Gangrena

Drukuj

Penetracja akademickich przestrzeni przyniosła w końcu pierwsze pozytywne sygnały. Te dotyczące osobników, którym jeszcze coś się chciało, pośród spłaszczonej do bólu egzystencji „przyszłości narodu”.

Grzesiek Bierecki poznał mnie z kilkoma starszymi kumplami. Weteranami działań wciąż nielegalnego NZS-u i półoficjalnego samorządu studentów, którego aktywiści czynili heroiczne starania, by wygenerować siłę konkurującą z wszechpotężnym „zsypem” (Zrzeszeniem Studentów Polskich – red.). Wciąż atrakcyjnym dla konformistów, bo oferującym wyżej już wspomniane beneficja – np. pożądane wyjazdy za granicę.

Samorząd starał się odzyskać dla ludu studenckiego przynajmniej zawłaszczoną przez zsyp finansowymi przywilejami tzw. kulturę. Gdy więc zwierzyłem się starszym kolegom z moich organicznikowsko–punkowych tęsknot, starszyzna NZS-u postanowiła wesprzeć młodą siłę w walce o odbicie wartości wyższych z rąk akademickiej bolszewii.

http://www.flickr.com/photos/lordkhan/181561343/sizes/m/
by LordKhan

Grzesiek i nowy kumpel Leszek Biernacki zaprowadzili mnie do sopockiego klubu Łajba. Na spotkanie organizacyjne w temacie majowych juwenaliów. Jedną z prominentnych postaci decydujących o rozdziale kasy na imprezy był wtedy słynny bard Marek Gałązka.

Nawet Margines słyszał o tym idolu flanelowców, nastoletnich hipisek, Stachurą zaczytanych studentek i wszelakiej maści rozmarzonych piewców całej „jaskrawości Warmii i Mazur”. O trubadurze z Olecka krążyły legendy jako o towarzyszu Stachurowych włóczęg gęsto alkiem przenikanych. Co ponoć pozwalało im na pełniejszą kontemplację owej słynnej „jaskrawości”.

Przy ideologicznym wsparciu towarzyszy z samorządu zaprezentowałem plan zorganizowania pierwszego w dziejach Uniwersytetu Gdańskiego plenerowego koncertu punkrockowego!

Bard Gałązka z wyrozumiałością mojej mowy wysłuchał, po czym Marginesa w tym planie ambitnym mocą swoją urzędową pobłogosławił. I uszczęśliwiony przewidywaną akcją bezpośrednią ostro ruszyłem do ponownych logistycznych fikołków.

Chciałem zaprosić wszystkich platonicznie do tej pory znanych mi bohaterów mojej punkowej wyobraźni. Czyli właśnie co zakolegowaną Xennę. Marzyli mi się także Dezerter i ponownie świeżo jarocińskimi laurami obsypana Moskwa.

Na moim roku pojawiła się silna reprezentacja miasta Bydgoszcz zaznajomiona z tamtejszym podziemiem muzycznym pod postacią punkowego Abaddonu, zimnofalowego Variété i novum o tajemnej nomenklaturze Henryk Brodaty.

Panowie Dziubas, Ojciec i Maciek podjęli się skomunikować mnie ze swoimi undergroundowymi kumplami oraz dopomóc w ściągnięciu ich na imprezę,  którą już dumnie nazywałem Party Młodzieży Wegetującej vol. 2.  Jednocześnie z organizacyjnymi oberkami rozpocząłem penetrację nowego medium, jakże istotnie mnie frapującego energią swoją i kreatywnością przekazu.

Czyli do ujawnienia mojego prywatnego magazynu punkowego o wszystko mówiącej nazwie „Gangrena: tadży-pao młodzieży wegetującej”.

Tadży-pao to chińska gazeta „wielkich liter”. Lokalny specyfik medialny, z czasów burzliwych maoistowskiej rewolucji kulturalnej.

Gdy jakiś rozgorączkowany chiński towarzysz miał problem natury rewolucyjnej i koniecznie chciał się z kolektywem tezami owego problemu podzielić, to pisał odezwę na imponującej formatem płachcie papieru. Po czym rozwieszał ją na murze w centralnym punkcie miasta.

To właśnie było tadży-pao. Ja także miałem problem natury rewolucyjnej. I też chciałem podzielić się z jeszcze żywymi ludźmi swoimi depresyjnymi przemyśleniami.

A ponieważ już posiadłem boleśnie prawdziwą wiedzę w temacie przyswajania dóbr kultury niezależnej, to wiedziałem, że albo sam sobie stworzę własną „platformę medialną”, albo jej nigdy tu po prostu nie będzie. I nie mogę mieć o to do nikogo pretensji. Gdyż, jak napisał na berlińskim murze jakiś znający życie panczur, „DIY or die!”.

Po wielu nocach i dniach przepędzonych na samotniczej walce z treścią i formą stanąłem naprzeciw ośmiu kart formatu A4, gęsto wypełnionych wizjami, które przez lata telepały się w rozgrzanej nieszczęściem i ekstazą twórczą łepetynie Pawełka Marginesa.

Był to miks całego alternatywnego Kosmosu, w którym w takim czy innym wymiarze od lat kilku uczestniczyłem. Wypadkowa zakazanych lektur, wydawanej poza cenzurą bibuły, podziemnych intuicji ojców założycieli punk rocka. Wierszy przeczytanych i przeze mnie cierpiętniczo od pamiętnego roku 1982 skrycie zapisywanych. Obejrzanych filmów. Niewysłuchanych a spragnionych fonicznie odlotów. Nigdy niewidzianego lepszego świata. Ale przeczuwanego – że istnieje, że gdzieś jest zakonspirowany, a ja swoimi wylewami muszę albo do niego dotrzeć, albo, jak go jednak nie ma, stworzyć sobie samemu.

No to i sobie ten mój chwilowo mały świat stworzyłem. Z dużą nadzieją na postępującą w tym przelocie ekspansję. Postawiłem na spontaniczny miks wszystkiego energetycznego ze wszystkim. Dadaistyczne kolaże, poezja nowej fali, brutalistyczne odezwy, wstrząsające grafiki, wyuzdane treści działające na podświadomość (ha, ha! – to żart). Ogólnie byłem wkurwiony na cały zastany tu beton. I pragnieniem moim było, by ten stan emocjonalny twórczo wysublimować w edytorskie zakręty.

Czułem się jak ten samotny agitator na placu. Apelujący do sumień tych nielicznych, co organ ten posiadali. I czasem go nawet używali: Nie ma się co pieprzyć – cały kolektyw więziennych filozofów nie może nic poradzić na nasze codziennie gnicie – więc nie mają też prawa do naszego życia… właśnie dlatego byłoby Oi, gdybyśmy potrafili zrobić coś swojego – w naszym wielkim domu dla psychicznie i nerwowo chorych…

Czujne cytaty z podziemnych Klasyków. W secie pod kryptonimem „Całe życie przed tobą… a reszta czeka na ciebie obca i żywa” – miasto jest poczekalnią, w której codziennie umierasz na szczurzą chorobę przymykania oczu…/ w twardym żołądku stołówki / kłamiesz, donosisz i zdradzasz przyjaciół…

List otwarty do… nie wiadomo właściwie kogo. Choć może pierwszy akapit coś w tej kwestii rozjaśnia: – Żałosne bydlaki! Co zrobiliście z tym światem? Gnijemy na stojąco w kolejce po żyletki, a wokół kwitną więzienia i huty żelaza. Za parę dni czy miesięcy udusimy się własnymi rzygowinami, będziemy pływać w odchodach…

Parodia propagandowych haseł z epoki stalinowskiej. Szydziłem z modnego wówczas wśród „oświeconej młodzieży” tygodnika „Razem”. Nie lubiłem go. Za to, że udawał właśnie owo „oświecenie”, „tolerancję”, poruszanie „trudnych tematów”. Jak to ładnie napisali potem redaktorzy „bruLionu” – uprawiał odważne polemiki w cieniu zomowskich pałek…

CIEKAWE ARTYKUŁY, POŻYTECZNE WIADOMOŚCI, INTERESUJĄCE ILUSTRACJE, WIERSZE I PIOSENKI – ZNAJDZIESZ W TYGODNIKU „RAZEM”. ZWIĘKSZAJMY ILOŚĆ PRENUMERATORÓW TYGODNIKA „RAZEM” W HUFCACH I BRYGADACH MŁODZIEŻOWYCH!!! ARTYKUŁY ZAMIESZCZANE W TYGODNIKU „RAZEM” UCZĄ I WYCHOWUJĄ MŁODE POKOLENIE BOJOWNIKÓW O WOLNOŚĆ I SOCJALIZM!!!

Nie szanowałem wypocin redaktora Mariana Butryma. I jego koleżanki po fachu, niejakiej Urszuli Biełous. Najczęściej swoje jadem przesiąknięte donosy publikującej w „Polityce”, którą to gadzinową gazetę czujny Krzysiek Grabowski nazywał wtedy „tygodnikiem dla komuchów intelektualistów”.

To ich głębokie, socjologiczno-muzyczne przemyślenia na temat punkowych kapel wyśpiewał Dezerter na jarocińskiej scenie latem 1983 r.

Włożyłem w jego, czyli Mariana, propagandową tubę cytat także z lat 50. pochodzący. Gdyż jawił mi się aparatczyk Butrym dziedzicem tamtego czasu ponurego: Wielu muzyków nie rozumie jeszcze, że głównym naszym zadaniem jest dopomożenie naszą twórczością masom pracującym, z klasą robotniczą na czele, w wykonaniu planu sześcioletniego.

Perkusista Dezertera przenikliwie analizował w tym temacie sytuację na froncie medialnym: Służba Bezpieczeństwa zajęta była uganianiem się za wrogami politycznymi, więc na odcinek walki ideologicznej z niezależną młodzieżą oddelegowano dziennikarzy propagandowych pism. Zadanie zostało wykonane perfekcyjnie…

Co jeszcze zawierał numer pierwszy mojej heroicznej „Gangreny”?

Pierwszy w dziejach punkowej bibuły, jak sądzę nieskromnie, wywiad z Zygzakiem. To ten, który w imieniu moim przeprowadził poczciwiec, zdołowany permanentnie Chris. Na co dzień fan twardej metafizyki à la Trakl, przepytał wnikliwie buńczucznego punkersa:

– Pisane przez Ciebie texty można określić jako nihilistyczne, zabarwione pesymizmem…

– Czy ty tak je odebrałeś? No to dobrze… bo ja żyję w rzeczywistości. Widzisz, hippisi, co poniektórzy, nawet widać to było w ich kawałkach, mieli tzw. kosmiczne odloty i odjazdy. Oni żyli gdzieś w gwiazdach w jakiś pierdułach, oni tam się przenosili – wiesz, ćpali narkotyki, no i przenosili się gdzieś… Ich texty były w większości takie, nie dotyczyły tego, co się dzieje naokoło. Żeby śpiewać o takich rzeczach, najpierw tu musi być w porządku, tu, na ziemi, między ludźmi, a potem będzie można śpiewać o tym, że wiesz, chciałbym być rakietą, o jakichś swoich odlotach, o jakichś wybitnie wewnętrznych rzeczach.

– Jak sądzisz, czy punk ma szansę na przeżycie?

– To wcale nie musi nazywać się punk… to będzie coś innego, ale to będzie się wywodziło z tych samych korzeni, z tych samych powodów. Myślę, że to jest odwieczny problem. Nie znam historii, ale założę się, że w średniowieczu czy jakimś tam odrodzeniu też były takie rzeczy, że młodzi ludzie się buntowali. Jestem tego pewien… tylko mogłeś to inaczej nazywać. Bunt pozostaje i zawsze będzie.

Znów depresyjne rzygi Marginesa: gdy pomyślę, że jeszcze pięćdziesiąt lat będę tak wegetował / to pustka jest zbyt wielka, aby objąć ją czymkolwiek / może tylko śniadaniem i obiadem / stawianiem klocka czy oddaniem moczu / zmianą skarpet. Tytuły jak manifesty – „Blok śmierci”, „Kapitulacja? Nigdy”. „Znów w ataków”.

Pozytywistyczny apel do załogi. Raz jeszcze pełen wiary i nadziei: MUSIMY SAMI ORGANIZOWAĆ NASZE ŻYCIE KULTURALNE!!!!!! NIKT ZA NAS TEGO NIE ZROBI. TRZEBA RUSZYĆ Z MIEJSCA SWOJE ZWŁOKI. A MOŻE LICZYSZ NA ŁASKĘ DOBRYCH WUJKOW Z PROGRAMU III? MAMY DLA CIEBIE DOBRE WIEŚCI – FESTIWAL INTERWIZJI SOPOT 85 JUŻ WKRÓTCEEEEEEEEEEE.

Tu następowało kilka sympatycznych rysunków podesłanych przez jak zawsze czujnego Tajemniczego Don Pedro Szpiega z Krainy Dreszczowców, czyli „Dzidka” Jodko aus Stettin. A także pierwsze próby plastyczne Paulusa, który już niebawem pięknie się rozwinie w swoim zlewie graficznym. I zasili swoją paranoiczną kreską kolejny numer „Gangreny”. A potem już na pełnym profuzyjnym etacie zostanie jednym z nadwornych designerów Totartu.

Jako redaktor naczelny dziękowałem kooperantom zacnym moim w liście gorącym: Moja wdzięczność równa jest potencjałowi arsenału nuklearnego zaprzyjaźnionego narodu!!!

Kreację numeru pierwszego magazynu „Gangrena” ukończyłem w połowie kwietnia 1985 r. Byłem z siebie absolutnie dumny. I ponownie sam sobie przyznałem, niczym w komiksie o dzielnym gliniarzu społeczniku – kapitanie Żbiku, medal „za ofiarność i odwagę”.

Teraz trzeba było jeno znaleźć ofiarną osobę, która wskaże drogę do bezcennego ksero. Szczęśliwie znów pojawił się czujny kolega Merry i jego zacna matka.

Powtórzyłem całą radykalną kołomyję walki z przedpotopową maszyną powielającą matryce przenikliwe. Znów świat cały burczał i warczał w oparach tri chałupniczo-halucynogennego.

Znów kartki płonęły, gdy biedadragu zabrakło, a brakowało go przecież zawsze. Znów tajniaczenie było wielkie z tą operacją przedziwną. Na niektórych egzemplarzach ręcznie dopisywałem nieczytelne w druku wersety! Ale owoce jakże słodkie i radość wielka, że łamie Margines monopol komuny na prasy powielanie i tejże dilowanie.

Wtedy już wiedziałem, że z pewnością warto. Że jak by nie był abstrakcyjny ten gest, to wysiłek weń włożony zawsze powróci energią wspaniałą z jakiegoś tajemnego Kosmosu, coby przywrócić mnie życiu we wszelakich jego blaskach.

Udało mi się, w kilku rzutach, powielić „Gangrenę” do nakładu około stu egzemplarzy. Kilka nawet odbił kolega nowy Wojtek, punkujący student polibudy. I ten set miał nawet całkiem godną a do czytania nadającą się jakość.

Kolega Wojtek był jedynym znanym mi punkiem, który znał wzór na wierzchołek paraboli. Bardzo lubił T. Love Alternative, co może nieco tę kwestię rozjaśnić. Następnym twardzielem „od wierzchołka” był, później dopiero poznany, wokalista Inżynier z formacji Bielizna Göeringa.

Tak rozpoczęła się moja podróż po Wszechświecie wydawnictw – najpierw podniecająco pojedynczych, a za lat parę już nawet i całkiem niepojedynczych obszarów dobił się potomek Gutenberga z Brzeźna – Margines Pawełek Konik Koñjo Konnak Konikovsky.

Czytaj również
*
PawełKonjo-Konnak