Egzaltowany intelektualizm przeciw romantyzmowi

Drukuj

Pierwsze lata dwudziestolecia międzywojennego to początek polskich zmagań z tradycją romantyczną, które paradoksalnie przyczyniają się do coraz większego uwikłania tradycji narodowej w oploty romantycznej ideologii. Świadomość potrzeby uwolnienia życia artystycznego z politycznej służby zaznaczyła się w twórczości polskich literatów jeszcze przed nastaniem czasów wolnej Polski. Wagę tej odrębności podnosił już w 1915 roku Stefan Żeromski, podkreślając, że: „Od spraw politycznych jest we Włoszech minister spraw zagranicznych, od spraw społecznych – minister spraw wewnętrznych. Ja jestem od spraw literackich i tylko tymi się zajmuję”. Wraz z nastaniem rzeczywistej wolności zbiór haseł, deklaracji czy programowych wystąpień przeciwko sztuce zaangażowanej w budowę narodowej mitologii narasta, tworząc szeroki nurt twórczość antyromantycznej. Liczba oraz miara nazwisk występujących przeciwko, zdaniem wielu intelektualistów, archaicznemu w wolnej Polsce dyskursowi romantycznemu nie potrafiła w dwudziestoleciu międzywojennym przeważyć szali tradycji romantycznej jako fundamentu wspólnotowej świadomości przytłaczającej większość Polaków.

Niemoc w sporze z romantykami o rząd dusz trwa po dzień dzisiejszy. Romantyczna koncepcja narodu wciąż bowiem powraca pod różnymi postaciami oraz w różnych aspektach życia społecznego. Ogłoszony przez Marię Janion zmierzch paradygmatu symboliczno-romantycznego, który ta wybitna znawczyni literatury ogłosiła niedługo po przełomie 1989 roku, okazał się kolejną nietrafioną diagnozą zgonu tradycji, która od prawie dwustu lat kształtuje świadomość narodową Polaków. Odporność paradygmatu romantycznego jako generatora wspólnoty narodowej na kolejne prognozy jego niedługiego zmierzchu oraz próby jego dyskredytacji jako dyskursu archaicznego w nowej, rodzącej się rzeczywistości okazała się w Polsce tak silna, że trudno spoza jego rozległego obrazu dostrzec jakiekolwiek inne alternatywne formy życia państwowego czy społecznego. Symptomatyczne, że w próbach wyzwolenia się z uścisku tradycji romantycznej spotykamy się albo ze zdecydowanym odrzuceniem wartości wspólnoty narodowej, albo z odwołaniami do czasów przedromantycznych.

Antidotum na kreowany przez romantyzm model centralistyczny miałaby być zatem na przykład tradycja renesansu, budowana raczej w oparciu o jedność kulturową Europy aniżeli wspólnoty narodowe. Inne koncepcje odwołują się do oświeceniowego racjonalizmu lub, przeciwnie, zaprzeczają absolutyzmowi rozumu, za wzór postawy obywatelskiej stawiając sarmacką prostoduszność, która winna zbudować zręby duchowej odnowy narodu. Niezależnie jednak od stopnia trafności przywołanych sugestii projektów alternatywnych względem paradygmatu romantycznego nietrudno zauważyć, że wszystkie one pochodzą sprzed XIX wieku. Z kolei współczesna idea społeczeństwa otwartego, przeciwstawiająca zaangażowanie obywatelskie tendencjom centralistycznym, pochodzi niejako z zewnątrz, bardziej z uniwersum polityczno-intelektualnych rozważań aniżeli z historii naszego kraju. Tym samym centralna pozycja paradygmatu romantycznego jako punktu odniesienia, wobec którego kształtują się postawy Polaków, zostaje potwierdzona. Od pierwszej połowy XIX wieku wszelka refleksja nad kształtem państwowości polskiej uwikłana jest bowiem w dyskurs romantyczny. Ucieczka od niego wydaje się zatem coraz bardziej niemożliwa.

