Godność za wolność

Drukuj

Co z tego więc, że rząd zabierze nam wolność poprzez zmiany ustrojowe, skoro jest to rząd słuchający nas i robiący to, czego od niego chcemy? Niepotrzebne są żadne konstytucyjne gwarancje, jeśli wola ludu stoi na pierwszym miejscu! To tok myślenia pozwalający machnąć ręką na wolność i jej zagrożenia.

W pierwszych tygodniach rządów PiS obserwowaliśmy ofensywę legislacyjną, którą lider .Nowoczesnej Ryszard Petru określił, ze względu na tempo i zakres zmian, mianem „blitzkriegu”. Obecnie emocje z nią związane już nieco zmalały, bardziej zajmuje nas sytuacja związana z przeszłością Lecha Wałęsy. Być może emocje te powrócą, gdy Trybunał Konstytucyjny wyda 8 marca wyrok ws. uchwalonej przez PiS ustawy paraliżującej jego prace, a obóz władzy werdykt ten odrzuci lub zbojkotuje. Niezależnie od tego trzeba przyznać, że PiS podszedł do realizacji swoich ustrojowych celów profesjonalnie z punktu widzenia sztuki politycznego PR. Najbardziej fundamentalne i brzemienne w skutki, a przy tym potencjalnie budzące najsilniejszy opór społeczeństwa posunięcia zostały wdrożone na samym początku kadencji, co zwiększa prawdopodobieństwo ich nikłej relewancji w momencie podejmowania przez obywateli kolejnych decyzji wyborczych począwszy od jesieni 2018 r. PiS kalkulował zapewne, że paraliż TK i związane z tym faktyczne zawieszenie obowiązywania konstytucji RP (zwłaszcza w zakresie postanowień nadających obywatelom i opozycji prawa), uchwalenie ustawy dającej policji i innym służbom aparatu przymusu niemal nieograniczonych uprawnień inwigilacyjnych (zwłaszcza w internecie, w odniesieniu do tzw. dowodów-owoców z zatrutego drzewa czy zwolnienia prokuratorów z gorsetu praworządności), przejęcie mediów publicznych i przemiana ich w narzędzie otwartej propagandy, likwidacja służby cywilnej i obsadzenie stanowisk ludźmi partii wraz z nową doktryną lojalności urzędników wobec PiS zamiast wobec państwa – że te wszystkie sprawy spowodują ostrą reakcję opinii publicznej i zaszkodzą partii w sondażach poparcia.

Reakcja, co prawda, nastąpiła. Powołany przez obywateli Komitet Obrony Demokracji gromadzi na demonstracjach wiele tysięcy ludzi i może stać się zjawiskiem trwałym do końca obecnej kadencji parlamentu. Pojawiła się ponadto silna reakcja ze strony naszych sojuszników wśród państw liberalnej demokracji w Europie oraz z USA, a także organizacji międzynarodowych takich jak Rada Europy. Nie ma natomiast reakcji w postaci utraty przez PiS znaczącej części elektoratu. Poparcie dla partii rządzącej utrzymuje się na równym poziomie, nie licząc ewentualnie małego dołka w grudniu 2015 r. Zjawiskiem trwałym okazało się ponadto bardzo wysokie poparcie dla stylu i filozofii rządzenia PiS wśród wyborców w najmłodszej grupie wiekowej, do 25. roku życia, nawet jeśli w preferencjach partyjnych część z nich opowiada się nie tyle za PiS, co za jego potencjalnymi, jeszcze bardziej antyliberalnymi sojusznikami (z ruchem Kukiza na czele). Skoro te działania nie spowodowały mierzalnego uszczerbku w wizerunku obozu władzy, to pierwszy rok kadencji rysuje się dla niego w barwach różowych, ponieważ na pewno drugi etap, związany z wprowadzeniem 500+ czy ukaraniem „złych” banków podatkiem, strat poparcia nie wywoła.

