Za mało i za późno. Co powoduje, że Zachód pod przewodnictwem Niemiec cofa się przed rosyjskim naporem?

Drukuj

W listopadzie 2011 roku minister Radosław Sikorski wypowiedział na forum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej w Berlinie słynne słowa, „Nie boję się silnych Niemiec, lecz ich bezczynności”, a pół roku później w wywiadzie dla „Spiegla” potwierdził: Bardziej niż niemieckiej potęgi obawiam się braku aktywności ze strony Niemiec”. Do tego dodał peany na cześć Angeli Merkel, zachęcał Niemcy do bardziej aktywnej roli w UE i zapewniał, że widzi przyszłość Niemiec w roli przywódcy Europy. Wykrakał.

W obliczu amerykańskiego désintéressement Europą i osłabienia Francji, Niemcy ochoczo podjęły wyzwanie Sikorskiego i zabrały się do roboty. Kryzys ukraiński stał się pierwszą płaszczyzną realizacji niemieckiego przywództwa na arenie pozaunijnej. Niemcy i osobiście Angela Merkel wzięły na siebie ciężar doprowadzenia do rozwiązania kryzysu i zaangażowały się w negocjacje z Putinem. Powściągliwość niemieckich reakcji, dobre stosunki Berlina z Moskwą i nastawienie na negocjacje miały zapewnić „deeskalację konfliktu”, a taktyką stosowane od ponad 40 lat nieustanne oplątywanie Moskwy nićmi współpracy.

Pierwszą ofiarą niemieckiej aktywności stał się sam Sikorski, który został wykluczony z rozmów. Dotychczas brał udział w negocjacjach w Kijowie jako jeden z ministrów Trójkąta Weimarskiego, lecz – podobno na wniosek Rosji – Niemcy wykreśliły go z udziału w berlińskim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych, które miało znaleźć drogę wyjścia z kryzysu.

Szybko okazało się jednak, że nie tylko nie ma deeskalacji, ale konflikt nabiera energii. Pokazuje to krótka kronika wydarzeń z przełomu sierpnia i września 2014, a więc z okresu już po włączeniu Krymu do Federacji Rosyjskiej.

16 sierpnia kanclerz Merkel zadzwoniła do Putina i „dała wyraz zaniepokojeniu” oraz wezwała do „powstrzymania strumienia sprzętu wojskowego, doradców wojskowych i uzbrojonego personelu płynącego przez granicę rosyjsko-ukraińską”. Była to pierwsza od dłuższego czasu rozmowa tych przywódców. Przez kilka poprzedzających tygodni pani kanclerz dzwoniła, ale Putin nie odbierał.

Nazajutrz w Berlinie odbyły się zainicjowane przez Franka Waltera Steinmeiera rozmowy ministrów spraw zagranicznych, które miały przynieść rozejm i zapobieżenie transportu broni i ludzi na Ukrainę. Na koniec pięciogodzinnych negocjacji niemiecki minister powiedział dziennikarzom: „rozmowy były trudne, ale uważam, i mam nadzieję, że w niektórych punktach osiągnęliśmy postęp.” Według danych NATO w następnym tygodniu Rosja przerzuciła na Ukrainę ok. 400 czołgów i dwa tysiące żołnierzy, po czym rozpoczęła ofensywę w kierunku zachodnim.

Co jeszcze ciekawsze, przed rozpoczęciem spotkania Steinmeier sam przypomniał, że dotychczasowe ustalenia nie zostały dotrzymane, ale mimo to namówił swoich kolegów z Francji, Rosji i Ukrainy do spotkania w Berlinie, a po nim nakłaniał do rozmów na temat „w jakiej formie będziemy kontynuować dzisiejsze rozmowy.”

W odpowiedzi na agresywne poczynania Rosji, kanclerz Niemiec  znowu zadzwoniła do Putina. 22 sierpnia „poinformowała go o krokach, jakie należy podjąć, by doprowadzić do zawieszenia broni na wschodzie Ukrainy”. Następnego dnia, Rosjanie wzmogli ofensywę w rejonie Ługańska.