Jedną z pierwszych ofiar romantyzmu stał się polski pozytywizm, który został wchłonięty przez epokę poprzednią między innymi za sprawą pojęcia „idealizmu”. Postawa poświęcenia i pracy u podstaw była bowiem wpisana w ramy romantycznych uniesień ducha oraz skłonności do uczuć wyższych. Z kolei okres dwudziestolecia międzywojennego kończy II wojna światowa, która przyczynia się do restytucji koncepcji romantycznej martyrologii. Zwalczana w pierwszych latach powojennych przez socjalistyczny reżim tradycja romantyczna wpisała się wkrótce także i w ten nowy system. „Ta sama ideologia – jak wyjaśnia Teresa Walas – aktywizowała bowiem wzorzec emocji i zachowań tradycyjnie związany z wariantem tyrtejskim, choć usytuowany teraz w innej aurze uczuciowej – entuzjazmu, jaki miała wywoływać budowa nowego świata. Wzywano do ofiar w imię lepszego jutra, do poświęceń ze strony jednostki na rzecz kolektywu, mówiono o romantyzmie socjalistycznego czynu. I los słowa «czyn» (od «czynu zbrojnego» do «czynu majowego») jest wyrazistą ilustracją sposobu, w jaki dokonywało się przechwytywanie słownika”. Nic więc dziwnego, że wraz z nastaniem opozycji solidarnościowej romantyczny wzorzec walki z okupantem bez trudu odżył wśród tłumu strajkujących, później zaś opozycjonistów zmagających się z prawodawcami stanu wojennego.

Model porażki wydaje się zatem za każdym razem dość podobny, a wręcz w swej banalności nudny. Odrzucane początkowo wzorce tradycji romantycznej najbezczelniej powracają jako sprzymierzeńcy nowych ideologii. Z czasem „doświadczeni doradcy” oraz sprawdzone strategie panowania nad sercami oraz duszami ludu w zmodyfikowanej formie tworzą akceptowany słownik nowego porządku. Za przyczynę tego mechanizmu można by uznać pojemność ideologii romantycznej, co jest po części tezą zasadną. Drugim istotnym powodem jest nasza skłonność do ujmowania jako romantycznych wszelkich postaw większego emocjonalnego zaangażowania, o które w aktywności społecznej przecież nietrudno. Rzecz banalizując, można powiedzieć, że każdy, kto z zaangażowaniem z romantyzmem walczy, sam wpada w jego pułapkę tyrtejskiej postawy. Będąc Polakiem, trudno zresztą z romantyzmem się nie mierzyć. Wychowywani od dwóch prawie wieków w tradycji literatury patriotycznej musielibyśmy „wyleźć z własnej skóry”, aby uwolnić się od wtłoczonych w nasz krwiobieg „czucia i wiary”.

Nie powinno zatem dziwić, że wśród zbuntowanych wobec romantycznej tradycji twórców dwudziestolecia międzywojennego pojawia się wiele odwołań do modeli kultury europejskiej. Europeizacja kultury polskiej była hasłem znacznie bardziej nośnym w Polsce po I wojnie światowej, aniżeli u początku budowy Trzeciej Rzeczpospolitej. Warto więc przyglądać się tym autorom przedwojennej Polski, których doświadczenie życiowe, a w konsekwencji postawa, nie do końca dają się wtłoczyć w sztywny gorset wychowania „dobrego Polaka”. Jedną z takich postaci była Stanisława Przybyszewska. Jako nieślubna córka swojego sławnego ojca były wraz z matką Anielą Pająkówną w galicyjskim Lwowie skazana na ostracyzm. Stąd zapewne decyzja o wyjeździe do Francji, gdzie brak presji płynącej ze strony tradycyjnych polskich wzorców sprawił, że Stanisława nie związała się z wiarą katolicką. Później, po śmierci matki, wychowywała się u swoich ciotek, średnie wykształcenie zdobywając w Krakowie. Jej życiowe drogi połączyły zatem świadomość Europejki z edukacją zdobytą w kraju. Emocjonalny stosunek młodej pisarki do wydarzeń, które kształtowały życie polityczne międzywojennej Polski, był filtrowany jednocześnie przez szerszą intelektualną perspektywę przemian zachodzących w Europie zmagającej się z budowaniem ładu demokratycznego.

