Europejska Wspólnota Plemienna

Drukuj

Wspólnota

Stada są formą organizacji dostępnej stworzeniom o w miarę rozwiniętych mózgach. Stado, dla swego istnienia i funkcjonowania – poza nieco iluzorycznym w zależności od sytuacji związkiem pokrewieństwa – potrzebuje innych więzi: wspólnoty interesów gospodarczych, a co za tym idzie – obronnych.

Ludzie od zawsze rozumieli, że zorganizowana społeczność oznacza korzyści: od możliwości skutecznego polowania, przez wspólną uprawę ziemi w kulturach rolniczych, po produkcję i usługi. Do naturalnych więzi gospodarczych i obronnych charakteryzujących wszelkie społeczności zwierzęce, obdarzeni zdolnością myślenia abstrakcyjnego ludzie dodali do więzi filozofię i jej pochodną – politykę.

Mechanizm rozpadu czy upadku społeczności w świecie zwierząt jest dosyć prosty: kiedy znika więź gospodarcza – wspólne żerowisko, teren łowiecki – istnienie stada staje się bezprzedmiotowe. Podobnie w świecie ludzi: jeżeli znika wspólnota interesów gospodarczych związek ludzki zaczyna się chwiać. I wszystko by grało zgodnie z naturą – gdyby nie polityka.

Polityka potrafi stworzyć związki ludzkie o słabej, lub nawet nieistniejącej więzi gospodarczej. Podręcznym przykładem jest niesławnej pamięci RWPG – mimo założeń tworzenia czegoś na kształt wspólnego rynku, wprowadzenia specjalizacji produkcji poszczególnych krajów – zarówno Związek Sowiecki jak i każdy z jego wasali z osobna był przekonany że „dokłada do interesu”. Tzw. rubel transferowy skłaniał do szukania rozwiązań barterowych, bo na rozliczeniach w tej wirtualnej walucie każdy tracił – i kupujący i sprzedający (choć wydaje się to niemożliwe). Twory, które są oparte na sztucznych, politycznych podstawach, nie popartych faktyczną więzią i wspólnotą interesów, trwają w czasie historycznym bardzo krótko; w czasie ludzkim – niestety długo, bo kilka pokoleń. Ich byt jest oczywiście przedłużany, jeżeli układ opiera się na jednym dominującym elemencie, lub w przypadku systemu totalitarnego – dopóki oczywiście system stać na utrzymanie związku w ryzach przemocą lub jej groźbą.

Niemniej zasadniczą przyczyną powstawania społeczności – od najmniejszego plemienia, do imperium i związku państw – jest interes gospodarczy. Upadek związku – o ile nie jest spowodowany katastrofą, czynnikiem zewnętrznym – wynika z zaniku więzi.

Doświadczenie dziejów wskazuje, że czynnik abstrakcyjny – polityczny, ideologiczny – musi być podparty gospodarczym i obronnym; pomiędzy nimi musi trwać równowaga, muszą być spójne i żaden z nich nie może dominować nad pozostałymi ponad miarę.

Skąd się brały imperia?

Cywilizacje starożytnego wschodu powstawały oparte na wspólnocie uprawy kultur rolniczych – zorganizowanie upraw w dolinie Nilu czy Tygrysu i Eufratu budowało związek, który wytworzył struktury obronne i polityczne. Związki te dominowały dopóki struktura gospodarcza i rozwój cywilizacyjny nie umożliwił pojawienia się konkurentów, którzy z dala od dorzeczy wytworzyli gospodarki zdolne zmieniać układ sił.

Przypadkiem nierównowagi czynników jest bez wątpienia imperium Aleksandra Macedońskiego – jedyną więzią potężnego organizmu była idea polityczna związana z osobą charyzmatycznego władcy. Wraz z jego śmiercią, pozbawione innych czynników integrujących państwo stało się przestrzenią geograficzną zamieszkałą przez określoną liczbę ludzi – na której powstały zaraz nowe organizmy państwowe.