Sfrustrowani niedowartościowani 

Naturalnym jest pytanie o źródło trwałego poparcia dla PiS, którym nie może już być wygodny status partii opozycyjnej. Dołączenie do wyborców ze wsi, słabo wykształconych oraz najstarszych także wyborców najmłodszych jako czwartej grupy o wyjątkowo dużej gotowości wspierania prawicy rzuca nowe światło na te dywagacje, nie unieważniając przy tym wniosków wcześniejszych. Kluczowym pojęciem dla zrozumienia siły PiS wydaje się „poczucie godności”, którego deficyt stał się szczególnie mocno odczuwalny w ostatnich latach rządów PO-PSL właśnie w wymienionych czterech grupach. Wszelkie problemy, zarówno te natury socjalnej, jak i związane z obawami przed modernizacją społeczno-obyczajową, dynamiką zmian w kraju i na świecie, pogłębianiem się europejskiej integracji, frustracją związaną z postrzeganiem własnego regionu jako zapomnianego i zaniedbanego, a w końcu arogancją ekipy długotrwale pozostającej u władzy, zlały się w to jedno zjawisko deficytu poczucia godności obywatela i żądania radykalnych zmian w relacji pomiędzy nim a ludźmi władzy. Młodzi, co dość zrozumiałe, postrzegali trwające 8 lat rządy PO-PSL jako „wieczne rządy”. Starsi, od dawna lojalni wobec PiS, od równie dawna przyjmują narrację o całym okresie III RP jako czasie władzy jednej i tej samej ekipy (z krótkimi rocznymi przerwami na rządy Olszewskiego i Kaczyńskiego). Wszyscy oni mieli dość ciągle tych samych twarzy. Umeblowanie przez Ewę Kopacz rządu w sposób podporządkowany logice godzenia wewnętrznych frakcji w PO przelało czarę goryczy, która napełniać się zaczęła wskutek konfrontacji zwykłych ludzi z dobrym samopoczuciem ówczesnej władzy za pośrednictwem nagrań kelnerów.

Arogancja budziła wściekłość, ale poczucie niemocy, braku wpływu na działania rządu, generowało wątpliwość co do własnej podmiotowości niezadowolonych z linii PO-PSL obywateli. Tak pojawiała się, zataczająca coraz szersze kręgi, frustracja. Wyborcy nie rozumieli dlaczego ten rząd czasami  łatwo się ugina (restrukturyzacja kopalni, ACTA, „matki pierwszego kwartału”, wielokrotnie odkładana reforma wieku szkolnego), a czasami uporczywie ignoruje uwagi obywateli (OFE, wiek emerytalny i – przez długi czas – rodzice dzieci niepełnosprawnych). To była polityka nieczytelna. Rząd nie potrafił zbudować przekonującej narracji wokół koniecznych reform (górnictwo czy wiek emerytalny 67), utracił (przez zniszczenie OFE i nieustanne nękanie przedsiębiorców kontrolami) zaufanie grup, które były jego naturalnymi sojusznikami, przez co nie były one zainteresowane wsparciem rządu wobec ataków związków zawodowych czy rodziców rozhisteryzowanych nieuczciwą kampanią Elbanowskich. Jego naturalny elektorat zaczął odczuwać to samo, co jego odwieczni krytycy i zwolennicy opozycji – lekceważenie ze strony władzy, niedowartościowanie, ubezwłasnowolnienie, słowem: deficyt godności obywatelskiej. PiS naturalnie całą tę sytuację doskonale wykorzystał, wplatając urazy i poczucie niedowartościowania bardzo wielu wyborców w ostrą, nieprzerwanie od co najmniej 2005 r., retorykę debaty publicznej w Polsce. W jego ujęciu rozczarowanie i poczucie złego potraktowania ludzi w związku ze sprawami regulacji emerytur, szkół czy polityki społecznej (a więc tematów ze swojej natury tworzących pole do rzeczowej debaty i kompromisów!) zostało wplecione w ogólną godnościową narrację o wymiarze narodowościowym, upstrzonym elementami ksenofobicznymi, antyunijnymi i martyrologicznymi, przez co wydawało się stanowić z tym wszystkim logiczną całość, a nawet nieuniknioną konsekwencję rządów stawiających wolność i modernizację przed tradycją, wiarą i nacjonalizmem.

PiS w czasie kampanii wyborczej oczywiście nosił maski Beaty Szydło i Andrzeja Dudy. Słyszeliśmy, że MON obejmie Jarosław Gowin, aby nikomu nie przyszło do głowy, że postacie takie jak Antoni Macierewicz, Mariusz Kamiński czy Zbigniew Ziobro odegrają istotne role w nowym układzie władzy. Tak samo było na płaszczyźnie doboru tematów kampanijnych, gdzie PiS grał rolę socjaldemokracji kładącej nacisk na politykę społeczną. Po wyborach okazało się, że zamiary były zgoła inne. Prawie wszystkie zamierzenia dotyczące ustrojowych checks and balances instytucji władzy oraz poszerzania uprawnień kontrolnych państwa nad obywatelem zostały zrealizowane w pierwszym kwartale rządów, podczas gdy z rubryki polityki społecznej starczyło czasu tylko na 500+ i wiek szkolny. Gdy jednak spojrzymy dziś na sondaże partyjne, teza o tym, że PiS absolutnie nie dostałby mandatu do rządzenia krajem, gdyby grał przed wyborami w otwarte karty, nie wydaje się już nadmiernie przekonująca. Ewentualnie władzą dzieliłby się z ludźmi Pawła Kukiza, co niekoniecznie stanowiłoby lepszą wersję zdarzeń.

Bez wolności można się obyć

Wielu wyborców PiS temu usilnie zaprzecza, ale wielu innych, zwłaszcza młodszych jego sympatyków, tylko wzrusza ramionami na argument, iż zmiany ustrojowe zaprowadzone przez partię władzy, pomimo nieposiadania większości konstytucyjnej, niszczą liberalną demokrację w Polsce i stanowią potencjalnie poważne źródło zagrożenia dla wolności obywatelskich. „Tak? I co z tego?” Obawy przed ograniczeniem wolności, kiedyś jeden z najmocniejszych impulsów do mobilizacji politycznej (wybory 2007 r., ACTA), tracą w Polsce relewancję w dobie wielopoziomowego kryzysu demokracji w całej Europie (austerity, kryzys imigracyjny, rozluźnienie UE, presja alternatywnych modeli ustrojowych z Rosji i Turcji, strach przed terroryzmem, bezrobocie młodych, itd.). Oczywiście pozostają one istotne (KOD nie wziął się znikąd), ale dla coraz liczniejszej grupy wyborców nie są kluczowe. W ten oto sposób obawy przed przejęciem władzy przez ultrakonserwatywną partię – znaną ze swojej obsesji na punkcie przejęcia pełnej kontroli nad aparatem przymusu państwa, co wywołuje pewien dyskomfort także u niejednego wyborcy prawicy – są tylko jednym z czynników. W 2015 r. na drugiej szali znalazł się deficyt poczucia godności i to on w przypadku wielu wyborców, w tym zdecydowanej większości wyborców młodych, przeważył. Naturalnie dopomogła tutaj standardowa metoda populistyczna, a więc nakreślenie wizji „dobrej zmiany”, po której rząd wsłucha się w oczekiwania wyborców, da po 500 zł rodzicom, leki seniorom, obniży wiek emerytalny, zapewni pracę górnikom niezależnie od koniunktury. Rząd rozdający to rząd wsłuchany, a taki zwraca podmiotowość obywatelowi. Choćby i kosztem budżetu.

