Kebab, szminka i kilka różnych perfum, którymi spryskujemy się w Sephorze – recenzja książki Doroty Masłowskiej „Kochanie, zabiłam nasze koty”

Drukuj

Długo kazała na siebie czekać. Najnowsza powieść Doroty Masłowskiej, pt: „Kochanie, zabiłam nasze koty”, ukazała się siedem lat po ostatnim „Pawiu królowej”, a dziesięć od debiutu – „Wojny polsko-ruskiej…”. Mocna i dosadna, ale zdecydowanie mniej wulgarna niż jej poprzedniczki, jednych zachwyci, innych – odrzuci. Bo Masłowską się kocha albo nienawidzi, a jakakolwiek przestrzeń pomiędzy tymi uczuciami wydaje się nie mieć racji bytu. Można zatem od razu dać się uwieść kreowanemu przez pisarkę światu lub przeczytać nie więcej niż trzydzieści parę stron i zaniechać lektury, czując irytację, znużenie czy wręcz odrzucenie.

http://www.flickr.com/photos/kamil_szewczyk/2753612390/sizes/m/
by kamil.szewczyk

Autorka swoją książkę określa wypadkową przejęcia losem ludzkości i różnych osobistych udręk, a bohaterów – ludźmi wolnymi, żyjącymi poza duchowością, religią, polityką czy historią. Ludźmi bezjęzykowymi, których mową ojczystą jest Google Translator.

W świecie, gdzie wszystko jest powierzchowne, „przyjaźń przez Facebook, sport na konsoli, seks przez kamerkę, wychowywanie dzieci przez Skype’a”, próżno szukać autentyczności. Każda wartość jest tylko substytutem siebie samej, własnym cieniem. Właśnie w takim świecie żyją dwie przyjaciółki – pracownica salonu fryzjerskiego i maniaczka telewizyjna Joanne oraz Farah – pracująca w bliżej nieokreślonej agencji neurotyczka, która nie rozstaje się z żelem antybakteryjnym. Bohaterki to dobiegające trzydziestki przedstawicielki klasy średniej, niemające żadnego pomysłu na to, co zrobić ze swoim życiem. Dezynfekując wszystko dookoła, nie mogą zdezynfekować samych siebie, czyli przyjąć świata takim, jakim jest on naprawdę – z całym swoim brudem, ściekami, relatywizmem wartości, uznawanych za jedynie słuszne i obowiązujące.

Jednak szukanie wciągającej, rozbudowanej fabuły i mocno zarysowanych postaci jest z góry skazane na porażkę. Siła tej książki tkwi bowiem w sugestywnym i jedynym w swoim rodzaju języku, wszystkie zaś postaci i zdarzenia wydają się tylko pretekstem do zabawy słowem i obnażania stereotypów, także tych językowych. Bohaterki, mieszkające gdzieś na Zachodzie, ale tak naprawdę przecież w każdym z nas, są schematyczne i przeciętne – pracują, ćwiczą jogę, zamawiają jedzenie na wynos, rozmawiają o niczym i, żywiąc się gazetową papką, rozwiązują pozbawione większego sensu psychotesty. Żyją w głębokiej, przyjacielskiej symbiozie, aż do momentu, kiedy Jo wchodzi w kipiący erotyzmem związek z hungarystą sprzedającym krany. Zdradzona Farah (przyjaciółki już na wstępie zakładają bunt przeciwko testosteronowi: „Żadnych chłopaków, żadnych skarpet, żadnego chrobotu drapania się po jajkach w bezsenne noce […] Śmierć frajerom!”) zaczyna przeżywać dramat i szuka bratniej duszy. Nie stanie się nią jednak ani postrzegający rzeczywistość przez pryzmat dużej dawki psychotropów sąsiad Albert, ani Gosza – fascynująca imigrantka z Polski, poznana na jednym z wernisaży. Człowiek Masłowskiej jest bowiem w świecie sam i bez niczyjej pomocy musi każdego dnia znosić ciężar tej samotności. Na nic leki psychotropowe, horoskopy i psychotesty, na nic ucieczka w nierealną przestrzeń snu, bezkresnego oceanu pełnego pijanych syren.