Owocem bogatego doświadczenia, a jednocześnie przenikliwości intelektualnej Przybyszewskiej stał się napisany w 1929 roku dramat „Sprawa Dantona”, traktujący o wydarzeniach rewolucji francuskiej, jakie miały miejsce wiosną 1794. Akcję wypełnia walka pomiędzy obozem Dantona a jakobinami Robespierre’a, zakończona porażką oraz egzekucją tego pierwszego. Przywoływanie doświadczeń wielkiej rewolucji, do jakiej doszło we Francji pod koniec XVIII wieku, jest gestem raczej mało zaskakującym w europejskim kraju, w którym toczy się spór o kształt demokracji. W przypadku dramatu Przybyszewskiej temat ten okazał się jednak nie tyle przypomnieniem jednego z istotnych fundamentów europejskiej historii politycznej, ile przenikliwym i zajmującym głosem Polski w tej sprawie. Za życia dramatopisarki walory jej tekstu docenił w zasadzie jedynie Leon Schiller. Potwierdzenie swojej wyjątkowej wartości dramat Przybyszewskiej zyskuje jednak w drugiej połowie XX wieku, kiedy jego realizacji dwukrotnie podejmuje się Andrzej Wajda. Najpierw w 1975 roku w warszawskim Teatrze Powszechnym prowadzonym przez Zygmunta Hübnera, później w 1983 roku w wersji filmowej ze scenariuszem Jean-Claude Carrierè’a. Najnowszą głośną realizacją „Sprawy Dantona” stała się inscenizacja Jana Klaty w Teatrze Polskim we Wrocławiu w roku 2008. Wspomniane realizacje uznanych polskich reżyserów z jednej strony przydają wagi głosowi młodej pisarki, z drugiej strony ujawniają jednak pułapki, jakie na przenikliwą refleksję polityczną zastawiają tradycyjne schematy romantycznego porywu. Zjawisko to szczególnie wyraźnie uwidacznia się w filmie Wajdy. Jest ono tym bardziej dobitne, że w zgodnej opinii dużej części recenzentów Wajda zrezygnował z widowiskowego wymiaru swojego dzieła na rzecz dyskursu wyrażającego się głównie w dialogach. W recepcji filmu na plan pierwszy wysuwa się jednak heroiczne starcie dwóch głównych bohaterów, których dominacja wyrasta między innymi z autorytetu wyjątkowych odtwórców głównych ról (Wojciecha Pszoniaka w roli Robespierre’a oraz Gérarda Depardieu jako Dantona). Ich deklamacje oraz spory sprawiają, że wychowany na romantycznej glebie odbiorca bez trudu dostrzeże w głównych bohaterach dramatu romantycznych herosów XIX-wiecznej proweniencji. Romantyczne źródła dają się także wyłuskać z osadzonej we współczesnej estetyce realizacji młodego twórcy – Jana Klaty. Niezwykle bogata inscenizacja, czasem krytycznie określana terminem „gadżeciarska”, daje się odczytać jako trawestacja popularnego widowiska kostiumowego. W tym sensie romantyzm wyłania się z jego spopularyzowanej wersji. Popularny charakter romantycznych uniesień został wpisany także w sceny głośnych protestów stronników Dantona, które układają się w rytm kibicowskich okrzyków. Gdzież indziej bowiem szukać dziś poczucia misji, wyjątkowości oraz oddania wspólnocie jak nie na stadionach piłkarskich, gdzie siła przywiązania do drużyny tworzy najsilniejszą chyba w dzisiejszej kulturze więź wspólnotową.

To zatem, co stanowi o wyjątkowej wartości dramatu Przybyszewskiej – jej precyzyjna, intelektualna analiza mechanizmów walki politycznej – w realizacjach teatralnych czy filmowych ginie w ferworze romantycznego rozbuchania. Zjawisko to nie stanowi jednak efektu autorytarnej uzurpacji reżyserów. Młoda dramatopisarka bowiem nie tylko z pasją oddaje się tworzeniu panoramy rewolucyjnej, lecz także nie skrywa swoich fascynacji politycznych. Stając po stronie Robespierre’a, kreśli jego wizerunek na tyle atrakcyjnie, że w dwóch przedwojennych realizacjach przywódca jakobinów zyskuje rysy Józefa Piłsudskiego, podczas gdy Danton przedstawiany jest jako Wojciech Korfanty. To jednak właśnie otwartość dramatu na polityczne aktualizacje oraz emocjonalne uniesienia pozwala skutecznie rozbrajać czy też dekonstruować tradycyjne schematy romantycznego wyznania wiary. Za każdym bowiem razem, kiedy wracamy do lektury samego tekstu, dostrzegamy, że romantyczny kostium dramatu nie do końca pasuje do tradycji politycznej, z której wyrasta.

Stanowiący oś rozwoju akcji spór pomiędzy Robespierre’em a Dantonem jedynie powierzchownie wypełnia paradygmat romantycznej walki o rząd dusz. Rzeczywistą przestrzeń starcia dwóch przywódców rewolucji francuskiej tworzy bowiem nie romantyczny poryw ducha, ale wykalkulowana przez Jeana-Jacques’a Rousseau koncepcja umowy społecznej. Bezwzględność Robespierre’a w działaniu nie wyrasta zatem z przekonania o własnej wyjątkowości, ale jest owocem jakobińskiej pedagogii. Tragizm sytuacji przywódcy jakobinów stanowi bowiem konsekwencję dylematów, których do końca nie potrafił w swojej teorii wyłuszczyć Rousseau. Jednym z nich pozostaje kwestia umiejscowienia władzy, której najwyższa forma z jednej strony winna należeć do ludu, a z drugiej strony, jak poucza autor „umowy społecznej”, wola powszechna ma charakter woli rozumnej. Stąd problem, którego do końca nie udaje się rozwiązać. „Pragniemy bowiem zawsze swego dobra, ale nie zawsze je widzimy”. Realny lud może zatem błądzić bądź to zwiedziony przez podstępnych polityków, bądź pod wpływem chęci propagowania interesów partykularnych jednostek czy w innym przypadku grup społecznych. Dlatego republika wymaga władzy obdarzonej inteligencją oraz siłą, która pozwoli błądzących – zgodnie ze słowami Rousseau – „przymusić do wolności”. Takim zadaniem zostaje w „Sprawie Dantona” obarczony Robespierre. Inaczej jednak niż romantyczni herosi obdarzony został przez Przybyszewską świadomością zbliżającej się klęski. Każde rozwiązanie, jakie wybierze, przybliża go do niej nieodwołalnie. W ostatniej scenie dramatu Robespierre wylewa na głowę swojego najbliższego współpracownika Saint-Justa strumień zwątpienia, nie przestaje jednak działać. W tym sensie jest modelowym bohaterem klasycznej tragedii, którego istnienie zależne jest w całości od zdolności do działania. W tym samym także aspekcie podważa romantyczny wzorzec dyskursu dramatycznego, który bądź prowadzi do zawieszenia działania, bądź do czynów nieobliczalnych.

