Kto winien?

Drukuj

Rosyjska elita bardzo zinternalizowała poczucie krzywdy po zakończeniu zimnej wojny i nie sposób oddzielić instrumentalnego wykorzystywania go dla celów polityki wewnętrznej od szczerego przekonania o niesprawiedliwości istniejącego porządku międzynarodowego i dwulicowości liderów państw zachodnich.

Nadia Arbatowa, podobnie jak wielu rosyjskich komentatorów, odnosząc się do przyczyn fatalnego stanu relacji między Rosją i Zachodem wskazuje na dziedzictwo lat dziewięćdziesiątych i popełnione wówczas błędy. Za najcięższy gatunkowo uznaje triumfalizm państw zachodnich, który przejawiał się zarówno w przekonaniu o przegranej Związku Sowieckiego w zimnej wojnie, braku porozumienia „pokojowego” oraz ingerencji w sprawy wewnętrzne państw byłego bloku komunistycznego, łącznie z Federacją Rosyjską.

Creative Commons Getty Images.

Nie kwestionując popełnianych przez państwa zachodnie błędów (z których ogromnym było poparcie dla niedemokratycznego zachowania Jelcyna wobec parlamentu w 1993 roku i Czeczenii w 1994), warto zastanowić się, jak długo jeszcze usprawiedliwieniem dla złego stanu relacji rosyjsko-zachodnich będzie dziedzictwo ery jelcynowskiej. Od zaproszenia krajów Europy Środkowej do NATO minęło 15 lat. Ukraina odrzucała niezliczone okazje zbliżenia z Rosją przez ostatnie 20 lat. Gruzja mimo zmiany rządu nie wykazuje gotowości do normalizacji relacji z powodu Abchazji i Osetii Południowej. Białoruś broniła się przed integracją z Rosją dopóki miała pole manewru, zaś Kazachstan dopiero perspektywa znalezienia się w chińskiej strefie wpływów skłoniła do zbliżenia z Rosją. Niechęć tak krajów regionu Europy Środkowej, jak i obszaru poradzieckiego do zacieśniania relacji z Rosją nie jest efektem polityki Zachodu, ale wynika przede wszystkim z małej atrakcyjności i niewielkiej siły przyciągania samej Rosji.

W tym kontekście zasadnym wydaje się zadanie pytania o rolę lat dwutysięcznych i zaprzepaszczoną możliwość przezwyciężenia błędów z poprzedniej dekady. Paradoksem XXI wieku jest sytuacja, w której Chiny znacznie bardziej odmienne tożsamościowo od Zachodu niż Rosja, wciąż jeszcze (mimo wzrostu potęgi i obserwowanej asertywności) łatwiej wkomponowują się w świat zachodni niż Rosja.

Na pierwszy rzut oka klapa relacji rosyjsko-zachodnich jest całkowita: zastój w relacjach z Unią Europejską, niechęć i nieufność w stosunkach z NATO, rywalizacja ze Stanami Zjednoczonymi i półfikcyjne członkostwo w Radzie Europy. Ocena ta mogłaby ulec zmianie, jeśli przestać traktować Zachód jako jedność i przyjrzeć się relacjom Rosji z poszczególnymi państwami. Jeśli nie liczyć malejącej liczby krajów toczących otwarte spory z Moskwą, to właściwie ze wszystkimi innymi Rosja ma relacje co najmniej poprawne, a z wybranymi wręcz uprzywilejowane. I chociaż Kreml nie ustawał przez ostatnią dekadę w wysiłkach mających na celu podzielenie państw zachodnich, to sam Zachód w największym stopniu przyczynił się do swojej obecnej słabości.

Nieunikniona zamiana miejsc

Jeszcze kilka lat temu Rosja wydawała się idealnym partnerem dla Unii Europejskiej w drodze tej ostatniej do odgrywania większej roli w skali globalnej. Dzięki Rosji mógł wejść w życie protokół z Kioto, w zamian za co UE zgodziła się na członkostwo Federacji Rosyjskiej w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Dzisiaj Moskwa wprost podważa sens unijnej walki z ociepleniem klimatu, a członkostwo w WTO traktuje jako gest wobec nalegających partnerów zachodnich, bo prawdziwa współpraca i integracja ma zdaniem Władimira Putina miejsce w ramach Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej, która wkrótce ulegnie przekształceniu Unię Eurazjatycką. Z kolei Unia Europejska, zajęta walką o uratowanie strefy euro, coraz wyraźniej porzuca ambicje globalne i usiłuje wypracować model współpracy z wschodzącymi mocarstwami Południa, takimi jak Indie, Brazylia czy Chiny.

Warto wziąć pod uwagę tę słabnącą atrakcyjność Europy i nieuniknione rozchodzenie się jej dróg z Rosją. Przy wszystkich różnicach, w podobnej sytuacji znajduje się względem Europy Turcja. Po kilkunastu latach realnego zbliżania się do Unii Europejskiej, Turcja w coraz większym stopniu prowadzi politykę poza kierunkiem europejskim. Różnice po prostu okazały się zbyt wielkie, a do głosu doszła prawdziwa natura społeczeństw obu krajów. Mimo iż ustrój rosyjski jest daleki od demokracji, to w dużym stopniu odpowiada on interesom silnych grup społecznych, które nie widzą dla siebie miejsca w Europie i preferują budowę zdominowanej przez siebie organizacji na obszarze posowieckim połączonej z aktywnością w skali globalnej. W takiej perspektywie dla Europy nie ma miejsca. Integracja na obszarze poradzieckim tylko bardziej oddali Rosję, wszelkie pomysły wielkiego Związku Europy promowane zarówno przez rosyjskich liderów, jak i czołowych ekspertów są mrzonką.

Obok zmian w pozycji państw zachodnich na arenie międzynarodowej, u źródeł obecnego zastoju (z którego żadna ze stron nie widzi aktualnie wyjścia) leży niechęć do zrozumienia, że nie wszystkie państwa i ustroje polityczne funkcjonują analogicznie do zachodnich.

Zasadniczy błąd w podejściu do Rosji tkwi w powszechnym wśród elit, zwłaszcza europejskich, przekonaniu iż w obiektywnym interesie Moskwy leży zbliżenie z Zachodem, w pierwszym rzędzie z Europą. Regularnie powtarzane są przez zachodnich ekspertów i polityków tezy o grożącym Rosji niebezpieczeństwie ze strony Chin, zagrożeniach wywodzących się z Azji Centralnej, nadchodzącej marginalizacji na arenie międzynarodowej. Jedynym antidotum na tę sytuację jest „przyłączenie się” do Unii Europejskiej (niekoniecznie w formie pełnej instytucjonalizacji, ale przynajmniej w wymiarze politycznym i normatywnym). Takie stanowisko w pełni ignoruje dynamikę wewnętrzną w samej Rosji, która w zupełnie odmienny sposób definiuje interesy swojego państwa. Duża część rosyjskiego społeczeństwa postrzega siebie jako część cywilizacji europejskiej i traktuje demokratyczną i wolnorynkową gospodarkę jako model do naśladowania. Problem polega na tym, że ci ludzie nie mają w putinowskiej Rosji wiele do powiedzenia. Kierunek polityki wewnętrznej i zagranicznej określa biurokracja, giganci energetyczni i surowcowi, kompleks wojskowo-przemysłowy i instytucje bezpieczeństwa wewnętrznego. To na nich opiera się władza Putina i jego akolitów, nie na reprezentantach klasy średniej z Moskwy i Petersburga. Zbliżenie z Europą, chociażby w formie przyjęcia europejskich standardów, oznacza dla tych grup utratę przywilejów, wpływów i korzyści materialnych.

To niezrozumienie natury rosyjskiego systemu politycznego idzie w parze z niedocenieniem skali upokorzenia, jakie rosyjska elita dostrzega w relacjach z Zachodem w latach dziewięćdziesiątych. Mocarstwowe gesty są zazwyczaj interpretowane jako służące rosyjskim liderom do zademonstrowania przed własnym społeczeństwem odrodzenia międzynarodowej pozycji Rosji. W tym sensie są traktowane nie do końca poważnie, jako wystudiowane narzędzia kształtowania wewnętrznej sytuacji politycznej. Tymczasem rosyjska elita bardzo zinternalizowała poczucie krzywdy po zakończeniu zimnej wojny i nie sposób oddzielić instrumentalnego wykorzystywania go dla celów polityki wewnętrznej od szczerego przekonania o niesprawiedliwości istniejącego porządku międzynarodowego i dwulicowości liderów państw zachodnich.

Maksimum współpracy, do jakiej zdolne są dzisiaj Zachód i Rosja to sytuacja wokół tranzytu do Afganistanu przez tzw. drogę północną (Northern Distribution Network). Mieszanka pragmatyzmu (interesy w dziedzinie bezpieczeństwa) oraz oportunizmu (możliwość zarobienia na przesyle materiałów i ludzi) powoduje, że niezależnie od wahań koniunktury politycznej Rosja nie zaprzestała współpracy z państwami NATO. Ani wojna w Gruzji, ani inne polityczne spory nie skłoniły Kremla do podjęcia radykalnych kroków. Tylko jak taka formuła współpracy rokuje na przyszłość?

Czytaj również
*