Jo jest zbyt zajęta malowaniem na łydkach kresek, by wyglądały jak rajstopy ze szwem, Albert – przezroczysty jak marcepan, pochłonięty przez własny obłęd – marzy tylko, żeby zasnąć i zbudzić się, gdy już będzie absolutnie po wszystkim. Drapieżna Gosza, określająca Polskę jako „kraj w byłej Jugosławii”, wprowadza się zaś do Farah w towarzystwie kota Bękarta. Dla lubiącej czystość i dezynfekującej wszystko bohaterki taka sytuacja zaczyna być bardzo irytująca. Każda relacja, każde uczucie – głębsze lub bardzo powierzchowne – rozczarowuje, zniechęca i przypomina o samotności, od której jakakolwiek ucieczka wydaje się niemożliwa. Takie jest życie w Nowym Jorku, w Warszawie czy w każdej innej współczesnej metropolii, która co piątek zamienia się w miejsce zabawy i bezmyślnego lansu:

„Miasto zaczyna się trząść już koło osiemnastej, a potem buzuje aż do nocy, pełne przekrzykiwań, pisków, głupich śmiechów, łamiących się obcasów, brzęku butelek, strzelających korków od szampana, koki zasysanej z desek klozetowych i naciąganych na członki prezerwatyw… Przerabianie przez cały tydzień swojego jedynego, niepowtarzalnego, nieubłaganie mijającego życia musi skończyć się głupawką, zwierzęcym wrzaskiem „mam prawo do odrobiny wolności!!!”. Nawet jeśli ta hektyczna, hurtem realizowana wolność, która musi wystarczyć na cały kolejny tydzień, oznacza prawo do robienia z siebie palanta, darcia śluzówki genitaliów na strzępy i do spania potem z głową w sraczu”.

Najważniejsze jest przecież bywanie na byle jakich wernisażach, lans doprowadzony do granic absurdu i ukrywanie prawdziwego siebie, z każdą frustracją i lękiem pod maską zadowolonego ze wszystkiego człowieka. Masłowska ironizuje i szydzi. Ze sztuki, która jest tylko pseudosztuką, z braku autentyczności i z przesadnej kreacji. Z tego, co pretenduje do miana wysokiego i prawdziwego, a istnieje tylko dzięki swojemu zmanierowaniu i schematyczności. Na wystawach i wernisażach najbardziej frapujące są darmowe snacki, a naprawdę świadome, po co tu przyszły, wydają się jedynie staruszki z aparatami słuchowymi. Bohaterowie powieści Masłowskiej żyją szybko i powierzchownie, a ich osobowość to zbitka medialnej papki i źle przetłumaczonych tytułów amerykańskich seriali.

Autorka śmieje się ze swoich bohaterek i z otaczającej je rzeczywistości, ale śmieje się także sama z siebie. Jest wnikliwym obserwatorem, pojawiając się w powieści jako sąsiadka Farah, a także jako usiłująca tworzyć pisarka. Pisze więc o otaczającym ją świecie oraz o pisaniu samym w sobie. Bo to nie akcja, nie fabuła jest tym, co u Masłowskiej porywa. One nie porywają wcale, właściwie niewiele się tu dzieje. To, co najważniejsze, ma miejsce właśnie w sposobie pisania, w języku, który bezlitośnie obnaża każdy nonsens rzeczywistości pozajęzykowej.

I jeśli po stu pięćdziesięciu pięciu stronach powieści pojawia się jakiś niesmak i niedosyt, to nie wynika on bynajmniej z rozczarowania tym, iż nie wiemy, co dalej. Jeśli Masłowska nie odrzuca już po trzydziestu kilku stronach, to przez wszystkie następne zachwyca i fascynuje. Nie tym, o czym pisze, ale tym, w jaki sposób to robi. Mało kto potrafi tak pływać w oceanie słów wielkich i ważkich oraz wyginać swój pisarski język pod wszystkimi możliwymi kątami, na wszystkie możliwe sposoby. A czy zabawa ta zostanie nazwana pozbawionym sensu bełkotem, czy też porywającą erudycyjną przygodą, zależy tylko od czytającego. Od jego własnych schematów, masek i przyzwyczajeń oraz od kotów, które zabija w sobie każdego dnia.

Czytaj również
*
MagdalenaRogaczewska