Kościół – Lewica – Kłopot

Drukuj

W 1977 r. nakładem paryskiego Instytutu Literackiego ukazała się pierwsza książka bliżej nieznanego wówczas na świecie młodego polskiego historyka i opozycjonisty, zatytułowana: „Kościół, lewica, dialog”. Książka ta (a raczej myśli i propozycje w niej zawarte), choć początkowo znana tylko nielicznym, mającym dostęp do tzw. drugiego obiegu, miała odegrać historyczną rolę, zapowiadając i przygotowując grunt dla absolutnie nowych i unikalnych spotkań, z których wyrośnie z czasem potężny i wielowymiarowy ruch Solidarność, spotkań ludzi wierzących i niewierzących, ludzi różnych pokoleń, studentów, artystów i intelektualistów z robotnikami, Polaków ze swym papieżem i ze słowami Ewangelii, wreszcie spotkań Polaków z ich dawnymi i obecnymi sąsiadami, spotkań Polaków z wyzwaniami wolności, wolnego rynku i demokracji.

http://www.flickr.com/photos/viknanda/339956374/sizes/m/in/photostream/
by Vik Nanda

U podstaw książki, jak wspominał potem wielokrotnie jej autor, leżała intuicja, że nadszedł czas zasadniczej rewizji stosunku polskiego intelektualisty (w szczególności lewicowego i postępowego) do instytucji Kościoła i do samej religii. „Pracując nad tą książką, zmieniałem swój stosunek i do Kościoła, i do religii. Jakby pisanie zmieniało mnie samego. Ta książka była pisana z poczucia winy. Miałem poczucie, że formacja, z której się wywodzę, miała fałszywy stosunek i do religii, i do Kościoła. I że powinna z tego fałszu się rozliczyć”[1]. Była nadzwyczaj udaną próbą wyciągnięcia intelektualnych i politycznych konsekwencji z przewartościowań, których dokonywał od pewnego czasu, na płaszczyźnie filozoficznej, mistrz Adama Michnika – marksistowski filozof Leszek Kołakowski.

Książka otworzyła nowy okres w dziejach Polski, kiedy to przestrzeń Kościoła stawać się zaczęła dla wielu synonimem przestrzeni wolności i miejscem obcowania z prawdą. Po wprowadzeniu stanu wojennego i delegalizacji Solidarności ta właśnie przestrzeń wolności i prawdy pozostanie jedyną alternatywą dla proponowanych przez generałów upodlenia i rezygnacji. „Zaczęło się spotkanie, które władze komunistyczne doprowadzało do wściekłości. Dlatego że chętnie rozgrywały jednych przeciw drugim. A tu nagle się zaczął formować wspólny, ponad-wyznaniowy front antytotalitarny. Jakby duch chrześcijaństwa i duch oświecenia podały sobie ręce” – wspomina po latach Adam Michnik[2]. Książka odegrała być może większą rolę na Zachodzie niż w samej Polsce. Doczekała się kolejnych wydań w wielu językach. Była szeroko komentowana, ale i krytykowana. W swoisty i niezamierzony przecież sposób przygotowała świat zachodni na pontyfikat papieża Polaka, który tradycjonalizm światopoglądowy potrafił harmonijnie łączyć z próbami dialogu z nowoczesnością. Pod jego ojcowskim okiem – wraz z kolejnymi pielgrzymkami do ojczyzny i nowymi, często intelektualnie odważnymi, encyklikami – losy polskiego Kościoła i polskiego intelektualisty zdawały się złączone w sposób nierozerwalny na lata[3].