Państwa i ich związki także zmieniały się – i zawsze przy zaburzeniach równowagi pomiędzy czynnikami integrującymi przeżywały kryzysy bądź upadki.

Najtrwalsze imperium naszego kręgu kulturowego, Rzym, rozwijał się dosyć powoli, stwarzając jednocześnie mechanizmy integracyjne. Plemiona podbite dostawały status sfederowanych, z czasem nadawano im obywatelstwo rzymskie – czynnik polityczny nadążał za wspólnotą gospodarczo – obronną. By utrzymać równowagę między czynnikami integrującymi, w okresie świetności cezarowie potrafili zatrzymać podboje mimo militarnego potencjału. Przykładem są decyzje Tyberiusza o zatrzymaniu podboju Germanii; wbrew niemieckiej legendzie narodowej nie powstrzymali podboju wodzowie – cesarz po prostu nie widział sensu gospodarczego we włączaniu w granice imperium nieprzydatnych i trudnych do zurbanizowania na wzór rzymski terytoriów. To samo skierowało legiony nadreńskie za czasów cesarza Klaudiusza na podbój Anglii – tam Rzym widział interesujący go teren do przyłączenia. Górzystej Szkocji nawet za bardzo nie próbowano podbić, pozostając przy odgrodzeniu się wałem zabezpieczającym stan posiadania.

Rzym I stulecia rozwijał się harmonijnie mimo szaleństw i satrapii niektórych władców, mimo różnic religijno – kulturowych. Państwo było spójne gospodarczo, zaspokajało potrzeby obywateli, a bogactwo pozwalało na utrzymywanie w szachu sąsiadów – stała i potężna armia oraz skarbowa wydolność szybkiego jej powiększenia w miarę potrzeb dawała luksus spokojnego życia i bogacenia się.

Paradoksalnie – postęp cywilizacyjny i rozprzestrzenianie się kultury upraw i rzemiosła zapoczątkowały upadek imperium. O ile w I wieku można było powiedzieć, że Rzym czy Galia bez Egiptu będą głodowały, o tyle w III wieku taka Galia stała się prowincją samowystarczalną pod wieloma względami; nie potrzebowała drogiego zboża z Egiptu – mając tańsze własne, nie potrzebowała produkcji sprzętów czy broni z Półwyspu Apenińskiego czy Grecji – posiadając na własnym terytorium wiele miast z warsztatami i wykształconymi wytwórcami. Osłabienie więzi gospodarczych i samowystarczalność prowincji, zmniejszenie obrotów gospodarczych pomiędzy nimi – co było jednym z podstawowych przychodów skarbu państwa poprzez sprzedawanie monopoli itp. – osłabiły zdolności obronne. Państwo coraz mniej opierało się na więziach gospodarczych i wynikających z nich społecznych – coraz bardziej natomiast na stricte politycznych, związanych z władzą i administracją cesarstwa. Najazdy i agonia imperium to efekt braku determinacji jego obrońców – bo czego tu bronić, jeśli cesarstwo nie spełniało oczekiwań obywateli i zdawało się być zbędne.

Oczywiście z naszej perspektywy upadek cesarstwa rzymskiego był czymś wielkim i strasznym – choćby z tego względu, że po nim nastąpił czas mało klarownego bałaganu. Odrywając się na chwilę od ulubionego przez autorów podręczników politycznego spojrzenia – można łatwo zauważyć, że koniec Rzymu to efekt co najmniej dwóch wieków rozkładu związków gospodarczych pomiędzy poszczególnymi jego częściami.

Cała późniejsza historia potwierdza takie podejście analityczne: mocarstwami stawały się państwa, gdzie silna więź gospodarcza organizowała społeczność zdolną do militarnej obrony swoich interesów i posiadającą polityczną ideę. Równowaga tych elementów dawała siłę i zwartość, pozwalała wygrywać konkurencję. Nie zdarzyło się nigdy, by istniała tak silna idea, która nie podparta solidną wspólnotą interesów umiała by przetrwać próbę czasu.

