„Hierojom cipka!” Dasz lajka?

Drukuj

Ten tekst nie jest o Ukrainie. Jest o Facebooku, o „lajkach” i o nas – względnie młodych, wykształconych i z dużych miast.

Na facebookowym profilu  „Młodzi wykształceni z dużych miast” kilka dni temu pojawił się dowcipny opis wyimaginowanej (a może nie) rozmowy z baristą w kawiarni:

- Cipka Ukrainie, baristo.

- Hierojom Cipka!

- Baristo, daj lajka na Ukrainę.

- Już dałem i to kilka. Dzięki moim lajkom udało się przepędzić dyktatora Łukaszenkę.

Powyższy dialog chyba nie wymaga komentarza, czy wyjaśnień. Tak, może oburzać jego swawolny ton, mało wyszukany żart, ale problem, którego dotyka jest godny uwagi. Czy aktywność w portalach społecznościowych nie zastępuje rzeczywistych działań? Czy „dając lajka” pod postem o kolejnej akcji pomocy dla Ukraińców nie zwalniamy się z wniesienia wkładu do tej akcji?

W zeszłym roku szwedzki UNICEF przeprowadził bardzo ciekawą kampanię społeczną mającą zachęcić do hojniejszego wsparcia działań organizacji. W ciekawy sposób, między innymi poprzez trzy krótkie filmiki, zwrócili uwagę na problem zastępowania materialnej pomocy poprzez symboliczną aktywność w sieciach społecznościowych. Tu„najmocniejszy” z nich (pozostałe były w konwencji kabaretowej):

Akcja odbiła się dość szerokim echem, głównie wśród Szwedów, do których była skierowana. Wydaje się, że również w Polsce nadszedł czas żebyśmy poważnie podyskutowali o tym jakie znaczenie mają facebookowe „lajki”.

Dr Małgorzata Karpińska-Krakowiak, z Uniwersytetu Łódzkiego, badająca efektywność portali społecznościowych w działaniach marketingowych firm, twierdzi, że rzeczywista wartość „lajków” jest często przeceniana. Firmy na fali mody prowadzą swoje „fanpage”, ale często kompletnie nie przekłada się to na korzyści marketingowe. W przypadku części branż czy produktów, fakt posiadania nawet dużej liczby wirtualnych „fanów” zupełnie nie ma odzwierciedlenia w ich decyzjach zakupowych. Aktywność w sieci nie przekłada się na pożądane przez firmę zachowania w „realu”.

634993901401100000

W przypadku wyrażania internetowego poparcia dla akcji społecznych czy charytatywnych, sytuacja wygląda podobnie. Dosyć duże, obejmujące 2000 osób, badanie przeprowadzone przez naukowców z amerykańskiego Uniwersytetu Georgtown wykazało, że fakt promowania przez daną osobę akcji w sieci społecznościowej (jak „dajesz lajka” to widzą to Twoi znajomi, przez co rozsyłasz informacje) nie przekłada się na wzrost prawdopodobieństwa przekazania przez nią finansowego wsparcia. „Lajki” nic nie kosztują, a pieniędzy szkoda.

Nie wiem jak te wyniki wyglądałyby w Polsce, ale biorąc pod uwagę naszą niewielką skłonność do uczestnictwa w inicjatywach społecznych (co pokazują wyniki Diagnozy Społecznej 2013) pewnie jeszcze gorzej. Zresztą każdy kto organizował „wydarzenie” na Facebooku wie, że kliknięcie „weźmie udział” w żadnym razie nie oznacza, że osoba się faktycznie pojawi. Przełożenie klikania na działanie jest u nas bardzo słabe.

Dla organizatorów akcji morał z tego jest taki, że nie ma sensu specjalnie zabiegać o „lajki”. One same niewiele znaczą. Wspomniany UNICEF Sweden miał ich 177 tysięcy. Co oczywiście nie oznacza, że nie ma sensu korzystać z narzędzi społecznościowych do mobilizowania sympatyków – po prostu nie ma sensu przeceniać ich znaczenia.

***

„Danie lajka” to jak wirtualne poklepanie po plecach – nie ma w nim nic złego. Pytanie ile jest w nim dobrego? Nie wiem czy walczący o wolność na Majdanie Ukraińcy zabiegali o „lajki”, czy były one dla nich ważne. Polacy piszą w internecie, że tak. Lajkuję. Myślę sobie, że my tu w Polsce trochę też byliśmy „hierojami”. Jest mi lepiej. Herojam Sława!

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKamiński
Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, stały współpracownik „Liberté!”
@ kaminskitomas