A potem przyszła wolność lub, jak kto woli, „nieszczęsny dar wolności”. Kościół miał swoje sprawy do załatwienia, o które często walczył bez pardonu, intelektualista swoje. I choć w paru istotnych sprawach poważnie się posprzeczano (religia w szkołach, aborcja, rozwody, konstytucja, małżeństwa mieszane, in vitro), to nikt nie dał się sprowokować do tego stopnia, aby wypowiedzieć drugiej stronie otwartą wojnę. Co prawda, już w 1991 r. Jerzy Sosnowski wieszczył zwycięstwo Kościoła zamkniętego nad Kościołem poszukującym[4], zaś zaangażowanie się episkopatu w kampanię wyborczą jesienią tego samego roku ukazało jak na dłoni totalne zagubienie polskiego Kościoła w nowej scenerii rodzącej się demokracji. Pomimo tego, przy okazji kolejnych rocznic ukazania się książki Michnika, różnej maści publicyści chętnie przypominali jej aktualność i ponadczasowość, próbując zarazem wskrzesić jej ducha. Duch dialogu jednak powoli umierał. W 1993 r. sam autor dopisał swoistą kodę do swej książki. W tekście zatytułowanym „Kościół, prawica, monolog” możemy przeczytać: „Polska pozostaje katolicka w swej istotnej części, choć byłoby okropne, gdyby stać się miała «katolickim państwem narodu polskiego». […] Zwycięstwo nad komunizmem episkopat uznał za własne zwycięstwo. […]Nagle okazało się, że Kościół […] jest zupełnie nieprzygotowany do pełnienia swej misji w demokratycznej Polsce. […] Sięgnął po język i wzory epoki minionej. […] Dla wielkiej części katolickiego duchowieństwa powrót wolności oznaczał po prostu powrót do przywilejów i do realnego wpływu na władzę w państwie. […] Kościół przemówił językiem monologu, monolitu, krucjaty”[5].

Dziś, po dwudziestu latach uczenia się wolności i demokracji, kontekst jest zupełnie inny. Mało kto pragnie budować przestrzeń jakiegokolwiek dialogu z Kościołem. Trzeba zresztą uczciwie przyznać, że brak ze strony kościelnej jakiejś zachęty w tym kierunku. Wręcz przeciwnie. Ostatnia sprawa wyciszenia księdza Adama Bonieckiego pokazała, że współczesny Kościół w Polsce nie życzy sobie dialogu nawet w obrębie własnego środowiska (a cóż dopiero z ewentualnymi partnerami lub wręcz adwersarzami z zewnątrz). Dyżurni katoliccy intelektualiści nie pozostawiają zresztą najmniejszych co do tego złudzeń.

Promowanie satanisty przez telewizję publiczną, nasilające się żądania środowisk lewicowych i feministycznych domagających się nieograniczonego prawa do zabijana dzieci nienarodzonych, zorganizowane i zinstytucjonalizowane formy aktywności antyklerykałów i laicyzatorów ukazują, że mamy do czynienia z kolejną odsłoną kampanii antykatolickiej – stwierdza dobitnie Jan Maria Jackowski w jednym z ostatnich numerów „Niedzieli”[6]. Inny katolicki publicysta konkluduje: „Model współpracy i debaty ze środowiskami laickimi, jaki proponowali katolicy otwarci ze starych środowisk «Więzi» czy «Znaku», wyczerpał się. Ludzie «Gazety Wyborczej», «Newsweeka» czy środowisk nowolewicowych już nawet nie udają, że chcą z kimkolwiek dialogować. Ich celem jest maksymalne osłabienie Kościoła, pozbawienie go autorytetu i przejęcie władzy nad duszami”[7].

Po drugiej stronie też nie widać zbyt wielu chętnych do rozmowy czy raczej do nadstawiania drugiego policzka. Choć ciągle znajdują się tacy, którzy z różnych względów nadal wierzą (czy też udają że wierzą) w sens uczestniczenia w próbach budowy warunków takiego właśnie dialogu. Jeszcze wiosną 2008 r., z inicjatywy posła Jana Widackiego, odbyło się w Krakowie nawiązujące tytułem do książki Michnika spotkanie, w którym uczestniczyli m.in. ks. Opiela SJ, ks. Dostatni OP, ks. Kość SVD, Jan Widacki, Izabela Sierakowska, Jarosław Makowski i Adam Szostkiewicz. Jednak znacznie więcej niż o samym dialogu dyskutowano o warunkach „przyjaznego rozdziału Kościoła od Państwa”[8]. Michnik przyznawał uczciwie kilka lat temu: W jakimś sensie rozumiem te kościelne lęki. Z drugiej strony też rozumiem i podzielam lęki przed pewną formą Kościoła. Dzisiaj ten obszar rozmowy jest wyjątkowo wprost zabagniony. Po obu stronach górę biorą nieporozumienia, nieufności, niechęci. A gdy ktoś próbuje jednak rozmawiać, dostaje po pysku od jednych i od drugich. Jestem tego świetnym przykładem”[9].

Czy w tej sytuacji można uniknąć, jawiącej się jako coraz bardziej nieodwracalna, otwartej wojny i bezpośredniej konfrontacji? Wobec braku (po obu stronach zresztą) poważniejszych chęci do dialogu, popularność zaczynają zyskiwać ci, którzy otwarcie wzywają do walki, do świętej wojny i do konfrontacji. Zarówno ci ludzie Kościoła, którzy starają się wyciszać księdza Bonieckiego lub atakują Nergala jako uosobienia Lucyfera, jak i ci postnowocześni populiści z ruchu Janusza Palikota, którzy wracają do elektryzujących, ale w sumie drugorzędnych tematów takich jak walka o krzyż i symbole religijne czy likwidacji przywilejów Kościoła.

Ale „po co Pan Bóg wymyślił Michnika?” – pytał kiedyś ksiądz Józef Tischner. Czyż nie po to właśnie, aby znów coś zdziałał?  Czyż nie po to, aby znalazł – tak jak kiedyś – właściwą formułę, która pozwoli Polsce uniknąć zabójczej i w sumie bezsensownej wojny religijnej i odnaleźć zagubionego ducha dialogu (lub chociażby wzajemnego poszanowania)? Brałem więc do ręki świeżo właśnie wydaną na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych książkę[10] redaktora Michnika z nadzieją, że znajdę w niej elementy odpowiedzi na dzisiejsze kłopoty i pytania. Nie jest to wszakże książka zupełnie nowa. Jest to wybór tekstów, które Michnik opublikował już wcześniej w „Gazecie Wyborczej”, ale najczęściej nieznanych zachodniemu czytelnikowi. Książka niewątpliwie ważna dla lepszego zrozumienia na świecie tego, co się w Polsce przez ostatnie 20 lat dokonało. Ale z punktu widzenia nowych kłopotów, jakie polski intelektualista ma dziś z Kościołem, jej lektura pozostawia wyraźny niedosyt. Tematyka dialogu lewicowego intelektualisty z Kościołem jest w niej praktycznie nieobecna. A jeżeli już mowa o dialogu, to o znacznie trudniejszym, ale przecież rozwijającym się w bólach dialogu polsko-żydowskim.

Uważna lektura ukazuje, że Michnik przygląda się postępującemu zamykaniu się polskiego Kościoła z (z trudem skrywanym) niepokojem, ale też z dużą dozą bezradności. Woła na puszczy, ale mało kogo to dziś obchodzi. Wygląda na to, że pogodził się już z tym, że z tego przecież zupełnie unikalnego polskiego doświadczenia dialogu niewiele dziś można ocalić. Krocząca ku nowoczesności Polska musi najwidoczniej przejść przez ten sam proces sekularyzacji, laicyzacji oraz w efekcie marginalizacji Kościoła, który stał się kiedyś doświadczeniem najstarszej córki Kościoła Francji czy nieco później Hiszpanii. Czy takie są i muszą być prawa historii? Czy Polska musi pójść tą samą drogą? Czy rzeczywiście jesteśmy skazani na swoistą imitację?

Czyżby więc rację miał Józef Ruszar, pisząc kilka lat temu, z poczuciem zawiści, które trudno mu było ukryć: „Dzisiaj książka […] Michnika ma znaczenie dokumentu epoki i jest świadectwem wielkiego ideologicznego zwycięstwa. Nikt w drugiej połowie XX w. nie osiągnął w Polsce takiego sukcesu w dziedzinie koncepcji politycznej jak Michnik. Jest to sukces demiurga: z grupki rewizjonistów bez większego znaczenia, którzy poza partią nic nie znaczyli, stworzył potężne środowisko dysponujące silnymi instytucjami, siecią politycznych powiązań w Polsce i na świecie, a przede wszystkim ideologią, z którą utożsamia się wielka część ludzi wykształconych w wolnej Polsce”[11]?  

