Europejskie Pearl Harbor

Drukuj

Ściągając wojnę do Europy ISIS uczyniło nas wszystkich solidarnymi w tragedii w sposób w jaki tysiące humanitarnych katastrof, zdjęć bobasów wyrzuconych na brzeg i rodzin pozbawionych wszystkiego nie byłoby w stanie. Dziś poczuliśmy, że ta wojna jest naszą. W tym sensie 13 listopada nie jest 11 września. Jest francuskim i europejskim Pearl Harbor w trwającej od czterech lat syryjskiej tragedii.

Terroryści – samobójcy, najprawdopodobniej ISIS, zamordowali 13 listopada wieczorem w Paryżu w sześciu skoordynowanych atakach 127 osób. Liczba ofiar niemal na pewno wzrośnie. Cały cywilizowany świat łączy się dziś z bliskimi ofiar i z całą Francją w bólu i w gniewie. To koniec złudzeń o tym, że konflikty gdzieś daleko – w Syrii, w której zginęło już około ćwierć miliona ludzi – nas nie dotyczą. Że możemy w bezpieczny sposób odgrodzić się od świata zewnętrznego. Do czasu. ISIS morduje codziennie ludzi na terytorium Syrii i Iraku, teraz uderzył w samo serce Europy.

Do niepewności towarzyszącej nam nieustannie w codziennym życiu dołączyła niepewność śmierci. Jej przypadkowa możliwość, fakt, że wychodząc wieczorem na mecz, na koncert, do restauracji możemy nie wrócić do domu staje nam – niezależnie od tego gdzie żyjemy – wyraźnie przed oczami. Myśl – „to mogłem/mogłam być ja” sprawia, że ten zamach dotyka nas bezpośrednio. Terroryści zaatakowali nas wszystkich. Podważyli naszą wiarę w stabilność codzienności, tego, że na ulicy nagle nie zacznie ktoś strzelać z broni automatycznej. Wprowadzili stan wyjątkowy – przynajmniej na chwilę – do naszych umysłów.

W takich chwilach łatwo poddać się emocjom. Chęć zemsty jest czymś naturalnym. To jest cel terrorystów. Są za słabi, żeby wygrać z nami militarnie, nie mają żadnej możliwości, żeby najechać nas i stworzyć tu rządzony przez siebie kalifat. Póki co nie są w stanie nawet pokonać słabo uzbrojonych Kurdów w Syrii. Liczą jednak, że pokonamy się sami. Że żądza ślepej zemsty weźmie górę. Że zaczniemy zadawać ciosy na ślepo. Staniemy się marionetkami w rękach terrorystów, którzy mają swoje polityczne cele. Nie są nihilistami, którzy próbują po prostu zdestabilizować sytuację dla samego umiłowania chaosu. Oni wbrew pozorom nie strzelają na ślepo.

Ich celami byliśmy my – obywatele Unii Europejskiej. Przyklejeni do ekranów komputerów i smartfonów przeżywamy nasz żal i nasze bezsilne oburzenie. Nie chcemy już kolejnych memów #JesuisCharlie, solidarnościowych eventów na Facebooku. Chcemy dorwać tych zbrodniarzy, którzy zabijali i pomagali zabijać, chcemy środków zapobiegawczych, które sprawią, że to się już nie powtórzy, chcemy znów żyć bezpiecznie. I mamy do tego pełne prawo. Nie można udawać, że ten zamach, na tę skalę i tak dobrze zorganizowany nie wydarzy się znów, w Paryżu czy gdziekolwiek indziej.

Najważniejsze teraz, żebyśmy nie dali terrorystom czego chcą.

Podzielili świat i nasze społeczeństwa na dobry Zachód i złych muzułmanów. Zbiorowe prześladowania popchną prześladowanych w ręce radykałów. Obarczanie zbiorową winą za terrorystyczne zamachy to samospełniająca się przepowiednia.

Uznali, że w związku z zamachami możemy skutecznie zamknąć się na napływających do Europy uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Oni uciekają przed tym czego wczoraj doświadczył Paryż – przed brutalną przemocą, nieustanną, nieprzewidywalną. Chcecie mi powiedzieć, że dla swoich dzieci, dla swoich bliskich nie zaryzykowalibyście wszystkiego? Wszystkiego powtarzam, ze śmiercią na burzliwym morzu, z upokorzeniami w obozach, z koniecznością żebrania na ulicach Berlina czy Budapesztu włącznie tylko po to, żeby nie uratować siebie i ich? Weźcie zamachy w Paryżu i wyobraźcie je sobie codziennie – w waszej dzielnicy, na waszej ulicy, gdzie giną ludzie, których znacie osobiście, wasze rodziny i wasi przyjaciele. I pomyślcie co byście zrobili po roku, po trzech latach życia w takim piekle? A gdy już udało się wam jakimś cudem z niego wyrwać, na tym tolerancyjnym i otwartym rzekomo mitycznym Zachodzie okazuje się, że uznawani jesteście – nie mniej ni więcej – tylko za tych morderców przed którymi uciekacie. Tylko dlatego, że macie pecha mieć ten sam kolor skóry i być tego samego wyznania – choć tu postawiłbym wielki znak zapytania. Dokąd ci ludzie mają się zwrócić, gdzie szukać pomocy?

Paradoksalnie, zamachy – choć w kraju w takim jak Polska, ogłupiałym od ksenofobii wylewającej się z internetowych wpisów (pod nazwiskiem!) z pewnością obrócą znaczną część ludności przeciwko imigrantom – postawiły Europejczyków po tej samej stronie co ginących i uciekających przed wojną Syryjczyków. Ściągając wojnę do Europy ISIS uczyniło nas wszystkich solidarnymi w tragedii w sposób w jaki tysiące humanitarnych katastrof, zdjęć bobasów wyrzuconych na brzeg i rodzin pozbawionych wszystkiego nie byłoby w stanie. Dziś poczuliśmy, że ta wojna jest naszą. W tym sensie 13 listopada nie jest 11 września. Jest francuskim i europejskim Pearl Harbor w trwającej od czterech lat syryjskiej tragedii.

Ćwierć miliona ofiar arabskich nie przekonało nas. Obama w ostatniej chwili uległ namowom Władimira Putina i odwołał postawione w stan gotowości eskadry. Kilka milionów uchodźców nie przekonało nas. 127 ciał w Paryżu, ciał, które wkrótce dostaną twarz, imię i nazwisko, historię i żałobę potrzebne było, żebyśmy wreszcie zrozumieli. Wojna w Syrii – rozpętana przez Baszara al Asada, z której przy naszej bezczynności, wyrosło ISIS, jest naszą wojną. A ofiary, które w niej giną i które przed nią uciekają są naszymi ofiarami. Nie chcieliśmy ginąć za Homs, będziemy ginąć w Paryżu. Po czterech latach bezczynności i działań pozorowanych nadszedł czas, żebyśmy przenieśli wojnę na teren terrorystów. Pytanie czy jesteśmy gotowi na jej konsekwencje?

Zamachy w Paryżu to okrutna lekcja. Bezczynność też ma swoją cenę.

 

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd