Islamski terroryzm to fenomen europejski

Drukuj

Zewsząd słychać, że europejska tożsamość jest zagrożona przez islam. Problem w tym, że tak naprawdę nie wiemy, czym ta tożsamość jest. I właśnie to wywołuje strach. 

Z Olivierem Roy rozmawia Joanna Łopat. Wywiad przeprowadzono na EFNI w październiku 2015 r., wydrukowany został w XXII numerze „Liberté!”. 

Konflikt w Syrii trwa od ponad czterech lat. W lipcu 2013 r. zaniepokojeni dziennikarze pisali, że trzeba reagować. Włoska reporterka Francesca Borri przyznała, że po dwóch latach od początku konfliktu (między innymi z winy dziennikarzy) wciąż mało kto wiedział, gdzie leży Damaszek, choć z Syrii codziennie uciekało około sześciu tysięcy osób. Uchodźcy stanowili w tym czasie 10 proc. populacji Jordanii. 280 tys. osób zginęło. Teraz uciekają tysiące, ale do Europy. Dlaczego się dziwimy? Dlaczego nikt przez tak długi czas nie reagował?

Przede wszystkim przestaliśmy przewidywać pewne rzeczy. Widzimy, ale pozostajemy krótkowzroczni. Tak wygląda polityka Europy od czasów konfliktu w Jugosławii. Zderzamy się z problemem, ale go nie przewidujemy.

Myślę, że istotny jest emocjonalno-psychologiczny wymiar tego problemu. Europa jest pogrążona w swego rodzaju neurozie. I nie potrafi sobie z nią poradzić. Zapomnieliśmy też, że całkiem niedawno przyjmowaliśmy uchodźców. I to więcej niż 50 tys. Dlatego 50 tys. uchodźców z Syrii to niedużo. Mimo to Europejczycy narzekają na inwazję. Obliczają, że do Europy dociera coraz więcej imigrantów. Ale przecież to nie jest inwazja. A ci ludzie to nie są imigranci, ale uchodźcy. Oni nie szukają pracy. To klasa średnia, osoby wykształcone, które przede wszystkim uciekają przed śmiercią. Ci biedni zostali w Jordanii i w Libanie, bo nie byli w stanie zapłacić 15 tys. euro za podróż na nasz kontynent.

Istnieje przekonanie, że „nie wszyscy muzułmanie to terroryści, ale wszyscy terroryści to muzułmanie”. Tymczasem liczby mówią co innego. W 2010 r. podłoże religijne miały w Europie trzy zamachy na 249. Rok później nie doszło do ani jednego takiego zamachu na 174 inne. Z kolei w 2012 r. proporcje wyglądały tak: sześć na 219, a w roku 2013 – dwa na 156. Dane pochodzą z raportu Europolu na temat terroryzmu w Unii Europejskiej. Jeśli faktycznie tak jest, to czego my się boimy?

Generalnie boimy się islamu. Ale to strach nie tylko przed islamskim terroryzmem. Terroryzm to tylko margines. 25 proc. islamskich terrorystów przeszło konwersję. To fakt. Nie importujemy terrorystów z Bliskiego Wschodu. Wszyscy terroryści to drugie lub trzecie pokolenie imigrantów. To efekt radykalizacji młodych ludzi. Islamski terroryzm to fenomen europejski. Dlatego nasz strach nie jest strachem przed terrorystami, ale przed islamizacją.

I właśnie islamizacja to sztandarowy argument partii populistycznych. Zewsząd słychać, że europejska tożsamość jest zagrożona przez islam. Problem w tym, że tak naprawdę nie wiemy, czym ta tożsamość jest. Kościół w Europie podtrzymuje teorię, że tożsamość Europejczyka jest tożsamością chrześcijańską, ale przecież populiści, którzy na swoich sztandarach niosą hasła antyislamskie, wcale nie są chrześcijanami. Wielu Europejczyków – może nie w Polsce, ale na przykład we Francji czy we Włoszech – nie chodzi do kościoła i nie słucha papieża.

Zatem pojawia się pokusa postawienia pytania: „Co jest dla nas ważniejsze?”. Tożsamość chrześcijańska bez chrześcijańskich wartości czy chrześcijańskie wartości bez tożsamości chrześcijańskiej? I właśnie na ten temat trwa teraz debata w Europie. Ale Europejczycy nie chcą znać odpowiedzi na to pytanie.

Dlatego rozmawiamy o prawach człowieka i obwiniamy islamistów, że nie są feministami. Ale jednocześnie prawa człowieka przypisujemy Europejczykom, a nie muzułmanom. Zabiegamy o wolność religijną chrześcijan, jednocześnie ograniczając wolność wyznaniową innych – zabraniamy muzułmankom noszenia chust. Dlatego wydaje mi się, że problem Europy jest problemem egzystencjalnym. Nie wiemy, kim jesteśmy. Chociaż ci, którzy budowali fundamenty Europy, byli katolikami, nikt z nich nie wpadłby na pomysł, by podważać chrześcijańskie wartości. Dlaczego? Dlatego, że dla nich religia była czymś oczywistym. Teraz postępuje sekularyzacja. Europa nie ma wspólnych wartości, wokół których mogłaby się jednoczyć. Budować swoją tożsamość.

Co by pan powiedział o wartościach muzułmańskich w europejskim zsekularyzowanym świecie? Jakie szanse na przetrwanie wartości religijne mają w świecie, w którym religia traci na sile?

Wszyscy imigranci, którzy przyjeżdżają do Europy, poddają się procesowi wykorzenienia. Nazywam to dekulturyzacją. Efekt jest taki, że synowie nie znają języka swoich dziadków. Nie mówią językiem swoich przodków. Ale – tu małe zastrzeżenie – dekulturyzacja niekoniecznie oznacza integrację. Oczywiście, w wielu wypadkach tak. Dla licznych muzułmanów we Francji religia, co podkreślają bardzo stanowczo, pozostaje ich sprawą prywatną, o której nie chcą mówić. Podkreślają, że przede wszystkim są obywatelem Francji. Z kolei ci, którzy wracają do religii, wierzą inaczej niż ich przodkowie. Religia, do której wracają, nie jest religią ich dziadków. Często podważają wartość religii wyznawanej w ich kraju. Uznają ją za nieprawdziwą. Ci nowi chrześcijanie, nowi żydzi, czy nowi muzułmanie są zazwyczaj fundamentalistami. Co nie zmienia faktu, że obserwujemy odwrót od religii. Coraz mniej chrześcijan chodzi do kościoła, mniej żydów modli się w synagogach i mniej muzułmanów w meczetach. I właśnie dlatego ci ortodoksyjni są tak wyraziści. Trudno nie zauważyć salafity czy chasyda. Ale ich jest zaledwie 10 tys. pośród miliona. I podobnie jest z terrorystami. Mówi się, że jest ich we Francji dwa tysiące, gdy tymczasem we francuskiej armii jest dziesięć tysięcy żołnierzy o muzułmańskim pochodzeniu. To oznacza, że większość młodych muzułmanów, potomków imigrantów, jest po tej właściwej stronie.

Wspomniał pan tych „nowych muzułmanów”, trzecie pokolenie imigrantów. Może właśnie ich się boimy? Może chcemy zapobiec temu, co stało się we Francji w roku 2005. 

Ciekawe, że pani to przywołuje. We Francji o tych zamieszkach już nikt nie pamięta. Istotny jest fakt, że ci, którzy się zbuntowali, nie byli muzułmanami. To znaczy wielu z nich miało muzułmańskie korzenie, ale nie wyznawali islamu. To nie jest zatem przykład rozruchów islamskich. Problem miał wymiar społeczny. Imigranci zasiedlali biedne przedmieścia. Większość nie miała pracy.

Tak, rozumiem. Ale przywołując te rozruchy, nie miałam na myśli kontekstu religijnego, ale właśnie społeczny. Prawdopodobieństwo, że uchodźcy, imigranci będą rozczarowani tym, co zastaną w Europie, jest duże. Ich dzieci tę frustrację wyniosą z domu. Bo nigdy nie staną się pełnoprawnymi Francuzami, Włochami, Anglikami czy Polakami. Wrócą do swoich korzeni, na fundamentalnych zasadach, i będą się domagać swoich praw.

Nie spodziewam się radykalizacji wśród tych uchodźców. Nie wśród Syryjczyków. To w większości – jak już wspominałem – klasa średnia. Ludzie wyedukowani.

A jak pan reaguje na to, co widzi? Jakie są pana prywatne opinie i odczucia?

Szczerze? Wujek mojej żony jest imigrantem z Syrii. I wiem, że wielu z tych ludzi, podobnie jak on, gdyby mogło, wróciłoby do swojego kraju. Ich sytuacja jest inna niż imigrantów na przykład z Afryki.

Syryjczycy woleliby wrócić. I obwiniają nas, że nie chcemy im pomóc zaprowadzić pokoju w ich kraju, że tego nie robimy i nie zrobimy. Z różnych powodów. Chociażby dlatego, że teraz są tam Rosjanie.

Ale przecież i oni wiedzą, i my zdajemy sobie sprawę z tego, że nie ma już możliwości powrotu. Ich domy zostały zburzone i nawet jeśli wojna kiedyś się skończy, to odbudowanie życia, które tam stracili, wydaje się niemożliwe. Dlatego jest w nich determinacja, by znaleźć nowy dom. Uchodźcy, których ja spotkałam, mieli w sobie dużo wiary i nadziei, że Europa stanie się ich nowym domem. 

I właśnie dlatego oni się zintegrują. Podam przykład – wspomniany wujek jest lekarzem. Był lekarzem w Syrii. Tutaj, we Francji – ze względu na sytuację prawną – nie może wykonywać zawodu w tym zakresie, w jakim to robił w swoim kraju. Ale przecież my potrzebujemy lekarzy. Potrzebujemy pielęgniarek. Potrzebujemy tych ludzi…

Powtórzę w takim razie swoje pytanie z początku rozmowy: „Czego się boimy?”. Interesuje mnie to zwłaszcza jako osobę mieszkającą w Polsce – w kraju bez muzułmanów, ale z ludźmi coraz dosadniej wyrażającymi swoje antymuzułmańskie nastroje.

Polacy – podobnie jak wszyscy Europejczycy – nie potrafią określić siebie, swojej tożsamości. Od 10 lat kościół katolicki traci swoją władzę. Religia przestaje wyznaczać kierunek, określać twoją tożsamość. Ta utrata punktu odniesienia, umiejętności określenia siebie wywołuje strach. W Polsce jeszcze do niedawna tożsamość katolicka była bardzo silna. A teraz? Strach przed innym się nasila, gdy sam nie wiesz, kim jesteś. Problemem nie jest tysiąc, dziesięć ani sto tysięcy uchodźców, tylko niemożliwość identyfikacji, kim się jest, i to zarówno w kontekście religijnym, jak i narodowym. Strach tym samym staje się powszechny. I to jest problem Europy.

Kolejna kwestia to fakt, że Polacy, tak samo jak Francuzi czy Włosi, są społeczeństwem starzejącym się. I powinni zrozumieć, że imigranci są im potrzebni, by utrzymać demografię na właściwym poziomie. Niemcy to zrozumieli.

Ale właśnie Angela Merkel kilka miesięcy temu – zanim musiała zmierzyć się z nową falą uchodźców – mówiła, że projekt i pomysł multikulturowego społeczeństwa się nie sprawdził.

Kto mówi o multikulturowym społeczeństwie, kiedy nie ma kultury?

Nie ma kultury? Nie rozumiem.

Mamy kryzys kultury. Kolejne generacje muzułmanów tracą swoją kulturę. Dlatego wraca religia. Bo gdy nie masz odniesienia do swojej kultury, nie wiesz, jak wyglądają twoje relacje ze społeczeństwem. Fundamentalna religia je ustawia, zakreśla nowy zakres obowiązujących zasad.

W Europie od 50 lat obserwujemy radykalne zmiany w kulturze. Zadajemy sobie pytania: „Co to jest tradycja?”, „Co to jest kultura narodowa?”. Interakcje między ludźmi nie są tradycyjne. Nic nie jest pewne. Tworzy się nowy kod komunikacji. Społeczeństwa się zmieniają. To fakt. Musimy stawić czoła postępującej globalizacji. I wiadomo, że zamykanie granic niczego nie zmieni.

Czy zatem obecność uchodźców – Syryjczyków – coś w Europie zmieni?

Nic.

Nic?

Jeśli będzie ich 50 tys. to zupełnie nic. Jeśli dwa miliony, to niewiele. Będą się pojawiać mieszane małżeństwa. Kolor skóry się zmieni. Ale to nadal niewiele. Przecież mamy już liczne takie małżeństwa. Mówienie, że obecność uchodźców coś zmieni, to fanatyzm. Musimy się obudzić. Uchodźcy, imigranci już w Europie są.

Czytaj również
O autorze
*
JoannaŁopat
Dziennikarka, redaktorka mediów informacyjnych, publicystka. Członkini redakcji „Liberté!” Absolwentka Kulturoznawstwa (UŁ) i Fotografii (PWSFTiTv). Studiowała Indologię (UW) oraz Beni Culturali (Università della Tuscia).
O autorze
*
OlivierRoy