Pragnę wierzyć, że nie. Takie spłycenie głównego zamysłu leżącego u podstaw książki Michnika jest zapewne efektowne, ale nie do końca prawdziwe. Otwarcie się polskiego intelektualisty na świat religii i na rzeczywistość Kościoła miało wymiar znacznie głębszy. Jeszcze niedawno Michnik mówił: „Dla mnie problem debaty o Kościele jest problemem fundamentalnym. W dużej mierze polskie społeczeństwo będzie takie jak polski Kościół, jak polski katolicyzm. I im bardziej integrystyczny będzie polski katolicyzm, tym bardziej konserwatywne i nieznajdujące odpowiedzi na znaki czasu będzie społeczeństwo polskie”[12]. Stąd właśnie u polskiego intelektualisty swoiste poczucie troski o ewolucje polskiego Kościoła. Troski czy wręcz odpowiedzialności, które to uczucia są niestety obce większości polityków, zarówno tych, którzy bez skrupułów instrumentalizują na własne potrzeby symbolikę krzyża, jak i tych, którzy pragną ten krzyż wynieść definitywnie do piwnicy. Polski intelektualista ma dziś nie tyle poważny kłopot, ile – można powiedzieć – znów stoi przed historycznym wyzwaniem. Wiele wskazuje na to, że nie tylko dawna formuła dialogu z polskim Kościołem rzeczywiście się wyczerpała, że trzeba szybko wymyślić, jak pokojowo współistnieć i rozmawiać dla dobra polskiego narodu. Kiedy bowiem do głosu dochodzą – tak jak ostatnio – zamiatane dotychczas pod dywan postawy jawnie antyklerykalne i głosy świadczące o społecznym zmęczeniu archaicznymi formami obecności religii w polskim życiu publicznym, nie sposób dalej milczeć. Nie sposób też czekać z założonymi rękoma, aż znów Michnik coś wymyśli. Czyż to nie kolejne pokolenia polskich intelektualistów powinny szukać odpowiedzi na stare pytania: jak – nie walcząc otwarcie z Kościołem i starając się odczytać na nowo nauczanie Jana Pawła II – pomóc polskiemu społeczeństwu wybić się na szanującą polską tradycję i specyfikę nowoczesność?

Pozostawienie zupełnie pustego pola politykom może oznaczać nie tylko niepotrzebną i wyniszczającą społeczeństwo świętą wojnę, lecz także definitywne zejście ze sceny polskiego intelektualisty.



[1] A. Michnik, Kościół, Michnik, dialog, „Gazeta Wyborcza” 17 maja 2009.

[2] Tamże.

[3] Pisałem o tym w: Le long chemin de l’intellectuel polonais, L’Autre Europe nr. 21–22/1989.

[4] J. Sosnowski, Kościół zamknięty, „Gazeta Wyborcza” 27 maja 1991.

[5] A.Michnik, Kościół, prawica, monolog, „Gazeta Wyborcza” 27–28 marca 1993.

[6] J. M. Jackowski, Fałszywa antropologia, „Niedziela” nr. 41/2011.

[7] T.Terlikowski, Koniec katolicyzmu otwartego, „Gazeta Polska” 2 listopada 2011.

[9] A. Michnik, Kościół, Michnik, dialog, „Gazeta Wyborcza” 17 maja 2009.

[10] A. Michnik, In search of Lost Meaning – the New Eastern Europe, Berkeley 2011.

[11] J. Ruszar, Kościół, Lewica, Michnik, „Rzeczpospolita” 6 czerwca 2009.

[12] A. Michnik, Kościół, Michnik, dialog, „Gazeta Wyborcza” 17 maja 2009.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinFrybes