Make EU great again

Drukuj

Zwycięstwo Trumpa to zmiana w stosunkach międzynarodowych większa niż Brexit. Dla Polski ta zmiana to początek wielkiej niepewności.

Polityczny troglodyta dostał do ręki guzik atomowy i placówki dyplomatyczne we wszystkich stolicach. Po raz pierwszy na czele USA staje człowiek, który nigdy nie sprawował żadnego urzędu w życiu politycznym, ani w wojsku. Tymczasem jego pewność siebie, łatwość wygłaszania nawet najbardziej bzdurnych poglądów i nieprzeparta chęć działania dają pewność, że Trump będzie chciał pozostawić po sobie ślad w historii, chociażby po to by zbudować sobie w ten sposób pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Nie ma co brać na serio jego konkretnych zapowiedzi, bo przecież nie da się np. wybudować muru na granicy z Meksykiem i to w dodatku za pieniądze Meksyku. Jednak w ciągu półtorarocznej kampanii Trump zdołał wypowiedzieć się tak wiele razy na tematy zagraniczne, że można ustalić ich wspólny mianownik. Wydaje się, że stosunki międzynarodowe to wg Trumpa bardzo prosta gra rynkowa, składająca się z serii transakcji, których jedynym warunkiem powodzenia jest – tak jak w biznesie – obopólna korzyść. W tej bardzo uproszczonej, infantylnie pragmatycznej wizji nie ma miejsca na niemierzalne wartości takie jak demokracja lub wolność, ani na dalekosiężne wizje. Tradycja i sojusze też nie są aktywami, bo nie da się ich sprzedać, ani wymienić na nic namacalnego. Dobija się po prostu interesu w konkretnej sprawie i jeżeli jest konkretny zysk, to jest ok.

To pewnie dlatego Trump wychwalał Putina i powtarzał, że jest w stanie się z nim dogadać. Zapowiadał też, że może uznać aneksję Krymu, zapewne jeśli dostanie coś w zamian. Bronić w ramach NATO krajów bałtyckich Trump nie ma zamiaru, jeśli mu za to nie zapłacą.

Można się tylko domyślać, że to właśnie te obszary pójdą na pierwszy ogień trumpowej idei „biznesowego” podejścia do świata.

Trump a sprawa polska

Z punktu widzenia Polski ziścił się zatem najczarniejszy scenariusz. W obliczu potencjalnej, ale jednak dość wyraźnie zapowiedzianej zdrady stanął nasz kraj, który od dekad obawia się kolejnej Jałty, albo kolejnego Monachium, a mimo to właśnie sam wepchnął się w objęcia Ameryki i odwracając się od UE całą politykę zagraniczną zawiesił na jednym włosku: ewentualnej pomocy ze strony Ameryki. Tej – jak się dotąd wydawało – najstabilniejszej ze stabilnych i najdemokratyczniejszej z demokratycznych, która sama o sobie mówiła, że jest dla świata jak biblijne „shining city on a hill”.

Wraz ze zwycięstwem Trumpa ze stabilności zostały nici, demokrację Trump ma w nosie, a wielkość Ameryki sprowadza po prostu do pieniędzy, ew. innych konkretnych korzyści. Co teraz Polska może zaoferować Stanom w zamian za, obiecane przez Obamę, bazy wojskowe broniące nas przed Putinem? Nie mamy waluty, którą Trump by znał i cenił. Jeśli Putin obieca Trumpowi pokój w Syrii np. w zamian za uznanie aneksji Krymu i niewprowadzanie wojska do Polski, to z pewnością będzie to dla Trumpa fair deal.

A jeśli Putin rozgorączkowany okazją, jaką jest dla niego urzędowanie w Białym Domu speca od barterów, zacznie celowo stwarzać kolejne problemy tylko po to, żeby mieć się z czego wycofywać? Żeby mieć co dać w zamian Trumpowi za kolejne ustępstwa ze strony USA? Putina nie przebijemy.

Jedyną odpowiedzią na zmianę polityki USA jest przeproszenie się z Unią Europejską. Nawet jeśli rząd PiS miał do tej pory na pieńku z Unią, albo grzązł w niechęci do prawdziwych i wyimaginowanych wad „Starej Europy,” to przecież teraz nie ma innego wyjścia. Do niedawna pisowcy „stratedzy” powtarzali, że trzeba się przytulać do Ameryki, bo istnieje ryzyko, że Niemcy dogadają się ponad naszymi głowami z Rosją. Teraz widać jak na dłoni, że Niemcy są głównym hamulcowym dogadywania się z Rosją, a w Ameryce doszedł do władzy człowiek, który dogadanie się z Putinem uczynił w kampanii sztandarowym tematem swojej polityki zagranicznej. Sam głośno twierdził, że fascynuje się Putinem, a po cichu, za pośrednictwem syna, jest z nim w kontakcie od kilku lat.

Najpierw był Brexit i rozleciał się pomysł na budowanie wraz z Wielką Brytanią wewnątrzunijnego sojuszu obrażonych na Unię.

8 listopada poległa resztka pisowskiej koncepcji polityki zagranicznej, a raczej nie koncepcji, tylko zlepka obaw, kompleksów i naiwnych wyobrażeń, który PiS nazywał „polityką wstawania z kolan.” Trzeba teraz szybko zacząć odbudowywać nasze relację z Europą, czyli drugą nogę na której do niedawna stała nasza polityka zagraniczna. I w dodatku starać się, aby Unia nie była – jak to określił w Parlamencie Europejskim papież Franciszek – starą babcią, lecz prężną, decyzyjną i silną organizacją. Nie oznacza to zrywania kontaktów z Ameryką, bo nie ma po co tego robić. Chodzi po prostu o to, że nigdy nie powinno się inwestować całych pieniędzy w akcje jednej firmy.

Jeśli pośród tego festiwalu niepowodzeń i rozwianych złudzeń, jakim okazała się polityka zagraniczna PiS, ktoś szukał pretekstu do wycofania się z niej rakiem, to zwycięstwo Trumpa taki pretekst dało.

Zapewne wielu uważa, że nie ma po co się spieszyć, bo nie wiemy jak się zachowa Trump, bo może nie okaże się szaleńcem, ani dyletantem. A jeśli jednak?

Tu nie ma na co czekać. Trzeba działać już.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinWojciechowski