Junckera pomysł na Unię

Drukuj

Szef Komisji Europejskiej przedstawił nowy-stary plan. Ma być więcej demokratycznego zarządzania, bez realnej demokratyzacji procedur. Outsiderzy będą marginalizowani.

13 września 2017 roku Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej, po raz szósty w historii wygłosił przemówienie na temat stanu Unii Europejskiej (State of the European Union, SOTEU).

W nawiązaniu do Białej Księgi KE (marzec 2017), w której przedstawiono pięć scenariuszy rozwoju Unii w przyszłości, najbliżej SOTEU do scenariusza czwartego połączonego z piątym: robimy mniej, a zarazem więcej i bardziej efektywnie. Dodać można jeszcze elementy scenariusza pierwszego, czyli robimy to samo, co do tej pory… Sam Juncker swoją perspektywę określił jako „szósty scenariusz”. Co zawiera w sobie ta wizja?

Kluczowe postulaty

Należy zaznaczyć, że jak na tego typu przemówienie, gdzie lider przedstawia wizję rozwoju tak ogromnej organizacji jak UE i czyni to w skali makro, to jest to wizja relatywnie konkretna. Wśród tych konkretów wymienić należy następujące pomysły.

Po pierwsze, Unia Europejska powinna być bardziej spójna i działać sprawniej, poruszając się w jednym kierunku i z jedną prędkością. Realizację tego celu zapewnić ma m.in. domknięcie strefy euro poprzez przystąpienie do nich wszystkich państw, które zobowiązały się do tego w traktatach akcesyjnych. To Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Polska, Rumunia i Szwecja. Dla państw mających przyjąć euro przeznaczona zostałaby specjalna pomoc, by łatwiej było im cel ten osiągnąć.

Po drugie, reforma biurokracji, aby stała się ona efektywniejsza, przez odchodzenie i likwidację nakładających się na siebie kompetencji różnych instytucji. Służyć temu ma zmniejszenie liczby instytucji zajmujących się poszczególnymi kwestiami w ramach UE. I tak zamiast pięciu prezydencji zarządzających z grubsza działalnością UE (KE, Europejskiego Banku Centralnego [EBC], Eurogrupy, Parlamentu Europejskiego [europarlamentu] i Rady Europejskiej [RE], pozostałyby trzy: europarlamentu, EBC oraz KE. KE skupiałaby w sobie stanowisko przewodniczącego RE, a jej wiceprzewodniczący zostałby „ministrem UE ds. gospodarki i finansów”.

Po trzecie, powołanie zespołu specjalnego pod przewodnictwem wiceszefa KE, Fransa Timmermansa, który zajmie się kontrolą jakości i celowości stanowionego prawa, przy wierności zasadom proporcjonalności i subsydiarności (pomocniczości).

Po czwarte, połączenie funkcji szefa KE i prezydenta RE, zwanego Prezydentem UE – miałoby być także odpowiedzią na zarzuty o brak demokratycznych procedur w UE. Gwarantować miałaby to procedura wyboru tzw. Spitzenkandidaten, czyli czołowych kandydatów. Po raz pierwszy zastosowano ją w 2014 r. przed eurowyborami, gdzie kandydaci na szefa KE stoczyli ze sobą publiczną debatę, zanim europarlament dokonał wyboru szefa Komisji.

Po piąte, wzmocnienie Prokuratury Europejskiej, która miałaby prawo inicjować własne propozycje prawa antyterrorystycznego.

Po szóste, odejście od jednomyślności w niektórych, enumeratywnie wymienionych przypadkach z zakresu polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

Po siódme, jak najszybsze włączenie do strefy Schengen Bułgarii, Rumunii a także Chorwacji.

Po ósme, wzmocnienie praworządności i przestrzeganie wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Po dziewiąte, kontrolowana migracja jako sposób na poradzenie sobie ze starzeniem się społeczeństw UE. W tym celu konieczna będzie także rozbudowa współpracy z państwami afrykańskimi, skąd obecnie pochodzi większość migrantów przybywających do Europy. Obejmowałoby to nie tylko pomoc rozwojową, ale także skoordynowaną politykę inwestycyjną, prowadzoną w ramach Europejskiego Planu Inwestycji Zewnętrznych.

Po dziesiąte, powołanie Europejskiej Agencji Pracy, która skupiając w sobie istniejące już instytucje, zajmowałaby się kompleksowo m.in. kwestiami mobilności pracowników w UE. W tym punkcie proponuje się także rozwiązanie kwestii pracowników delegowanych na zasadzie „równa płaca za równą pracę” – pracownik delegowany do innego kraju powinien dostawać takie samo wynagrodzenie, jak miejscowi pracownicy.

Po jedenaste, rozszerzenie współpracy w ramach mechanizmu stałej współpracy strukturalnej, która miałaby doprowadzić do powstania Europejskiej Unii Obronnej (European Defence Union) do 2025 r.

Po dwunaste w końcu, żadnych nowych akcesji do UE w najbliższym czasie. Perspektywa przyjęcia Turcji do UE została odsunięta poza dostrzegalny horyzont czasowy.

Te główne i pozostałe założenia z SOTEU spina w chronologicznie uporządkowaną całość Mapa Drogowa, która zakłada, że jeszcze przed wyborami europejskimi w 2019 r. Rada Europejska podejmie jednomyślnie wiążące decyzje o przyszłości Unii Europejskiej. Miałoby to nastąpić na spotkaniu w rumuńskim Sybinie w marcu 2019 roku.

Dla ludzi czy przez ludzi?

Tyle założeń. Jak wygląda kwestia wykonalności tak nakreślonego planu? Otóż tu pojawia kilka ważnych problemów. Guy Verhofstadt, lider Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE), znany zwolennik procesu federalizacji UE stwierdził, że podoba mu się wizja nakreślona przez Jean-Claude’a Junckera. Dodał jednakże, że choć w walce z populizmem siły proeuropejskie wydają się obecnie zwyciężać, to nie jest to koniec wojny, a Europejczycy chcą zreformowanej UE. I to jest właśnie główny problem z wizją zawartą w SOTEU. Może się wydawać, że oferuje ona nowy impet dla pogłębionej integracji, jednak w swej istocie powtarza ustalenia znane od lat, a które do tej pory, mimo zobowiązań, nie zostały zrealizowane.

Głównym problemem, o czym zresztą mówił Verhofstadt, jest to, że „demokratyzacja procedur” przedstawiona przez Junckera jest tylko pozorna. Spitzenkandidaten, którzy podyskutują ze sobą raz przed wyborem, a potem zostaną wybrani przez europarlament, to nie jest prawdziwie demokratyczna procedura. Połączenie funkcji szefów RE i KE nic zaś w tej materii nie zmieni, ponieważ osoby tej wciąż nie wybiorą bezpośrednio obywatele UE.

Dodatkowym problemem, wspomnianym także przez Verhofsdtadta, jest brak prawdziwie europejskich list wyborczych do europarlamentu. W tej chwili głosujemy na partie narodowe, a nie europejskie.

Usprawnienie biurokracji, z pewnością konieczne (choć wcale nie jest ona tak niesprawna, jak chcieliby jej krytycy) też nie zwiększy de facto społecznej legitymizacji instytucji UE. Owszem, jest to zgodne z paradygmatem legitymizacji for the people, czyli dla ludzi. W tej perspektywie poparcie dla instytucji bierze się stąd, że realizują one interesy obywateli.

Problem pojawia się wtedy, kiedy przychodzą kryzysy i potrzeby obywateli nie da się zaspokoić w stopniu satysfakcjonującym. Dlatego konieczne jest legitymizacja typu by the people. W tym ujęciu UE zarządzana jest w większym zakresie przez ludzi, chociażby poprzez wybór prezydenta UE, obecnego lub w nowej formule. Wówczas obywatele mieliby szansę poczuć większą odpowiedzialność za UE jako za dobro wspólne, nie zaś postrzegać ją wyłącznie jako źródło dodatkowych korzyści materialnych.