Unia Europejska – czy ma szanse trwać?

Jest nam dane obserwować związek europejski – eksperyment o tyle nietypowy, że nie ma państwa-trzonu, wokół którego skupiali by się słabsi. Politycznie wielka trójka – Wielka Brytania, Niemcy i Francja uniemożliwiają sobie nawzajem zajęcie pozycji lidera, czego zresztą skrzętnie pilnują Włochy, aspirujące do przekształcenia wielkiej trójki w czwórkę, a także średniacy – np. Hiszpania czy Polska, nadrabiający inne braki wielką ambicją.

Fundament Unii Europejskiej – poza zespołem pojednań mentalnych Niemiec z Francją, Wielką Brytanią et caetera – był bardzo solidny: Europejska Wspólnota Węgla i Stali, która w czasach mierzenia potęgi państw wydobyciem surowców i wytopem surówki łączyła potencjały i tworzyła podwaliny integracji. Równolegle powstał Euratom, który miał w założeniu połączyć siły w badaniach i rozwoju energii atomowej. Europejska Wspólnota Gospodarcza dalej podkreślała ciężar integracji, omijając rafy nacjonalizmów i tworząc przestrzeń wspólnoty interesów niezależnej od fluktuacji politycznych.

Decyzje Europejczyków zawarte w Traktatach Rzymskich i wcześniejszej Konferencji Mesyńskiej wypływały z reakcji ówczesnych przywódców państw europejskich na wyzwania, jakim nie mogły ich kraje podołać samodzielnie. „Sieroty planu Marshalla”, jak nazywali ich złośliwi, w latach 50-tych stanęli nie tylko wobec polityczno-militarnej dominacji dwóch mocarstw, ale także wobec marginalizacji znaczenia gospodarczego Europy. Żadne z państw europejskich – nawet niedawne mocarstwa – nie było w stanie podjąć wyzwania projektów rozwoju przemysłu ciężkiego czy rozwoju sektora energii atomowej na skalę zbliżoną choćby do skali, na jaką działo się to w USA czy Związku Sowieckim. Kraje Europy Zachodniej, zabezpieczone geopolitycznie sojuszem północnoatlantyckim, z przyczyn gospodarczych coraz bardziej stawały się klientami USA w przypadku poważnego konfliktu zbrojnego, niż partnerami. Stąd konieczność integracji gospodarczej i budowania wspólnego potencjału, zdolnego istnieć w sposób znaczący w globalnym systemie.

Za integracją gospodarczą poszły projekty społeczne: zniesienie granic celnych i połączenie rynków pracy, co pozwoliło na zniesienie granic cywilnych i swobodę poruszania się Europejczyków na skalę niespotykaną chyba od końca XVII w. Jednocześnie postępowały prace nad integracją polityczną, które zaowocowały traktatem z Maastricht. Ten traktat i – powiem coś niepopularnego – rozszerzenie Unii Europejskiej o kraje Europy Środkowej osłabiły fundament gospodarczy, przenosząc punkt ciężkości na czynnik polityczny. Tzw. nowe kraje, byłe demoludy, do integracji nie były przygotowane pod względem ekonomicznym. Będąc mniej lub bardziej zaawansowane w przemianach gospodarczych, nadal tkwiły w epoce węgla i stali, z którą „Stara Europa” rozstawała się na przełomie lat 70 i 80 ubiegłego wieku. Fakt spełnienia kryteriów deficytu budżetowego, inflacji itp. niewiele pomaga – bo to wskaźniki statystyczno-księgowe, zabezpieczające oczywiście gospodarkę – ale co mają wspólnego ze wspólnotą interesów?

O ile Polska miała interes (choć w sumie krótkoterminowy) w korzystaniu z programów wyrównujących poziom życia, o tyle cele i problemy dalekosiężne nie wydają się być wspólne. My i inne kraje bloku sowieckiego jesteśmy zainteresowani przebudową archaicznej struktury gospodarczej, podczas gdy stara Unia, z ustabilizowanym poziomem życia obywateli, musi zająć się wyzwaniami ery postindustrialnej, ery nowych technologii. Położenie nacisku na rozwój polityczny Unii Europejskiej, z założoną rozbudową unijnej administracji i pracami nad traktatem konstytucyjnym, skrywa trochę brak postępu w działaniach w sferze gospodarczej.

System wspólnej kasy finansowania produkcji rolnej czy też rozbudowy infrastruktury nie likwiduje dezintegrujących egoizmów narodowych – wręcz przeciwnie, podsyca je. Polska nie jest jedynym krajem, gdzie politycy, media, a co za tym idzie i opinia publiczna fascynuje się przeróżnymi „sukcesami” i „porażkami” wyciągania z unijnej kasy. Ustalenie takiej czy innej kwoty dopłat i limitów produkcyjnych jest okazją do triumfalnych konferencji prasowych z pokazywaniem – my wyrwaliśmy 100 milionów euro a sąsiedzi tylko 50 – mamy sukces! Te pieniądze nie integrują, tylko dezintegrują – szczególnie, że ich wydatkowanie jest zgodne z tzw. priorytetami, ale nie ujęte w żaden wspólny plan rozwoju. Klasycznym przykładem z polskiego podwórka jest ładowanie potężnych środków w infrastrukturę na terenie wsi, które najprawdopodobniej za 10-20 lat przestaną istnieć. Unia, skupiając się na politycznym aspekcie integracji – powiedzmy uczciwie z umiarkowanymi sukcesami – zapomina o wyznaczeniu wspólnego dalekosiężnego celu, zapomina o wskazaniu wspólnej, namacalnej korzyści nadającej sens praktyczny idei. Od 1992 roku postępuje w moim odczuciu niepokojący z punktu widzenia doświadczeń historyczny proces przekształcania wspólnego interesu podpartego ideą na zbiór interesów poszczególnych państw. Filar gospodarczy zanika, filar polityczny rozrasta się i rozmawiamy abstrakcyjnie, filar militarny tak naprawdę nigdy nie powstał.

W ślepym zaułku?

Sensem gospodarczym Unii Europejskiej nie może być tylko budowa kolejnej autostrady czy oczyszczalni ścieków – jak często rozumujemy w Polsce. Bo wystarczy kryzys gospodarczy u największego płatnika (Niemcy), który ze względu na strukturę społeczną i przewidywane załamanie systemu emerytalnego wcale nie jest nieprawdopodobny – żeby tej wspólnej kasy było dużo mniej i wymierny sens Unii dla biedniejszych członków raptem okaże się niewielki. UE w porównaniu z EWG nie ubyło konkurentów – a wręcz przeciwnie. W skali globalnej od lat 60-tych ważnym graczem jest Japonia, w latach 90 pojawiły się Chiny, po kryzysie wraca na scenę Rosja zasilana nieustannie rosnącymi cenami ropy i gazu. Europa musi dotrzymać kroku starym i nowym potęgom gospodarczym – w przeciwnym przypadku żadna konstytucja nie pomoże.

Unia, niezależnie od potrzebnej integracji politycznej, powinna określić sobie cele na miarę tych z czasów Moneta i Schumanna. Postawić na projekty przekraczające możliwości jej członków, a konieczne dla funkcjonowania w XXI w. Niewątpliwie do takich należą:

- Bezpieczeństwo energetyczne. Abstrahując od głośnej sprawy rurociągu bałtyckiego, który jest przykładem braku wspólnej polityki i dominacji interesów narodowych nad europejskim. Priorytetami powinny być badania nad alternatywnymi źródłami energii i tworzenie wspólnego systemu energetycznego.

- Zaangażowanie połączonych potencjałów naukowych w badania nad nowymi technologiami. Dziś nie liczy się wytop surówki. Koszty pracy nie pozwolą Europejczykom konkurować w produkcji prostych sprzętów i urządzeń z Azją; jedyna szansa to rozwój
i zagospodarowanie rynku produkcji zaawansowanych technologii. Tylko połączenie sił pozwoli dotrzymać kroku USA, Japonii, a z czasem Rosji i Chinom. Te ostatnie już się na tym rynku pojawiły.