Co z tego więc, że rząd zabierze nam wolność poprzez zmiany ustrojowe, skoro jest to rząd słuchający nas i robiący to, czego od niego chcemy? Niepotrzebne są żadne konstytucyjne gwarancje, jeśli wola ludu stoi na pierwszym miejscu! To tok myślenia pozwalający machnąć ręką na wolność i jej zagrożenia. Szczególnie łatwo przychodzi to ludziom urodzonym po 1985 r., którzy nie zaznali nigdy świadomie życia w państwie niewolnym. Dla współczesnych młodych Polaków poniżej 30. roku życia wolność jest jedną z wielu wartości, które podlegają uzgodnieniom z wymogami posiadania wartości innych. Tu znów godność jest kluczem, ale posiada różne przejawy. Przynależenie do wspólnoty jest jednym z jej źródeł. Dlatego tak ważna jest godność naszej wspólnoty narodowej. Póki pozostaje nienaruszona, póty każdy z jej członków może czerpać tę godność także dla siebie. I nie ma znaczenia wówczas to, że osobiście, indywidualnie i jednostkowo żadnych sukcesów nie osiągnął. Skoro sam nie wygenerował dla siebie powodów do dumy, wówczas może być dumny z bycia Polakiem, którego przodkowie walczyli o niepodległość, byli niezłomni, musieli stawić czoła całemu nieprzyjaznemu światu, a dziś są opluwani przez Grossa lub media zachodnie omyłkowo piszące o „polskich obozach koncentracyjnych”. Przy takim rozumowaniu każda połajanka pod adresem polskiego rządu dotycząca niszczenia przezeń państwa prawa, która dociera zza granicy, nie tylko z Niemiec, ale i z USA, jest atakiem na godność. Umacnia poparcie dla władzy, nie ją osłabia. Treść merytoryczna nie ma znaczenia, ważne, że autor treści jest nie-Polakiem. Ta cześć dzisiejszej młodzież to ludzie, którym imponuje pójście w szeregu, noszenie swoistych uniformów (dziś to czarne koszulki z niepodległościowymi symbolami, ale często także z symbolami ksenofobicznymi czy szerzącymi nienawiść wobec innych nurtów ideowych). Ich pogardę budzi pozytywizm polskiej wolności po 1989 r. Największą zbrodnią III RP jest to, że nie powstała w wyniki przelewu krwi, nie była efektem zwycięstwa nowych „niezłomnych”, a powstała wskutek nie tylko dialogu, ale nawet cwaniackiego wykiwania komunistów przez grupkę opozycjonistów, i to dziwnie nie-biało-czarnych, bo mających za sobą młodzieńcze epizody w PZPR, a może nawet i w uwikłaniu we współpracę z SB. Oni powinni byli chwycić za broń w 1981 r., następnie pójść do lasu i jeden po drugim ginąć w poetycko pięknej pozie, w ten sposób ponosząc klęskę, jak na archetypowego polskiego bohatera przecież przystało. A reformy ustroju, konstytucja z 1997 r., dostosowanie polskiego prawa do wymogów unijnych, akcesja, zbudowanie pozycji współdecydenta w UE, wykorzystanie środków unijnych czy boom infrastrukturalny ostatnich lat mogą być w najlepszym razie ledwie tolerowanymi obiektami pogardy za swoją miałkość, umiarkowanie, zdroworozsądkowość i mainstreamowość. Po co komu takie warunki do życia wolnej jednostki, skoro ten ktoś chce być częścią etnicznej wspólnoty krwi, chce walczyć w „narodowej rewolucji”, chociażby przeciwko muzułmańskim imigrantom z braku laku?

Ale wolność jest niedobra także z innego powodu. W wydaniu liberalnym ona zawsze miała swoją marchewkę i swój kij. Skoro już odrzuca się marchewkę wolności indywidualnej, to można z ulgą odrzucić kij wolności gospodarczej, która każdego z osobna stawia przed testem zaradności i pracowitości. Zła sytuacja materialna jest także zagrożeniem dla poczucia godności każdego, ale zwłaszcza młodego człowieka, którego wówczas spotykają pierwsze poważne życiowe rozczarowania. Pogorszone perspektywy na rynku pracy, niskie płace, złe warunki zatrudnienia, złe dostosowanie oferty szkół do realnego rynku pracy, zwłaszcza lokalnie – to wszystko dodatkowe źródła frustracji i najsilniejsza dziś przyczyna niechęci do takiej wolności, która stawia nam wyzwania oraz poddaje testom nasze umiejętności i potencjały. Odpalić racę i wznieść patriotyczny okrzyk jest łatwiej niż założyć firmę i pracować w niej nawet 60 godzin tygodniowo, póki nie „zaskoczy”. Owszem, wielu rzeczywiście nie daje rady. Ale wielu też nie bardzo chce radę dać. Niech więc to Beata Szydło, jak sama deklaruje, #dajeradę i znajdzie rozwiązanie. Niech państwo da środki na życie i tak uratuje znów godność. W tym punkcie filozofia partyjki Razem zresztą stapia się z myśleniem PiS w harmonijny dwugłos.

W 2019 r. kolejne wybory parlamentarne i okazja, aby zamknąć obecny etap, który zwolennikom wolności spędza sen z powiek. Skoro polityk rozdający godność w postaci środków finansowych i uniesień patriotyczno-nacjonalistycznych, wzmacnianych raz po raz igrzyskami a to z Niemcem, a to z teczką w roli głównej, zawsze będzie miał lepsze karty od polityka wzywającego do umiarkowania, do brania swoich spraw we własne ręce, do liczenia złotówek, aby nie obarczyć naszych dzieci greckich rozmiarów długiem, to gdzie jest nadzieja? Ona gdzieś się tli, ale nie jest dziś jeszcze wielka.

… umiera ostatnia?

Po pierwsze, nadzieja w rachunkach i w obywatelach jeszcze młodszych. Rachunki przyjdą, za prezenty trzeba będzie zapłacić, a matematyka nie przewiduje cudów. Jest szansa, że faktury przyjdą w momencie obywatelskiego dojrzewania ludzi dziś będących w wieku 8-16 lat, czyli za lat 5-10. Jest nadzieja, że to się zbiegnie w czasie, a ci nowi dorośli i nowi wyborcy zobaczą, jak boleśnie na „dobrej zmianie” przejechali się ich starsi koledzy, którzy postawili na bycie na utrzymaniu państwa PiS. Sama przekora może pomóc, bo powoduje ona, że młodzież odrzuca wzorce popularne kilka lat wcześniej. Wystarczy spojrzeć na przemiany w popkulturze. Warto też pamiętać o buntowniczości młodych ludzi i wyobrazić sobie ich reakcje na ewentualną toporną propagandę pisowskiego światopoglądu w szkołach.

Po drugie, z tym poczuciem godności, na razie dość skutecznie przywróconym przez PiS, różnie może potem być. Wielkim złudzeniem okaże się, że można zachować poczucie godności osobistej w sytuacji niedysponowania gwarancjami wolności. Taka godność to tylko złudzenie, przywilej dany przez trzymającą obywateli w ręku władzę, który przy pierwszym kaprysie może zostać im odebrany. Gdy tylko skruszeje sojusz władzy z większością społeczeństwa, pojawi się niezadowolenie, trudności finansowe państwa, aż w końcu poczucie koncesjonowanej godności zniknie. Pozostanie tylko zamordyzm w miejsce ograniczonej wcześniej, przy lekkomyślnej bierności społeczeństwa, wolności. Prawdziwe poczucie godności może mieć bowiem tylko człowiek wolny, nawet jeśli tę godność trzeba sobie wypracować własnym wysiłkiem. Nie ma innej drogi, czego dziś jeszcze zwolennicy obozu władzy nie rozumieją. Ale to się zmieni.

Po trzecie, ważnym czynnikiem będzie uświadomienie sobie geopolitycznym konsekwencji obecnej polityki PiS. Rozluźnianie relacji z krajami „starej Unii”, w tym zwłaszcza z Niemcami, naszym dotąd najważniejszym sojusznikiem, konstruowanie zdumiewającego nowego sojuszu numer 1 z Wielką Brytanią, która sobie tego nie życzy i nie potrzebuje, osłabianie spoistości UE jako takiej – wszystko to zwiększa ryzyko ponownego wejścia Polski w rosyjską strefę wpływów, w której chyba relatywnie chętnie wejdą wyszehradzcy sojusznicy, zwłaszcza Węgrzy i Słowacy. Gdyby Polska podążyła ich śladem, byłby to skutek polityczny niechciany ani przez PiS, ani przez zasadniczą grupę zwolenników tej partii.

Po czwarte w końcu, zadaniem opozycji jest w ciągu najbliższych dwóch lat w sposób przekonujący zasypać to pęknięcie, które spowodowało, że wolność i godność, a więc dwie pożądane wartości, znalazły się w dziwacznym konflikcie wobec siebie. Wymaga to nowego planu politycznego, otwarcia się na demokratyzację na wszystkich płaszczyznach, także w odniesieniu do wewnątrzpartyjnych prac programowych. Partie opozycji nie mogą być zamkniętymi klubami, muszą być dla ludzi, muszą słuchać argumentów i uwzględniać je albo dokładnie wyjaśniać dlaczego danego argumentu akurat nie uwzględniają. Tak aby nadal byli w Polsce ludzie, którzy mogą powiedzieć, że liberalne partie proponują niepasujący im program, ale aby jednocześnie już nie było nikogo, kto mógłby zgodnie z prawdą rzec, że nie został przez nie wysłuchany i potraktowany z pełną powagą.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrBeniuszys
Politolog i socjolog, kościerzanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Gdańska. Członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!".
@ piotr_beniuszys