonująca jest za to wiara w różnych wydaniach. Wiara katolicka, wiara smoleńska, a teraz miłościwie nam panujący, serwują nam jej kolejną odmianę. Wiarę ekonomiczną.

Kilka dni temu minęła druga rocznica zagarnięcia przez rząd Tuska naszych pieniędzy z OFE pod płaszczykiem ,,reformy emerytalnej”. Dzięki tej operacji obniżono nasze oficjalne zadłużenie publiczne z 945,2 mld złotych do 844,4mld złotych. Operacja ta miała za cel umożliwienie ekipie PO/PSL dalsze zadłużanie Państwa celem utrzymania się u władzy. Nie dość, że nie udało się powstrzymać marszu PISu do władzy, to tych pieniędzy już nie ma. Nasze emerytury zostały już przejedzone. Licznik długu http://www.dlugpubliczny.org.pl/ na moment pisania tego tekstu pokazuje wartość 941,2 mld złotych. Relacja długu do PKB skoczyła z 47% do 52%. Jak się wczytamy w ustawę budżetową na ten rok, którą co dopiero uchwalił nam rząd, to zauważymy, że planowany jest tam deficyt w wielkości 54,7mld złotych. Łatwo więc policzyć, że przy całkiem prawdopodobnym przeszacowaniu oczekiwań rządowych co do przychodów, jest duże ryzyko, że za rok uda nam się zadłużyć nasz kraj na kwotę przekraczającą bilion złotych.

Wprawdzie daleko nam jeszcze do Grecji, której wskaźnik zadłużenia do PKB to 171%, ale musimy pamiętać, że duża część naszych zobowiązań – 50% – jest w stosunku do zagranicy. A co za tym idzie jest to dług w walutach obcych i gdy złoty straci na wartości, lub gdy spada nam rating tak jak ostatnio, to musimy coraz więcej oddawać. Warto pamiętać o tym majstrując przy podatku bankowym, czy też myśląc o rozwiązaniu problemu Frankowiczów. Wszyscy ci którzy nawołują do przetrzepania kieszeni banksterów karmiących się naszą krwawicą, nie znają pewnego starego polskiego przysłowia. Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma…

Prawdziwe strome schody jednak dopiero przed nami. Oczywiście katastrofę spowoduje cofnięcie wieku emerytalnego. To dopiero przed nami. Teraz na tapecie program 500 plus. Rząd Beaty Szydło szacuje, iż dzięki ustawie liczba urodzeń zwiększy się w ciągu 10 lat o 278 tys. Jednocześnie koszty tego programu przez 10 lat według szacunków ministerstwa wyniosą według szacunków ministerstwa 245,6 mld złotych. Te liczby oznaczają, że koszt każdego dodatkowego dziecka urodzonego dzięki temu programowi wyniesie przez okres tylko 10 lat około 883 tys złotych na osobę!!! Zastanawiam się czy ktoś w PISie potrafi liczyć, a przede wszystkim logicznie myśleć? Przy tych kosztach równie dobrze można by było każdemu Kowalskiemu poczętemu dzięki temu programowi fundnąć porządne mieszkanie z wypasioną furą. Takie rozwiązanie miałoby o tyle dobre strony, że nie dość, że spowodowałoby boom na rynku mieszkań to groźba na przykład odebrania tego mieszkania, a i dla męskiej części ukochanego samochodu, może by zatrzymała Kowalskiego w Polsce i nie czmychnąłby jak 3 miliony jego rodaków, często wyedukowanych jeszcze za państwowe pieniądze na państwowych uczelniach, za granicę.

Zejdźmy jednak na ziemię. Wiadomo, że nie ma szans w dłuższej perspektywie, żeby cofnąć reformę emerytalną oraz zrealizować program 500 plus. To w skali 10 lat nawet trudno dokładnie oszacować, ale koszt tego szaleństwa na pewno przekroczy 500 mld złotych. Powtarzam to na tym blogu często i powtórzę znów. W ekonomii nie ma miejsca na cuda. Liczby, w odróżnieniu od polityków, nie kłamią. W matematyce prawda leży nie pośrodku, a dokładnie tam gdzie leży. Pierwszym rozwiązaniem umożliwiającym sfinansowanie tej gospodarczej fatamorgany jest podniesienie podatków i rząd ochoczo się do tego zabrał. Tylko, że banki i markety to drobniaki w tej skali. Można oczywiście spróbować uszczelnić system. Widzimy wyraźnie, że rząd mocno na to liczy. Temu służy na przykład pomysł Ministra Pawła Szałamachy, by wyeliminować gotówkowe płatności powyżej 15tys. złotych i by Polaków zmusić do korzystania z banków. Nic, że to niezgodne z konstytucją, bo na razie w odróżnieniu od Wielkiej Brytanii podstawowe usługi bankowe są płatne. Chodzi o to by oko Saurona stale miało Cię pod kontrolą i obserwowało.

Rząd jest jednak wysoce naiwny myśląc, że uda się podatkami załatać tą dziurę. To się nie uda, bo nawet jak wyeliminujemy całkowicie gotówkę z obiegu to i tak nie zmieni to faktu, że mamy tak skomplikowany, niewydolny system podatkowy, że uszczelnienie systemu jest mrzonką bez napisania ustawy o podatkach od nowa. Ten system podatkowy przecieka nie dlatego, że mamy tak niskie i proste podatki, a dlatego że są za wysokie i za skomplikowane. Udział szarej strefy w polskim PKB jest szacowany na 25% przy średniej europejskiej 15%. Dla przykładu w 2012 roku w badaniach Polskiej Konfederacji Pracodawców Krajowych Lewiatan 33,2% firm zatrudniało pracowników w szarej strefie (w porównaniu do 28,9% w 2011 roku). Wzrost podatków ma to do siebie, że zawsze powoduje ucieczkę do szarej strefy i nie da się temu zapobiec. Oczywiście rząd zatrudni wtedy kolejnych urzędników skarbowych, którzy będą mieli za zadanie tą szarą strefą walczyć. Niestety Ci urzędnicy zawsze kosztują i przez to trzeba podnieść podatki, a z tym można walczyć tylko zatrudniając kolejnych urzędników i koło gospodarczego absurdu zaczyna się domykać.

Ustaliliśmy więc, że podniesienie podatków nie wygeneruje takich kwot jakie są potrzebne rządowi. Wydaje się w tym momencie, że już nic da się już nic zrobić. Trzeba odczekać chwilę, a potem ostatni zgasi światło, ale zaraz…chwila…chyba o czymś zapomnieliśmy…przecież jest jeszcze Keynes! Wprowadzimy jego teorie w życie i dzięki temu wzrost PKB skoczy do poziomu 5% i reformy będą uratowane.

Ekonomiczny guru Jarosława Kaczyńskiego, stały bywalec Radia Maryja, świeżo nominowana przez niego do rady polityki pieniężnej pani Profesor Grażyna Ancyparowicz, stwierdziła wprost w TV Trwam, że jedynie metoda Keynesa rozrusza polską gospodarkę i uratuje program 500+. Na pewno te słowa to miód na uszy dla Prezesa. Nie od dziś wiadomo, że Keynes twierdził, że jego teoria najlepiej się sprawdzi w warunkach państwa totalitarnego.

W tym miejscu chciałbym pobieżnie przyjrzeć się części założeń ekonomii keynesowskiej i wykazać jak w kilku punktach ta teoria jest spójna z wizją Prezesa umacniania władzy Państwa nad jednostką. W części swoich badań Keynes dowodził, iż wolny rynek bywa nie racjonalny. Racjonalnością może się wykazać jedynie państwo, które korzystając z usług naukowców, może we właściwe miejsce kierować strumień dochodów, tak by wszystkim żyło się lepiej. Pod kontrolą rządów, jak pokazała praktyka XX wieku, gospodarka ma się gorzej, ale na pewno lepiej mają się kontrolujący, czyli władza. Z keynesizmem związany jest fiskalizm, wymyślanie coraz to nowych podatków i przekonywanie, że służą one społeczeństwu, a ilu wiernych PISowi urzędników i kuzynów Prezesa można dzięki temu zatrudnić!

John Maynard Keynes twierdził, że najlepiej pobudzić gospodarkę w kryzysie żyjąc na kredyt. Osiągnąć to można obniżając stopy procentowe przez co kredyt będzie dostępny dla wszystkich. Same ustalanie stóp procentowych też według niego należy oddać pod ścisłą kontrolę państwa – dzięki Keynesowi znacjonalizowano Bank Anglii, gdyż jak twierdził, na wolnym rynku stopy procentowe mają tendencję do bycia na wysokim poziomie zachęcającym do akumulacji kapitału, a nie kredytowania gospodarki. Słyszeliśmy już o płynących z obozu PISu pomysłach dotyczących repolonizacji banków. Może takie jest drugie dno wprowadzenia podatku bankowego?

Deficyt budżetowy w czasach recesji jest dobry. Rządy mogą żyć na kredyt poprzez wydawanie większych ilości pieniędzy, niż ściągają z podatków. Brak deficytu Keynes uważał za tłumienie konsumpcji. Gdy jest problem z popytem to zwiększajmy wydatki. My wprawdzie nie mamy recesji, a deficyt mamy zawsze. Jednak wybiórczo traktowany Keynes może być usprawiedliwieniem dla powziętej przez rząd Beaty Szydło decyzji osłabienia reguły wydatkowej.

Keynes negował twierdzenia, że państwowy interwencjonizm jest niemoralny i nieefektywny i rozregulowuje naturalne mechanizmy gospodarcze. Choć nie był zwolennikiem ciągłego interwencjonizmu państwowego, a raczej punktowego, gdy rynek sobie nie radzi daje tym samym legitymizacje PISowi, uważającemu że państwowe inwestycje mogą być znacznie lepsze od prywatnych. Wadą inwestycji prywatnych jest niebezpieczeństwo spekulacji. Państwowe instytucje nie kierują się tylko żądzą zysku, a przez to ich celem może być wzrost gospodarczy. Jest to podstawa etatyzmu i prosta droga do usprawiedliwiania cofnięcia prywatyzacji o czym marzy przeciętny wyborca, który głosował na te ugrupowanie podczas ostatnich wyborów.

Żeby też być uczciwym należy stwierdzić, że ten powrót w chwale teorii Keynesa na polityczne salony nie nastąpił ot tak nagle. Duch barona straszy w Rzeczypospolitej już od dawna. W część nauk Keynesa wierzyła od zawsze duża część lewicowych środowisk, ekonomistów typu Ryszarda Bugaja. Duch Keynesa straszy też w wielu gabinetach europejskich, straszy też w Unii Europejskiej jako instytucji. W Polsce za początki wprowadzania teorii Keynesa w życie odpowiedzialna jest Platforma Obywatelska. Donald Tusk doszedł do władzy z liberalnymi gospodarczo postulatami, ale szybko okazało się, że mu się odwidziało. Ostatni minister finansów Mateusz Szczurek mówił otwarcie w wywiadach o tym że bliżej mu do Keynesa niż do liberalnego Von Hayeka. W Polsce system edukacji na uczelniach ekonomicznych sprawia, że nauki Keynesa ciągle trafiają na podatny grunt. Leszek Balcerowicz kiedyś stwierdził, że też przez dwa lata po skończeniu studiów był keynesistą, gdyż tak uczono na polskich uczelniach. On po dwóch latach zrozumiał, że żaden kraj na świecie, który systematycznie uprawia politykę keynesowską nie odniósł sukcesu. Profesor Balcerowicz zmienił poglądy, ale ilu jest takich, którzy nie byli na tyle odważni, by przyznać się przed lustrem, że się mylili i teraz oni uczą na uczelniach nowe pokolenie.

Jest to o tyle niebezpieczne, tak jak napisałem już powyżej, że nauki Keynesa są wyjątkowo atrakcyjne dla każdej władzy. Traktowane wybiórczo, usprawiedliwiają jej pokusę, by postawić się ponad społeczeństwo. Miło każdemu przywódcy jest usłyszeć, że nie jest potrzebne cięcie rozdmuchanych wydatków. Obiecane w drugim expose rządu Tuska utworzenie państwowego funduszu inwestycyjnego, który miał rozruszać gospodarkę w oparciu o BGK nie było niczym innym jak wprowadzaniem idei barona Keynesa w życie. Machina ruszyła, a PIS tylko ten proces ochoczo podchwycił i kontynuuje.

Jako anegdotę na zakończenie tego smutnego w sumie wywodu przywołam odpowiedź lorda na pytanie (dotarłem do dwóch wersji – podam jedną bardziej mi tu pasującą) o to jak jego teoria długofalowego zadłużania się wytrzyma próbę czasu?

-,, W dłuższym okresie wszyscy będziemy martwi.”

Mimo to ciekawi mnie do czego nas ta fascynacja PIS-u Keynesem doprowadzi?

Czytaj również
O autorze
*
BartłomiejAusten
Nieznośny Austen, urodzony w prima aprilis '78. Absolwent ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego, maniak sportowy, filmowy i muzyczny.