- Integracja i koordynacja przedsięwzięć gospodarczych w poszczególnych sektorach, inspirowanie europejskich ponadnarodowych grup producenckich – nie konkurujących lecz współpracujących na rynkach pozaeuropejskich, opartych na uczciwej wspólnocie interesów.

Nonsensem jest rozmowa o integracji, jeżeli tylko trzy państwa europejskie (Francja, Niemcy i Włochy) wydają potężne środki na badania i wdrażanie systemów szybkiej kolei; gdyby były to środki prywatne to nie widzę problemu, ale mówimy o wydatkach budżetowych państw, które mają się integrować. Taki projekt – to jest właśnie zadanie wspólne dla UE, w taki projekt powinni być wciągnięci wszyscy członkowie – bo wszyscy potem mogliby korzystać. Takie przykłady można mnożyć.

Wkraczając w obszar trzeciego czynnika – militarnego – na czym ma polegać wspólnota gospodarcza, jeśli Polska, szukając samolotów bojowych, kupuje je poza UE? Taki projekt jak Eurofighter to także coś, co powinno być zadaniem unijnym z zaangażowaniem wszystkich państw. Wspólny projekt powinien zaowocować dobrym samolotem, wchodzącym na wyposażenie wszystkich europejskich armii. Amerykanie nie szukają sprzętu bojowego poza swoimi granicami – rząd nie odważyłby się kupić czegokolwiek od innej firmy, niż płacącej podatki w USA. Jeśli chcemy z nimi konkurować – to warto ich w niektórych sprawach naśladować.

Aspekt militarny związku o nazwie Unia Europejska w praktyce nie istnieje. Dyskusje o europejskich siłach zbrojnych odnawiają się co jakiś czas, tradycyjnie nie prowadząc do zadowalającego efektu. Pewien wpływ ma na to schizofrenia części członków UE (z Polską włącznie), polegająca na problemie pogodzenia jednoczesnego członkostwa w UE i NATO, których cele polityczne nie zawsze są spójne. Infantylny antyamerykanizm prezentowany przez część elit politycznych starej Unii nie zmienia faktu, że w przypadku konieczności interwencji nawet w Europie, co pokazała sytuacja w b. Jugosławii, bez USA skutecznie działać się nie da. UE musi być zdolna do samodzielnych działań – inaczej zawsze Amerykanie będą niejawnym członkiem Unii, od którego będziemy zależni. Trudno powiedzieć, czy UE musi powołać samodzielną armię – ale z całą pewnością powinna integrować systemy łączności i dowodzenia, wprowadzać procedury reagowania i współdziałania jednostek wydzielonych z armii narodowych, musi wypracować model sojuszu pozwalający niejako automatycznie współpracować w przypadku wspólnego zagrożenia. Czyli: uzyskać zdolność reakcji militarnej i dać wspólnocie i jej członkom poczucie bezpieczeństwa.

***

Unia Europejska chce być mocarstwem i liczyć się w świecie – historia nakazuje harmonię pomiędzy więzią i wspólnotą gospodarczą, wspierającą ją ideą polityczną i zapewnieniem gospodarce i idei bezpieczeństwa militarnego. Czy Unia, zapętlona w referenda krajowe na tematy polityczne, jest w stanie skorygować swój kurs, przywrócić wagę integracji gospodarczej i stworzyć wspólną obronę – czas pokaże. Jeśli tak się nie stanie, katastroficzne wizje zniknięcia Europy jako bytu politycznego z mapy znaczących punktów świata – staną się rzeczywistością.

Czytaj również
  • http://www.liberta.pl md

    wspulnata plemienna
    dzięki za pomoc

O autorze
*
MarcinCeliński
z-ca redaktora naczelnego „Liberté!”, przedsiębiorca
@ Marcin_Celinski