Obok akcji również drugi istotny element konstrukcji dramatu stanowi o znaczącej odmienności porządku świata, jaki w swoim utworze proponuje Przybyszewska. Relacja pomiędzy bohaterami pierwszoplanowymi, a głównym źródłem energii rewolucyjnej, czyli ludem, jest zasadniczo inna aniżeli w ujęciach polskiego romantyzmu. To symptomatyczne, że w pracach krytycznych pierwszą scenę „Sprawy Dantona” przyrównuje się czasami do zgromadzenia koronacyjnego na placu Zamkowym w Warszawie z „Kordiana” Juliusza Słowackiego. To prawda, że w obu przypadkach zgromadzeni mówią o bieżących sprawach politycznych. Jednak u wieszcza polskiego romantyzmu lud głodny jest zabawy, realizującej się w krytyce władzy carskiej, za chwilę zaś w realnej zabawie na uczcie wydawanej z okazji koronacji. U Przybyszewskiej lud paryski zostaje pokazany już w pierwszej scenie dramatu, w której rozprawia o bieżącej polityce w sposób rzeczowy, a jednocześnie w odniesieniu do spraw codziennych, którymi żyje na bieżąco. Nieprzypadkowo dysputa ta odbywa się podczas oczekiwania w kolejce po chleb, a więc symbol najbardziej podstawowych, a zarazem konkretnych potrzeb ludzkich. Ta zmiana nastroju towarzyszącego pojawieniu się na scenie dramatycznej ludu nie jest jednak najważniejsza. Kluczowe pozostaje bowiem upodmiotowienie ludu w dramacie Przybyszewskiej. Choć każdy rodzaj wypowiedzi postaci literackiej pozostaje zaledwie konwencją, to konwencja realistyczna rozmów paryżan sprawia, że język ich staje się niezależny od dyskursów, którymi posługują się protagoniści „Sprawy Dantona”.

W wyrazisty sposób obraz przywódców rewolucji francuskiej jest kreowany przez ustanowienie ludu jako niezależnego podmiotu gry wydarzeń politycznych. W sporze z chłodnym strategiem, jakim jest Robespierre, głównym trybunem ludu pozostaje Danton. To jego głos posiada moc porywania tłumu do czynów. Zarówno tych wzniosłych, jak i destrukcyjnych. Nie dziwi więc, że to właśnie w Dantonie kocha się polska romantyczna dusza. Cała uwaga solidarnościowej opozycji skupiała się na tyradach tego giganta walki z tyranią jakobinów, który głosem Gérarda Depardieu grzmiał do polskiej widowni w latach 80. Jego upadek i następujące po nim słowa pogardy dla ludu przypisuje się natomiast tradycyjnie niechęci Przybyszewskiej do tej postaci historycznej. Autorka przedsięwzięła wiele zabiegów, których zadaniem było przedstawienie Dantona jako osoby sprzedajnej i kierującej się głównie partykularnym interesem. Ostateczny efekt takiego wizerunku daje się jednak interpretować także w oderwaniu od preferencji politycznych Przybyszewskiej. Romantyczny w swej naturze trybun ludowy, ukochany przez paryżan Danton, okazuje po prostu prawdę stosunku ludowych wieszczów, płomiennych mówców oraz porywających tłumy przywódców do swoich słuchaczy. Romantyczny bohater w gruncie rzeczy ludem gardzi. Zapatrzony w swoje posłannictwo w ogóle go nie dostrzega, odbierając mu głos, a w konsekwencji podmiotowość.

Każdy polski uczeń zna doskonale Mickiewiczowską diagnozę polskiego narodu: „Nasz naród jak lawa, / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, / Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”. Wiara, która przebija ze słów wieszcza, jest jednak zupełnie złudna. Prawdę o swojej wizji ludu zawarł Mickiewicz w pierwszym wersie, dalsza część obrazu to jedynie figura retoryczna, której zadaniem jest uwiarygodnienie samego wieszcza. Kto bowiem walczyłby o rząd dusz ludzi słabych, nieudacznych, a czasem podłych? Romantyczna miłość do ludu pozostaje zatem retorycznym gmachem własnej wielkości poety.

Danton z dramatu Przybyszewskiej, posiadający cechy romantycznego przywódcy, nie jest jednak poetą, ale politykiem, który pozbawiony szańców retorycznego usprawiedliwiania swoich przeżyć, wcześniej czy później upada, przeklinając tych, którzy wcześniej dali mu władzę. W tym sensie romantyczna egzaltacja, która została wpisana w postać Dantona, pozwala jednocześnie na demaskację tego paradygmatu. Alternatywę dla postaci Dantona stanowi bowiem Robespierre. Nie jest on jednak zaprzeczeniem swojego oponenta, ale jego odbiciem. Robespierre wie o tłumie rewolucyjnym to samo co Danton. Nie próbuje jednak wykorzystać jego słabości ani go uwieść, ale przymusić do właściwej postawy. Ta szczególna pedagogia jakobińska ustanawia więc inny od romantycznego paradygmat władzy politycznej. Niekoniecznie moralnie lepszy, ale bez wątpienia różny.

„Sprawa Dantona” to kronika wydarzeń Wielkiej Rewolucji Francuskiej i w gruncie rzeczy wyjątkowo przenikliwa analiza procesów walki politycznej. O przykładach niezwykle celnych scen negocjacji, rozgrywek parlamentarnych czy emocji wpływających na decyzje polityków można by napisać znacznie więcej. Dramat Przybyszewskiej wydaje mi się jednak szczególnie płodny w kontekście toczących się współcześnie sporów o model państwowości polskiej, który zrywałby z tradycją romantyczną. Jego wyjątkowość polega bowiem na połączeniu intelektualnej koncepcji państwa Rousseau z egzaltacją towarzyszącą spotkaniu z herosami świata polityki. Ładunek emocji zawarty w dramacie Przybyszewskiej z jednej strony otwiera go bowiem na romantyczny sposób lektury, z drugiej strony, zderzony z chłodnym intelektualizmem koncepcji autora „umowy społecznej”, poddaje się dekonstrukcji, pozbawiając romantyzm monopolu na patriotyczny stan uniesień duchowych. Demaskacja niechęci do ludu, która – prawdę mówiąc – charakteryzuje niemalże wszystkich czynnych polityków, wyrasta bowiem z romantycznego pojmowania przywództwa. Stwórcza siła głosu wieszcza czy trybuna pozbawia lud jego własnego dyskursu, a w konsekwencji podmiotowości. Wyrastająca z koncepcji Rousseau pedagogia, wedle której postępuje Robespierre z dramatu Przybyszewskiej, bywa często okrutna, jednak zawsze świadoma tego, że po drugiej stronie nie stoi bezwolna masa, ale obdarzeni podmiotowością ludzie, którym trzeba służyć nawet wbrew ich woli. W ten sposób „Sprawa Dantona” stanowi alternatywę wobec idei pro- i antyromantycznych, które walcząc z sobą na śmierć i życie, dzielą wspólny wirus millenarystycznego myślenia – w pierwszym przypadku prowadzącego do idei idealnego tradycyjnego państwa, w drugim przypadku spełniającego się w marzeniu o nowoczesnym państwie odciętym skutecznie od archaicznego tradycjonalizmu. Tymczasem tragiczne zmagania Robespierre’a z dramatu Przybyszewskiej ukazują model, który sytuując pomiędzy romantycznym porywem ducha a modernistycznymi koncepcjami państwa, tworzy zupełnie nową propozycję modelu państwowości. Nową, ponieważ nie chodzi tu o proste skonsumowanie wielokrotnie już przetrawionej idei „umowy społecznej”, ale literacką wizję młodej dramatopisarski okresu dwudziestolecia międzywojennego, która pozostając otwarta na wielorakie interpretacje, horyzont zainteresowań zamyka w rozważaniach politycznych nad pojmowaniem wspólnoty państwowej.

Czytaj również
O autorze
*
WojciechBaluch