Niestety Juncker w swej wizji nie odważył się przedstawić planu realnej demokratyzacji procesów decyzyjnych w UE. Jak sam powiedział, teraz, kiedy sprawy idą w dobrym kierunku i powstają nowe miejsca pracy, Komisja nie przypisuje sobie tego sukcesu. Jednak kiedy bezrobocie rosło, a kryzys panoszył się po strefie euro, Komisja była za to obwiniana. Taki jest los instytucji zarządzanych „dla ludzi”, a nie „przez ludzi”. Obywatele wymagają, jednak nie czują odpowiedzialności za wspólnotę.

Każdy z opisanych powyżej punktów planu można mniej lub bardziej skrytykować. Chociażby wizję współpracy z Afryką, która ma na celu okiełznanie fali migracji.

Juncker zignorował powszechnie znany już fakt, że transfery pieniężne (pieniądze przysyłane przez imigrantów do kraju pochodzenia) już ponad dwukrotnie przewyższają pomoc rozwojową, a niedługo najprawdopodobniej wyprzedzą bezpośrednie inwestycje zagraniczne (FDI). Oznacza to, że przyjmowanie imigrantów i włączanie ich w rynek pracy i obieg podatkowy to klasyczny przykład win-win situation: państwo goszczące dostaje podatnika, państwo pochodzenia otrzymuje kapitał o wiele skuteczniej dystrybuowany niż pomoc rozwojowa czy FDI. Niestety w SOTEU brakuje uznania tego podstawowego faktu, dlatego nacisk wciąż kładziony jest na pomoc rozwojową i FDI.

Samowykluczeni

Z polskiego punktu widzenia bezpośrednio istotne jest coś innego: samowykluczające się z UE państwa takie jak Polska i Węgry nie zostały bezpośrednio wspomniane przez Junckera. Jednak nie było to konieczne, by zrozumieć, że mimo deklaracji o utrzymaniu „UE jednej prędkości” outsiderzy będą nadal marginalizowani (przy założeniu ceteris paribus).

Szef KE podkreślił, że wyroki Trybunału Sprawiedliwości są podstawą praworządności w UE i muszą być wypełniane. Warto więc przypomnieć, że rząd Beaty Szydło jako jedyny w historii zignorował taki wyrok (w sprawie wycinki w Puszczy Białowieskiej).

Kwestia pracowników delegowanych ma być załatwiona całkowicie po myśli państw zachodnich (np. prezydenta Macrona), czyli „równa płaca za równą pracę”, a wbrew interesom polskich pracodawców. Deklarację o tym, że wszyscy powinni przystąpić do strefy euro, trzeba odczytywać jako deklarację właśnie. Utrzymanie jednej prędkości integracji z takimi partnerami jak Jarosław Kaczyński czy Viktor Orbán nie wydaje się możliwe.

Wygląda na to, że Jean-Claude Juncker chciał za wszelką cenę uniknąć drażnienia, ogólnie rzecz ujmując, dwóch obozów w UE: tych chcących pogłębiać integrację oraz Polskę i Węgry. Tak, Polskę i Węgry, wszystkie inne eurosceptyczne rządy (np. Czech, Słowacji, Danii) wykazują się jednak większą racjonalnością i wolą kompromisu. SOTEU w tym kontekście należy odczytywać jak próbę zszycia dwóch obozów, a właściwie obozu i „oboziku”.

Pewnym jest jednak również to, że bez wspólnej waluty i unii podatkowej Unia Europejska nie będzie mogła ostatecznie przeprowadzić skutecznego pogłębienia integracji. Stąd rząd Polski, kiedy skończy już na użytek wewnętrzny eksploatować narrację à la „szaleństwo brukselskich elit”, i tak będzie musiał zdecydować, czy jedzie prędkością unijną, czy woli jechać wolniej. A w pesymistycznym scenariuszu taka spowolniona jazda może jeszcze bardziej zbliżyć Polskę do innego pojazdu: prowadzonego pewnie przez Władimira Putina.

Karol Chwedczuk-Szulc – doktor nauk politycznych, adiunkt na Uniwersytecie Wrocławskim

Foto: jvmakine Follow/flickr.com, CC BY-NC-ND 2.0

Czytaj również
O autorze
*
KarolChwedczuk-Szulc
doktor nauk politycznych, adiunkt na Uniwersytecie Wrocławskim