Kultura polityczna jako republikański mit

Drukuj

Normalny zdrowy człowiek z dwiema nogami i głową, słysząc o kulturze politycznej, od razu pomyśli sobie, że chodzi ni mniej, ni więcej, tylko o brak kultury w świecie polityków, a więc o picie, przeklinanie, zdrady, zmowy i wszelką w ogóle korupcję. Kultura polityczna to w potocznym pojęciu kultura samych polityków, a ta, jak wiadomo, stoi nisko. Gdyby do polityki szli ludzie na wyższym poziomie, to i w kraju działoby się lepiej. Coś w tym jest. Nie tyle jednakże prawda tych niezbyt oryginalnych myśli jest tu dla nas ważna, ile fakt, że opinia publiczna doskonale obywa się bez wyobrażenia polityki jako działalności tworzącej swój własny świat, a więc jakąś „kulturę polityczną”. Owszem, społeczeństwo wierzy w istnienie pewnych „standardów demokratycznych”, których należałoby przestrzegać, pewnych lepszych czy gorszych obyczajów parlamentarnych itp., ale nie identyfikuje czegoś takiego jak polityczność, zakreślająca magiczny krąg zjawisk i procesów składających się na „politykę” jako wyodrębnioną subkulturę społeczną, czyli „kulturę polityczną”. Inaczej mówiąc, ludzie nie wierzą w to, co roją sobie od 25 stuleci filozofowie, którzy wymyślili ideologię państwową na użytek greckich królestw i republik, opartą na micie osobliwej autonomii rzekomego uniwersum politycznego w stosunku do religii, obyczajów i pozostałych układów społecznych oddziaływań i symboli. Prawdę mówiąc, politykę wymyślono w ramach pewnego sztucznego podziału sfer władzy, mianowicie na władzę kapłańską, władzę królewską (nadawania praw, rządzenia), sędziowską i wojskową. Proces (zawsze tylko połowicznego i nieustanie kwestionowanego) rozdzielania kompetencji władz wytworzył przestrzeń, którą nazwano polityką. Generalnie chodziło w tym procesie o poszerzenie oligarchii, czyli o to, aby każdy z arystokratów mógł mieć coś do powiedzenia, zwłaszcza jeśli jego ród odznaczał się raczej bogactwem niż dziedzicznym urzędem. Instytucje polityczne i całe wymyślone przez Greków „życie publiczne”, symbolizowane przez ateńską agorę, co do zasady miały dzielić władzę pomiędzy pewną grupę ludzi, pozwalając im jednocześnie jako tako racjonalnie współrządzić, czyli koordynować swoje decyzje. Taką działalność nazwano wówczas polityką, rozpoczynając od razu najrozmaitsze eksperymenty ustrojowe, z których najbardziej cenimy dziś ateńską demokrację, bo dopuszczała do realnych wpływów nawet ubogich mieszczan, co było niezwykle śmiałym (acz w ostatecznym rozrachunku nieudanym) wynalazkiem.

Czy Grecy mieli prawo nazwać swoje eksperymenty w dziedzinie sposobów rządzenia jakimś odrębnym słowem? W końcu od tysięcy lat istnieli królowie, kapłani, elity plemienne i dowódcy wojskowi, a polityki nie było. Było państwo, było prawo, ale nie było polityki. Potrzeby zdefiniowania sfery politycznej nie mieli ani Egipcjanie, ani Persowie, ani inni wielcy ówczesnego świata. Odczuli ją z jakichś powodów krewcy Grecy, rozproszeni w niezliczonych miastach i miasteczkach na wyspach i wybrzeżach. Być może właśnie ta mozaikowa różnorodność świata greckiego wzbudziła w Grekach pasję politycznych eksperymentatorów, pasję, dla której konieczna stała się nowa nazwa. Tą nazwą zaś stała się właśnie polityka. Podobnie przecież było z filozofią. Myślenie jest pewnie stare jak świat. Ale to Grecy nadali mu stosowną nazwę, zawłaszczając dla siebie rozum teoretyczny, do dziś oznaczony owym słynnym greckim emblematem.

Polityka z pewnością jest wynalazkiem teoretycznym. Nie stanowi ani modyfikacji, ani tylko nazwy czegoś, co istniało wszak od zawsze, czyli władzy, prawa i instytucji. Stanowi (ustanawia) samą siebie, trybem performatywnego aktu werbalnego, stwierdzającego powołanie jej do istnienia, razem z tym wszystkim, co wcześniej istniało w bezpośredniej samooczywistości jako władza. Inaczej mówiąc, polityka jest kategorią pojęciową, za której pomocą władza staje się czymś wymagającym refleksji i czymś problematycznym. Tak oto polityka podnosi władzę do poziomu świadomości – a „upolityczniając” ją, tym samym wieczyście ją problematyzuje. Można więc powiedzieć, że polityka to życie społeczności zdolnej kwestionować porządek władzy, pytać o jego legitymację i ewentualne ulepszenia. Wszystko, co nie będąc nagą przemocą, stanowi ruch myślowy wokół procesów władzy, mający pewną realność jako przynajmniej pośredni czynnik sprawczy, tworzy „politykę”. A im bardziej społeczność ludzi władzy oddaje się namiętności refleksji i rozważań – będących czymś wykraczającym poza rozkazywanie, negocjowanie i inne typowe dla rządzenia formy komunikowania się – tym bardziej uważa się ona za polityczną i tworzącą pewną kulturę polityczną.

Jako że oddawanie się refleksji jest zawsze powodem do dumy, polityka wkroczyła na arenę dziejów Zachodu w atmosferze splendoru i samozadowolenia odzwierciedlającego mentalność klasy rządzącej. Nic dziwnego, że spotykający się w celu uprawiania polityki arystokraci i pretendenci do wyższej społecznej pozycji co zamożniejsi mieszczanie, widząc własną pychę, uznali właśnie pychę za największe zagrożenie dla dobrego rządu. Jednocześnie, zażywając przyjemności mniej czy bardziej wysublimowanej rozmowy o wspólnych sprawach na poziomie względnie abstrakcyjnym, gdzie konflikt i negocjowanie interesów nie muszą natychmiast dochodzić do głosu, greccy ludzie władzy poczuli się uczestnikami pewnej nowej wspólnoty, wspólnoty troski o to wszystko, co stanowi przedmiot dyskusji. Całość tych spraw można określić w uproszczeniu jako państwo, wobec czego da się ową wspólnotę zdefiniować jako „przyjaciół państwa”. Owi przyjaciele państwa to właśnie politycy, a reszta, jak wiadomo, to ignoranci, czyli słynni idiotes. Tak oto narodziło się aroganckie imaginarium republikańskie, z jego fetyszami do dziś służącymi za narzędzie szantażu moralnego: państwo jako dobro najwyższe, obywatelstwo jako wielki obowiązek, sprawowanie władzy jako zaszczyt i służba, śmierć za ojczyznę jako najwyższy honor w czas próby. Jeśli wyrażenie „kultura polityczna” potraktować jako wartościujące, a więc jako nazwę dla pewnego ideału czy wzorca ideowo-etycznego, do którego rzekomo wszystkie społeczeństwa i ich polityczne elity powinny dążyć, to owym wzorcem będzie bez wątpienia właśnie ten republikański konglomerat. Jego siła polega na niebywałej wprost elastyczności i przewrotności. Patriotyczny dyskurs podbudowujący chwałę państwa można z powodzeniem stosować zarówno w propagandzie autorytarnego reżimu, jak i w liberalnej demokracji, tak w ustroju monarchicznym, jak w republice. Zawsze i wszędzie można mówić mieszkańcom kraju, że są obywatelami i spoczywa na nich obowiązek obrony ojczyzny, posłuszeństwa prawu, lojalności wobec władzy oraz okazywania dumy z przynależności do danej wspólnoty państwowej czy też państwowo-narodowej. Doskonale komponują się z tym, jak wiemy, wątki nacjonalistyczne, ksenofobiczne, nie mówiąc już o religijnych.

Republikańska ideologia, przebrana w etyczne i świątobliwe szatki troski o wspólnotę i tradycję, całkowicie zdominowała wyobraźnię polityczną, wywierając przemożny wpływ na umysły i język nawet tych, którzy starają się trzymać z dala od nacjonalizmu i konserwatyzmu. Platon z Arystotelesem rzucają cień tak długi, że jeden tylko uniwersalistyczny kosmopolityzm, głoszący braterstwo wszystkich ludzi na ziemi (a więc nie tylko w „ojczyznach”, którym trzeba być „wiernym”), zachowuje względną autonomię. Jeśli jednak nie wierzysz w ludzkość, a jednocześnie nie chcesz chodzić w podkutych butach patrioty, pozostaje ci jedynie anarchistyczny bunt, czyli samowykluczenie ze sfery politycznej.

Wynalazek polityki (polityczności) jest niemalże jednoznaczny i równoważny z wynalazkiem republikańskiej chwały. Kultura polityczna, czyli życie państwowe i społeczne skoncentrowane na „polityce”, miałaby polegać na zagospodarowywaniu przestrzeni pomiędzy ideałami republikańskimi a realiami życia pełnego konfliktów, egoizmów i niekompetencji. Mityczna „polityka” jako działalność państwowa i publiczna miałaby polegać na uprawianiu szorstkiej prozy życia pod słońcem wielkich i niekwestionowanych ideałów.

System wyobrażeń oparty na silnym kontraście nieziszczalnych ideałów (braterskiej wspólnoty obywatelskiej i etycznej rządzących z rządzonymi) oraz żałosnych realiów utrzymuje żelazny kapitał frustracji społecznej, którą w każdej chwili można wykorzystać do obalenia rządu. Przynosi on korzyści wszystkim stronom, gdyż każda może podawać się za tą sprawiedliwą, która przynosi odnowę moralną. Odwoływanie się do ideałów nic nie kosztuje, a mierniki szczerości i wierności wobec nich są na tyle zawodne, że masy i tak w swoich decyzjach politycznych kierują się raczej interesami ekonomicznymi niż oceną szlachectwa rządzących. To bardzo wygodny układ. W najlepszej pozycji są jednak ci, którzy sprawując władzę religijną, nie muszą wywiązywać się z żadnych obietnic, gdyż mają się tym zajmować inne instancje gdzieś w zaświatach. Władza kościelna może więc bez żadnych ograniczeń i obaw przed ludowymi rozliczeniami posługiwać się dyskursem republikańskim, i to w dodatku w szczególnie wzmocnionej wersji, bo sugerującej osadzenie wspólnoty politycznej w nadprzyrodzonej wspólnocie kościelnej. Gwarantem tej ostatniej jest sam Bóg, którego ziemską reprezentacją są biskupi. Wszelka władza ziemska, oparta na woli wspólnoty obywatelskiej czy narodowej, zakorzeniona jest we wspólnocie kościelnej i autoryzowana przez bożych ambasadorów, czyli papieży i biskupów. Cała polityczność jako taka jest tylko ramieniem władzy świętej, realizującej wolę opatrzności. W taki oto sposób republikańska „kultura polityczna” staje się zwykłą reakcją. Mając do czynienia z jakąś jej mniej klerykalną wersją, pozostawiającą nieco przestrzeni dla prywatności i świeckości, gotowi jesteśmy entuzjastycznie się ku niej zwracać – jak ku jakiejś zbawczej idei. Tymczasem to wciąż i zawsze jest ta sama republikańska śpiewka.

Przemożna siła propagandy, w którą wmontowane są od początku, z natury rzeczy przynależne do niej pojęcia polityki i polityczności, niemalże uniemożliwia zachowanie godności i powagi tym, którzy chcieliby uniknąć podporządkowania się jej wartościom. Przemoc moralna wpisana jest w ideały republikańskie z taką siłą, że trudno nam wprost wyobrazić sobie najmniejsze obiekcje pod adresem takich instancji jak ojczyzna, naród, tradycja, suwerenność, interes narodowy czy patriotyzm. Wolno nam jedynie poruszać się w spektrum „stanowisk politycznych” wyznaczonym przez ową jedyną i totalną „kulturę polityczną”. Zależnie od przewagi w danym społeczeństwie jednego z nich można mówić o pewnych odmianach tejże kultury politycznej bądź o politycznych subkulturach. Otóż więc wolno nam łączyć ideę republiki i jej prosperity z tradycją i religią – wtedy będziemy konserwatystami. Wolno nam łączyć dobro ojczyzny ze świeckim obywatelstwem – wtedy będziemy republikanami lub liberałami. Wolno nam wreszcie szczęścia ojczyzny upatrywać w sprawiedliwości społecznej i usuwaniu wielkich nierówności ekonomicznych – wtedy będziemy socjalistami. Wszyscy jednakże musimy być „politykami”, gorliwymi w służbie społeczeństwu i państwu. Żadna postać „postpolityczności” nie jest jak dotąd w stanie uzyskać poziomu wiarygodności, który nadałby jej nośność i atrakcyjność porównywalną z oficjalnym patriotyzmem, i to bez względu na skalę jego zakłamania. Ba, wbudowany w republikanizm mechanizm krytyczny pozwala wręcz utrwalać ideały republikańskie, pokazując ich niedosiężność z pozycji realiów życia. Im gorzej, tym lepiej. Im bardziej zwyczajni są politycy, im bardziej zepsuci, tym wspanialej jaśnieje firmament ideałów republikańskich. Obudzony resentyment – zawiść w stosunku do ludzi władzy – za każdym razem otwiera nam oczy na szczytne idee, z których to wyniosłych pozycji mamy prawo do naszej rozkosznej pogardy dla obmierzłych „polityków”. A tymczasem owa rozkosz pogardzania jest jedną z walut, którymi ludzie władzy płacą ludowi za to, że pozwala nimi rządzić.

Wielki system hipokryzji i pogardy, utrzymywany przez republikański mit zwany polityką, istnieje realnie jako państwo, prawo, klasa urzędnicza i biurokracja partyjna. Trzeba tę instytucjonalną rzeczywistość odczarować, zdjąć z niej odium niemalże mistycznej „polityczności”. Nie ma żadnego powodu, aby panujące w danym kraju tradycje prawne i biurokratyczne, sposoby sprawowania władzy, zarządzania instytucjami i pragmatykę instytucjonalną w ogólności traktować inaczej niż jakąkolwiek inną przestrzeń ludzkich relacji. Socjologia i psychologia organizacji, ekonomia, teoria prawa i teoria zarządzania zapewniają wystarczające środki dla pojęciowego opanowania tego wszystkiego, co składa się na tę „kulturę polityczną”, rzekomo wymagającą jakiegoś odrębnego rodzaju refleksji – czy to „politologii”, czy „filozofii polityki”. Lecz dopóki istnieją wszystkie te nauki z brzydkim słowem na „p”, dopóty wciąż jesteśmy zakładnikami arystokratów i kapłanów.

 

Tekst pochodzi z XVIII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
JanHartman
Profesor filozofii, wydawca i publicysta, profesor UJ i kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki w Collegium Medicum na Uniwersytecie Jagiellońskim.
@ JanHartman1