Na kłopoty Falenty

Drukuj

Z opublikowanego w mediach dziennikarskiego śledztwa, w tym rozmów z osobami zamieszanymi w aferę podsłuchową, wyłania nam się następujący scenariusz wydarzeń. Marek Falenta oraz jego wspólnik Krzysztof Rybka zostają oskarżeni o zlecenie nielegalnego nagrywania polityków. Obciążającym dowodem w sprawie są zeznania Łukasza N., menedżera klubu Sowa & Przyjaciele oraz Konrada L.,kelnera restauracji Amber Room, którzy mieli rzekomo otrzymać od biznesmenów sporą kwotę pieniędzy oraz pendrive’y i przenośne dyski. Falenta wszystkiemu zaprzecza, wyjaśniając, iż nigdy nie przekazywał obu panom żadnych pieniędzy, został niesłusznie oskarżony, a cała sprawa ma charakter polityczny. Zgodnie z przedstawioną przez niego wersją wydarzeń postawione mu zarzuty są wynikiem działań baronów węglowych, w których interesy miał mocno uderzyć Falenta, sprzedając po znacznie niższej cenie węgiel, sprowadzany z Rosji. Biznesmen uważa również, iż w sprawę zamieszany jest także wiceminister skarbu Rafał Baniak, który najprawdopodobniej, w porozumieniu z węglowymi baronami, próbował doprowadzić do przejęcia przez skarb państwa prowadzonej przez Falentę spółki Składy Węgla.pl, której współpraca z Rosją mogła być zagrożeniem dla polskich kopalń. Opór Falenty miał doprowadzić do wmieszania go w aferę podsłuchową, co miało w ostateczności zmusić go do sprzedaży przedmiotowej spółki. Biznesmen padł więc ofiarą intrygi politycznej, w którą zamieszani są biznesmeni oraz wysoko postawieni urzędnicy i funkcjonariusze państwowi.

Wersja przedstawiona przez biznesmena brzmi dość wiarygodnie. Bez wątpienia stawia państwo i rząd Donalda Tuska w niekorzystnym świetle. Spróbujmy jednak podejść do sprawy nieco bardziej krytycznym okiem. Trudno bowiem uznać, choć oczywiście są to wyłącznie spekulacje, iż Marek Falenta jest zupełnie czysty i nie ma w tej sprawie nic na sumieniu. Zwłaszcza, iż dość ciężko uwierzyć, iż z oskarżonym menedżerem klubu Sowa & Przyjaciele łączą go wyłącznie relacje stricte towarzyskie. Jaki bowiem interes miałby Łukasz N., aby wskazać Falentę jako zleceniodawcę podsłuchów? Czy został zmuszony przez służby do składania fałszywych zeznań, obciążających biznesmena? A może jest tak, że w tej sprawie nikt do końca nie jest bez winy? Spróbujmy spojrzeć na nią z innej strony, tworząc nieco odmienny, ale być może prawdziwy scenariusz wydarzeń.

Jak wiemy Marek Falenta prowadzi od pewnego czasu biznesy z Rosjanami. Dzięki nawiązanym kontaktom zamierza sprowadzać do Polski tańszy, rosyjski węgiel, aby następnie, po konkurencyjnej cenie sprzedawać go na polskim rynku. Niestety długi jego wspólnika krzyżują mu plany i zmuszają do oddania Składów Węgla Rosjanom (Falenta wspomina o tym w wywiadzie dla Gazety). Zwraca się więc do Baniaka z propozycją sprzedaży spółki, wiedząc, że nie da rady jej zatrzymać, ale przynajmniej ma nadzieję na uzyskanie większych pieniędzy od skarbu państwa, które po części będzie mógł następnie wykorzystać do spłaty zadłużenia u Rosjan, a resztę zainwestować w inną działalność biznesową.

Marek Falenta

Menedżer restauracji Sowa w swoich zeznaniach faktycznie wskazał m.in na Falentę. Możliwe jednak, iż ten ostatni był jednym z wielu odbiorców jego nagrań. Wśród nich byli być może zarówno inni biznesmeni, jak i politycy. Zakładanie podsłuchów, celem uzyskania cennych informacji przez biznesowych konkurentów lub wspólników nie jest bowiem niczym nowym. Jakiś czas temu pisała o tym Gazeta.pl. ABW prawdopodobnie jest więc w posiadaniu listy osób, które regularnie lub incydentalnie kupowały nagrania od Łukasza N. Czas jednak naglił, presja na postępy w śledztwie była ogromna. Szukano tropu, który brzmiałby wiarygodnie, był relatywnie łatwy do sprawdzenia i politycznie możliwy do zaakceptowania. Tu pojawił się wątek Marka Falenty. Śledczy zwrócili na niego szczególną uwagę, ponieważ mogli wykazać, iż jego działalność ma znacznie szersze tło, związane nawet z naszym wschodnim sąsiadem. Dla rządu to bardzo korzystna wersja wydarzeń, ponieważ umożliwia ściągnięcie uwagi opinii publicznej i mediów na rzekomych sprawców i zleceniodawców nagrań i tym samym odciągnięcie jej od treści nagrań, w których być może jeszcze nie ma mocno obciążających wątków, ale niewykluczone, iż takie pojawią się w kolejnych opublikowanych taśmach. Prawdopodobnie nikt z kręgów rządowych nie wie bowiem, kto i co jeszcze zostało nagrane. Wątek wschodni, w kontekście wydarzeń na Ukrainie, bez wątpienia jest obecnie szczególnie chwytliwy. Tym samym umożliwia przykrycie wstydliwego faktu, iż ministrowie rządu byli w rzeczywistości regularnie nagrywani przez grupkę kelnerów, którzy dla zwykłej chęci zysku zajmowali się tym procederem od dłuższego czasu. Wyjawienie przez śledczych prawdy stawiałoby w fatalnym świetle służby specjalne i BOR, który w niedostateczny sposób zadbał o bezpieczeństwo wysoko postawionych funkcjonariuszy państwowych. Pokazałby indolencję państwa, w którym znowu pewne instytucje czy obszary funkcjonowania nie działają tak, jak należy. To oczywiście fatalnie odbiłoby się na i tak pogarszających się notowaniach rządu Donalda Tuska. Wreszcie, kompromituje samych polityków, którzy beztrosko rozmawiali o prywatnych i służbowych sprawach w miejscach publicznych i to nie w byle jakich, co nie jest bez znaczenia dla opinii publicznej. Wątek wschodni może być więc zręczną zagrywką na odciągnięcie uwagi opinii publicznej i mediów. Oddala, niestety, perspektywę poznania prawdy. Prawdy kompromitującej, bo rozbrajająco banalnej. W całej sprawie nie chodziło bowiem o zamach stanu, pisany obcym alfabetem, lecz zwykłą dziennikarską kaczkę, puszczoną przez tabloidozujący tygodnik, wyłącznie z myślą o wzbudzeniu sensacji i zwiększeniu wpływów ze sprzedaży. Ta sprawa, obliczona przecież na zupełnie inny cel, pokazała po raz kolejny punkty słabości naszego państwa, wywołując przy tym polityczną burzę i konsternację wśród tych, którzy gościli się we wspomnianych lokalach bądź wykorzystywali nagrywane rozmowy do własnych, partykularnych interesów. Przykre, zakulisowe rozgrywki, wzajemne uszczypliwości, sprośne żarty i jarmarczny język, słowem to, na co większość z nas, która na co dzień nie obraca się w tym środowisku nie jest po prostu przygotowana – polityczną kuchnię. Skutki całej afery mogą być różne, na razie rząd się utrzymał, choć nie wiemy jeszcze na jak długo (przynajmniej w obecnym składzie). Musimy jeszcze poczekać, aż kolejne wątki śledztwa ujrzą światło dzienne. Wtedy narysowany wyżej scenariusz okaże się być może nieprawdziwy, a wątek wschodni i wersja przedstawiona przez śledczych stanie się bardziej realna. Cząstka mnie podpowiada, iż wówczas, przynajmniej dla dobra nas samych i resztek wiary w naszą klasę polityczną, byłby to lepszy scenariusz.

 ————————————————————————

Michał Tomczyk – doktor nauk politycznych. Absolwent studiów doktoranckich na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Zajmuje się procesami integracyjnymi w Europie, polityką zagraniczną państwa oraz systemami partyjnymi. Wykładowca UŁ, UwB oraz Uniwersytetu w Luzernie, publicysta, ekspert Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Czytaj również
*
MartynaNiedośpiał