Wówczas, 26 sierpnia Angela Merkel… ponownie zadzwoniła do prezydenta Putina i wezwała go „do wyjaśnienia najnowszych doniesień o wtargnięciu rosyjskich żołnierzy na terytorium Ukrainy” oraz stwierdziła, że na Rosji spoczywa „poważna odpowiedzialność za deeskalację (konfliktu na Ukrainie) i kontrolę własnych granic”. Rozmówcy zgodzili się co do potrzeby „pilnego zakończenia rozlewu krwi, poprawienia sytuacji humanitarnej na południowym wschodzie Ukrainy i konieczności wejścia na drogę politycznego rozwiązania”. W kolejnych dniach Rosjanie kontynuowali ofensywę, zajęli Słowiańsk i posuwali się w kierunku Mariupola.

Tymczasem 4 września minister Siergiej Ławrow oskarżył Zachód o „jawną próbę podważenia wszelkich wysiłków, których celem jest zainicjowanie dialogu i zapewnienie bezpieczeństwa narodowego” oraz zadeklarował, że „Rosja jest gotowa podjąć praktyczne kroki w kierunku deeskalacji.”

Następnego dnia w Newport odbył się szczyt NATO, na którym Polska postulowała rozmieszczenie na swoim terytorium dwóch ciężkich dywizji, a prezydent Ukrainy prosił o udzielenie pomocy. Nie doszło do tego na wniosek Niemiec, popartych przez kilka innych krajów, które obawiały się, że Rosja może to odebrać jako złamanie porozumienia z 1997 roku. Porozumienie to przewidywało, że NATO nie rozmieści swoich sił na terytorium nowych członków, jeżeli nie nastąpi „zmiana sytuacji w zakresie bezpieczeństwa w regionie”. Sukcesem szczytu okazał się sam fakt, że po raz pierwszy Rosja została werbalnie zdefiniowana jako potencjalny rywal, a nie sojusznik.

W ten sposób na naszych oczach zmienia się architektura bezpieczeństwa w Europie. Rosja metodą faktów dokonanych wyznacza nowe reguły gry, zawłaszcza swoją strefę wpływów, na nowo rysuje granice państwowe i osiąga dominację nad państwami UE i NATO. A Zachód przygląda się temu bezradnie, podejmując jedynie spóźnione decyzje o charakterze bardziej symbolicznym niż realnym.

Niemcy okazały się nieskuteczne, a może nawet przeciwskuteczne, gdyż po rozmowach z Merkel prezydent Putin szedł dalej i śmielej w swoich imperialistycznych poczynaniach.

Trzy lata po wezwaniach Sikorskiego, aby Niemcy przyjęły rolę przywódcy patrzymy na Angelę Merkel nierozumiejącą co się wokół niej dzieje i bezradnie szukającą pomysłu na powstrzymanie wojny na Ukrainie. Słuchamy dobiegających z Niemiec komentarzy pełnych zaskoczenia rozwojem sytuacji, który w Warszawie były oczywisty i spodziewany od dawna, przeplatanych wezwaniami do „nieprowokowania Putina” i na usta ciśnie się nowa prośba do Niemiec: nie, nie, już dziękujemy za wasze przywództwo. Niemcy nie zdały egzaminu w roli przywódcy Europy.

Putin

Sam tego chciał

Słowa ministra Sikorskiego z 2011 roku, wypowiedziane w obecności dwóch byłych prezydentów RFN, ówczesnego ministra spraw zagranicznych, wielu polityków, ekspertów i dziennikarzy  zostały zauważone i dobrze przyjęte przede wszystkim w samych Niemczech. Pochwały płynęły z prestiżowych ośrodków, Sikorski doczekał się nawet miana „wizjonera znad Wisły”.

Niemcom spodobały się te wezwania szczególnie po dziesięcioleciach, w których RFN była określana mianem „gospodarczego giganta i dyplomatycznego karła,” gdyż świadomie odstąpiła od odgrywania ważnej roli w stosunkach międzynarodowych,  wymierzając w ten sposób sobie samej karę za zbrodnie II Wojny Światowej. Swoje zrobiło też ryzyko, że gdyby Niemcy włączyły się do przepychanek o znaczenie na arenie międzynarodowej, to odżyłyby zadawnione obawy zagranicy przed niemieckim dążeniem do panowania nad światem, a w efekcie doszłoby do obniżenia znaczenia Niemiec, a nie do wzrostu. Niemiecka dyplomacja wolała więc zająć się eksportem pociągów, maszyn budowlanych i samochodów.

Teraz, kiedy Sikorski z własnej inicjatywy wyznaczył Republice Federalnej ważną funkcję w świecie, Niemcy odebrali to jako sygnał, że okres kwarantanny już się skończył i dawne winy zostały zmyte. Prezydent USA w tym samym czasie apelował do Europy o wzięcie na siebie większej odpowiedzialności za region, a tak ważne oświadczenie Sikorskiego płynące z ust przedstawiciela kraju – dawnej ofiary Niemiec daje moralną przepustkę do wkroczenia na światowe salony.

W Polsce również wypowiedź ministra została przyjęta pozytywnie, może poza zwyczajowymi pohukiwaniami Jarosława Kaczyńskiego, który jednak przez lata wyrobił sobie opinię patologicznego nenawistnika i germanofoba, więc na jego zdanie słusznie nikt nie zwrócił uwagi. Dominowały komentarze akcentujące świeżość wizji Sikorskiego i oderwanie się od historycznych obaw, racjonalność i patrzenie ku przyszłości. Ostatnie ćwierćwiecze było czasem rzeczywistego niemiecko – polskiego pojednania, którego efektem była ugruntowana w mediach i w większej części społeczeństwa opinia o Niemczech jako o kraju prawdziwie demokratycznym, nowoczesnym, przyjaznym Polsce, odpowiedzialnym i trzeźwo patrzącym na rzeczywistość.

Pewnie nie bez znaczenia był fakt, że apel Sikorskiego miał miejsce w czasie europejskiego kryzysu ekonomicznego. Kraje południowej Europy zachowywały się wówczas jak rozkapryszone dzieci, którym zabrano lizaki, a Niemcy okazały się ostoją zdrowego rozsądku i jedynym poważnym graczem, który wiedział jak się w kryzysie zachować i jak z niego wychodzić.

Nie rozumieli, bo nie chcieli rozumieć

I pewnie stąd zaskoczenie oderwaną od rzeczywistości i antyskuteczną polityką Niemiec w sprawie Ukrainy. Poczynania niemieckiej dyplomacji w sprawie tej wojny okazały się prawdziwą komedią pomyłek. Jak można tak dać się wodzić za nos? Jak można naiwnie i uparcie wierzyć w rosyjską propagandę i nawet po jawnym użyciu wojska przez Rosjan przyjmować za dobrą monetę zapewnienia o „konieczności znalezienia pokojowego rozwiązania”?

Angela Merkel i jej zaplecze wykazały się naiwnością wierząc wbrew faktom, że polityka ciągłego oferowania współpracy z Putinem spowoduje, że da się on do tej współpracy wciągnąć. Przeciąganie w nieskończoność ustępstw i nadzieja na pozytywny odzew pomimo kolejnych kłamstw i łamania ustaleń świadczy o oderwaniu od rzeczywistości. Niemcy stały się zakładnikiem swoich wyobrażeń Rosji i zdawały się mylić projekcję marzeń z realiami. Na ironię zakrawa fakt, że tę marzycielską politykę sami Niemcy uznawali za Realpolitik i z dumą obwieszczali, że to dowód cierpliwości i racjonalności w przeciwieństwie do kierowania się emocjami i nierealnymi oczekiwaniami.

Niemieccy politycy i publicyści od dawna wmawiali w siebie wyobrażenie, że Rosja dąży do demokratyzacji tylko, że na tej drodze ma pewne niepowodzenia będące wynikiem braku doświadczenia demokratycznego, oraz że pragnie pokojowego i równorzędnego ułożenia stosunków z zagranicą,  tylko że ma w tej dziedzinie pewne obawy z przyczyn historycznych. Słynne stały się słowa kanclerza Gerharda Schroedera, że „Putin to kryształowy demokrata.” Od lat to wyobrażenie nie znajdowało potwierdzenia w faktach, a mimo to pozostawało fundamentem niemieckiej polityki wobec Moskwy. Tu już nie można mówić o niesprawnym wykonywaniu polityki – ta polityka była od początku oparta na fałszywych przesłankach.

Co gorsza ignorowała kolejne oczywiste sygnały, że Putin to dyktator i że brutalnie dąży do zwasalizowania bliskiej zagranicy, a dalszą darzy paranoiczną wrogością pomieszaną ze strachem i podejrzliwością. Nawet kiedy Putin sam wykrzyczał Niemcom prosto w twarz podczas 43. Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w lutym 2007 roku, że Zachód jest dla niego rywalem, obsypał go oskarżeniami o prowadzenie do wojny  i pozwolił sobie na użycie gróźb użycia arsenału jądrowego i surowcowego woleli stwierdzić, że to przemówienie było skierowane tak naprawdę na rosyjski rynek wewnętrzny. Ówczesny szef frakcji SPD w Bundestagu Peter Struck: „Myślę że to po prostu retoryka ze strony Wladimira Putina, nie sądzę, by za tym kryło się coś poważniejszego…” Andreas Schockenhoff, koordynator rządu Niemiec do spraw współpracy niemiecko-rosyjskiej, nazwał przemówienie „konstruktywnym” i stwierdził, że Putin zaprosił w wygłoszonym w Monachium przemówieniu do „otwartej i krytycznej dyskusji.” Minister obrony RFN  Franz Josef Jung „podkreślił znaczenie strategicznego partnerstwa z Rosją”, a szef koalicyjnej SPD Kurt Beck powiedział: „mamy takie same interesy bezpieczeństwa.” Przewodniczący komisji spraw zagranicznych Bundestagu Ruprecht Polenz (CDU) poszedł jeszcze dalej i przemówienie Putina skomentował twierdzeniem, że rozumie „rosyjskie obawy” i wezwaniem, aby Niemcy wyszły naprzeciw oczekiwaniom Rosji.

Niektórzy obserwatorzy przyznawali, że Rosja wchodzi na drogę zimnowojennej rywalizacji, ale z drugiej strony akcentowali też istnienie odwrotnych sygnałów i w sumie nawoływali do tym bardziej ostrożnej polityki wobec Moskwy. Nawiązując do wystąpienia Putina Karl Heinz Kamp, Dyrektor Działu Badań w NATO Defence Colledge stwierdził, że pomimo zaostrzenia retoryki i prężenia muskułów „Rosja jest zainteresowana opierającymi się na solidnej podstawie stosunkami z NATO i UE, podobnie jak Zachód nie może zrezygnować ze wsparcia Rosji w zwalczaniu wspólnych zagrożeń”. Dodał też, że Rosja po prostu nie ma wystarczająco dużo siły, aby przejść do realizacji swoich mocarstwowych dążeń i przestrzegał, aby „zadbać o to, by nie obciążać i tak delikatnych stosunków z Moskwą bezowocnymi, a przez Rosję uznawanymi za prowokacyjne debatami.” Chodziło mu przede wszystkim o to, by na bukareszteńskim szczycie NATO w kwietniu 2008 roku nie roztaczać przed Ukrainą i Gruzją euroatlantyckich perspektyw, o które dopraszali się prezydenci tych krajów Juszczenko i Saakaszwili.

Tak też się stało. NATO odepchnęło te dwa kraje nie dając im widoków na wstąpienie do NATO, a zamiast tego uchwalając mgliste i niekonkretne deklaracje. W ten sposób zamieniło je w strefę pozbawioną gwarancji bezpieczeństwa, leżąca pomiędzy Rosją a NATO, licząc na to, że w ten sposób uspokoi Rosję i zapewni pokój. Cztery miesiące później armia rosyjska przekroczyła granice Gruzji, a sześć lat później granice Ukrainy.

Kiedy oprócz Putina również Polska zwracała Niemcom uwagę na coraz bardziej agresywną postawę Rosji, Niemcy zbywali to protekcjonalnymi radami o potrzebie wyrwania się z historycznie uwarunkowanej rusofobii i wezwaniami, aby nie demonizować Putina i nie drażnić niepotrzebnie Rosji, bo to tylko wzmocni siły antyzachodnie w tym kraju.

Nie wiadomo skąd powzięte przeświadczenie, że Rosja dąży do kompromisu, próba zaczarowania rzeczywistości i nadzieja, że jeżeli będziemy werbalnie zaprzeczać faktom, to z biegiem czasu fakty dostosują się do tego co mówimy, uległość wobec tego kraju jako metoda uspokojenia go, przyjęcie za własny rosyjskiego punktu widzenia i podkreślanie go w sytuacji kiedy Rosja coraz bardziej otwarcie dążyła do konfrontacji i dominacji oraz oficjalnie definiowała Zachód jako przeciwnika od lat składały się na obraz braku zdroworozsądkowej analizy sytuacji.

Państwo to nie firma

Niedawny występ w Wiadomościach TVP niemieckiego dziennikarza z ZDF( z okazji – nota bene – rocznicy wybuchu II Wojny Światowej), który tłumaczył Polakom przesłanki niemieckiego postrzegania wojny na Ukrainie rzeczywiście dał sporo do myślenia, chociaż chyba wbrew  intencjom dziennikarza. Połączenie w jednej wypowiedzi stwierdzeń „tysiące ofiar” i „interesy ekonomiczne” w Polsce razi.

Egzotyczną dla nas, Polaków cechą berlińskiej polityki było podporządkowanie strategii osiągnięciu krótkotrwałych, a czasem nawet jednostkowych, konkretnych korzyści handlowych prywatnych firm. Na przełomie 2013 i 2014 roku Niemcy sprzeciwiały się przyjmowaniu sankcji gospodarczych wobec Rosji, bo veto zgłaszało niemieckie ministerstwo gospodarki. Pojawiała się w tym kontekście nazwa koncernu Siemens. Niemieckie władze potrafiły oficjalnie przyznawać, że przed podjęciem decyzji w ważnych sprawach polityki zagranicznej konsultują się z przedstawicielami kilku wielkich koncernów. Zapewnienia takie są w Niemczech pozytywnie przyjmowane jako dowód dbałości o miejsca pracy i twardego stąpania po ziemi, zamiast bujania w obłokach dalekosiężnych wizji.

f617bdcdfa67a8e8dd9949b60eb86aa6

W ten sposób niemiecką polityką zagraniczną zamiast strategicznej wizji owładnął merkantylizm.

Niemieccy eksperci od początku lat dziewięćdziesiątych tłumaczyli, że za promocją gospodarki niemieckiej stała nie tylko chęć zarobku, ale że jest w tym głębsza myśl. Plan rzekomo miał polegać na tym, że liczne nici powiązań gospodarczych z Rosją ucywilizują ten kraj i w efekcie, polityką faktów dokonanych, przeciągną go na stronę Zachodu, niejako niepostrzeżenie i krok po kroku uczynią Rosję krajem zachodnim. Efekt okazał się odwrotny niż zamierzony. W roku 2014 Rosjanie są nadal dalecy od demokracji i chyba jeszcze bardziej wrogo nastawieni do Zachodu. Różnica jest tylko taka, że jeżdżą lepszymi samochodami.

Tymczasem Niemcy nawet nie zauważyli, że de facto sami się oplątali tymi powiązaniami i w momencie kryzysowym bali się podejmować decyzje polityczne w obawie przed gniewem Kremla i w konsekwencji stratami gospodarczymi. Jeżeli zatem nie był to wyłącznie PR i Niemcy brali na poważnie swoje własne zapewnienia o nieomal misyjnym znaczeniu ich eksportu do Rosji, to kryzys ukraiński w gorzki sposób obnażył prawdę: kiedy przyszło co do czego, to okazało się, że te powiązania bardziej uzależniły Niemcy od Rosji niż Rosję od Niemiec.

Kreml był przy tym świadomy swej przewagi nad Berlinem i nie wahał się szantażować Niemców wypowiedziami Ławrowa, który wspominał, że zaostrzenie stanowiska Berlina może mieć negatywne konsekwencje dla wzajemnych stosunków gospodarczych.

Okazało się też, że w drugą stronę ten strach nie działa. Kreml uniezależnił się od negatywnych konsekwencji ewentualnego zerwania więzów dzięki otumanieniu własnego społeczeństwa paranoiczną propagandą. Kłopoty będące wynikiem pozrywanych więzów gospodarczych Putin pokazuje społeczeństwu jako koronny dowód antyrosyjskiej polityki Zachodu, a telewizyjni eksperci spieszą tłumaczyć, że naród musi się konsolidować wokół władzy w obliczu tego zagrożenia płynącego z agresywnego Zachodu.

Przejściu Niemiec z drugiej do pierwszej ligi światowej dyplomacji nie towarzyszyła gruntowna i przemyślana zmiana założeń i środków polityki zagranicznej. Niemcy przyjęli ofertę Sikorskiego chętnie, ale nie zorientowali się, że wymaga to od nich istotnego przewartościowania własnego myślenia. I to się zemściło.

Rola przywódcy Zachodu jest dla Niemiec nowa. Wobec imperialnej i agresywnej Rosji stanęła niemiecka dyplomacja, która od II wojny światowej nie miała doświadczenia w pracy analitycznej o strategicznym zakresie i nie rozpoznała w nabrzmiewającym od jesieni 2013 roku konflikcie ukraińskim próby zasadniczego przewartościowania sytuacji międzynarodowej. Początkowo reagowała w standardowy sposób, mrucząc o zagrożonym jednym czy drugim kontrakcie handlowym.

Dały o sobie znać wyuczone przez lata metody postępowania i przyzwyczajenie do liczenia pozycji międzynarodowej kraju tysiącami sztuk sprzedanego towaru. Z największą od lat strategiczną zmianą w stosunkach międzynarodowych stanęli twarzą w twarz ludzie o mentalności księgowego. I nie poradzili sobie. Sytuacja pokazała, że handlować umieją, ale wobec złożonych zagadnień geopolityki są bezradni.

Dopiero jesienią 2014, w biegu, zdają się z zaskoczeniem orientować, że Putin od początku grał o wielką stawkę, ale kto wie czy nie jest już za późno. Niemcy zaczęły w końcu reagować, w końcu pozwoliły na uchwalenie przez UE realnych sankcji wobec Rosji, ale z perspektywy czasu widać, że były w stanie co najwyżej reagować na bieżąco na impulsy płynące z Moskwy, a nie tworzyć własną narrację. W dodatku reakcje te były spóźnione, zbyt ograniczone i naznaczone piętnem wahań, co zdradzało brak zdecydowania i brak koncepcji. I przede wszystkim oparte na błędnym założeniu, że da się cokolwiek osiągnąć metodą negocjacji i przekonywaniem Rosji, a nie czynami. Putin tylko na to czekał.

Ubocznym skutkiem  tej nieprzemyślanej polityki stał się uszczerbek autorytetu Niemiec w oczach Europy Środkowej, przede wszystkim Polski. Zaczął być on widoczny już w przypadku budowy gazociągu NordStream. Na polskie obawy, że ten niemiecko – rosyjski gazociąg ułatwi Putinowi zdobycie hegemonii w Europie Środkowej Niemcy odpowiadali, żebyśmy zrozumieli, że mają swoje interesy gospodarcze. Kiedy w 2013 Polska promowała Partnerstwo Wschodnie Niemcy zwracali uwagę na rurociągi i niemieckie firmy, które zainwestowały w rosyjską gospodarkę.

Jest zupełnym kuriozum oczekiwanie, że Polska zrozumie i spokojnie zaakceptuje niemieckie obawy przed utratą paru groszy i to ze stratą dla własnego bezpieczeństwa narodowego. Niby dlaczego mielibyśmy to robić? Nie będziemy umierać za niemieckiego Siemensa. Jeżeli ktoś nie jest w stanie zgodzić się na poniesienie ekonomicznych kosztów budowania swojej potęgi politycznej  to niech się nie bierze do liderowania regionowi.

Nieadekwatność reakcji i wiara w rosyjskie zapewnienia stały się w Polsce w roku 2014 wizytówką Angeli Merkel. Internet zapełnił się memami wyśmiewającymi niemiecką naiwność, brak doświadczenia i asertywności. Jeszcze rok temu tego nie było, przecież Niemcy i osobiście pani Merkel miały w Polsce autorytet, a ktoś kto by go kwestionował naraziłby się na obciach zawstydzające porównania do Jarosława Kaczyńskiego z jego antyniemieckimi fobiami. Wystarczył niecały rok ukraińskiego kryzysu, aby roztrwonić autorytet.

Rok temu na pytanie o gwarancję bezpieczeństwa Polski wszyscy odpowiadaliśmy pewnie i zgodnym chórem: „jesteśmy w NATO!” Teraz na tak samo zadane pytanie zastanawiamy się, czy w przypadku rosyjskiego zagrożenia ktokolwiek kiwnie palcem w naszej obronie i czy nie skończy się na telefonie niemieckiej kanclerz do Putina z prośbą o wyjaśnienia.

Widmo krąży nad Europą

Istotną przesłanką wyznaczającą kierunki polityki zagranicznej wielu państw jest stosunek do USA. Wydaje się, że spora część niemieckich polityków i komentatorów traktuje Amerykanów jak jaskiniowców, którzy bezrefleksyjnie uganiają się po świecie w poszukiwaniu kolejnych strzelanek. A ich dyplomacja zna tylko jeden rodzaj argumentu: siłę.

Stąd przeświadczenie o potrzebie zwiększenia roli zjednoczonej Europy jako oazy zdrowego rozsądku i kulturalnej, wyrafinowanej dyplomacji opartej na wiedzy i analizie, a nie na instynkcie. W tej koncepcji Europa to przeciwwaga dla amerykańskiego awanturnictwa, a jej zwiększona rola powinna stanowić dla Europejczyków powinność wobec świata dla zwiększenia współpracy i zagwarantowania pokoju.

Rosja jest tu sojusznikiem, a nie wrogiem i jest postrzegana jako kraj od dawna podzielający tę wizję i ten sposób reagowania na kryzysy, w przeciwieństwie do porywczych Amerykanów. Peter Struck z SPD wspominał w 2007 roku: „Myślę o czasach, kiedy byłem ministrem obrony: miałem lepsze stosunki z rosyjskim kolegą Sergiejem Iwanowem, niż z amerykańskim, ze zrozumiałych powodów, poza tym mamy partnerstwo NATO-Rosja, regularnie spotykamy się.” Siedem lat później, już po aneksji Krymu i po zajęciu części obwodów ługańskiego i donieckiego, a w trakcie walk o lotnisko w Doniecku, inny przedstawiciel SPD, wicekanclerz Sigmar Gabriel przedstawia nadal to samo zaufanie do Rosji, mówi że „ma nadzieję iż Putinowi można ufać” i dodaje: „Europa potrzebuje Rosji. Jesteśmy sąsiadami i dobre sąsiedztwo jest szczególnie ważne.”  Wyraził tez nadzieję, na współpracę z Rosją przy rozwiązywaniu konfliktów międzynarodowych i chwalił kanclerz Merkel i ministra Steimeiera, za to że próbują nakłaniać do negocjacji.

Pacyfizm i wiara w moc negocjacji to aksjomaty tej koncepcji, których nie da się naruszyć argumentami pochodzącymi z realnych doświadczeń, choćby nawet były wymowne.

Nie bez znaczenia jest też postrzeganie Ameryki jako głównego eksponenta rozszalałego neoliberalizmu. Koncepcja ta jest rozpowszechniona głównie wśród europejskiej lewicy, ale niemiecka prawica jest bardziej lewicowa niż polska lewica, więc nietrudno znaleźć takie akcenty nawet w CDU. To typ postrzegania stosunków międzynarodowych poprzez pryzmat spraw społeczno – ekonomicznych, a nie przez pryzmat geopolityki. Głównym zadaniem zjednoczonej Europy jest w tej koncepcji zapewnienie społeczeństwom rozwoju socjalnego, zapewnienie miejsc pracy, osłon socjalnych, a w szerszym kontekście zapewnienia podstawowego bezpieczeństwa socjalnego milionom ludzi w Czarnej Afryce i Azji, aby nie musieli emigrować. Unia Europejska jest tu rozumiana  jako szansa na realizację tego wielkiego dzieła, a szansa ta się zwiększa kiedy wielka Rosja jest widziana jako sojusznik i uczestnik tego procesu, a zmniejsza się kiedy postrzega się Rosję jako potencjalnego przeciwnika. Sprawy geopolityki, narodowych ambicji i rywalizacji państw o zapanowanie nad terytorium umykają z pola widzenia, a jeśli są widoczne to raczej jako tło. Podobnie chodzą na dalszy plan takie wartości jak wolność i suwerenność narodów, ich prawo do decydowania o własnym losie, nienaruszalność granic państw narodowych. Politycy postrzegający rzeczywistość w ten sposób nie widzą problemu kiedy przychodzi zapłacić za realizację ważnego dla nich dzieła fragmentem terytorium obcego państwa i okazali się skłonni raczej do znajdowania „zrozumienia” dla agresji.

Antyamerykańskie sentymenty są głęboko zakorzenione w niemieckim społeczeństwie, szczególnie po ostatnich aferach podsłuchowych. W demokracji parlamentarnej ma to oczywiste znaczenie. Nawet politycy zdający sobie sprawę ze stanu spraw nie mogą lekceważyć faktu, że wg ogłoszonych we wrześniu 2014 wyników dorocznego badania opinii społecznej Transatlantic Trends 2014 aż prawie 60% Niemców chciałoby w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa bardziej uniezależnić się od USA, co stanowi najwyższy taki odsetek wśród badanych Europejczyków (poza Niemcami 56% Europejczyków chce ścisłego sojuszu z USA).

Niezależnie czy w wyniku pragmatycznej motywacji czy też na podstawie od dawna powziętego założenia, że po prostu Ameryka jest zła, a Rosja dobra efekt jest ten sam: skłonność do przyjmowania rosyjskiej propagandy i uwypuklania wątpliwości kiedy trzeba podjąć jej wyzwanie. Tylko że taka nieumiejętność trzeźwego rozróżnienia kto jest przeciwnikiem, a kto sojusznikiem jest bezwzględnie wykorzystywana przez rosyjskiego przywódcę, który prostą drogą dąży do dominacji, a bezproblemowe posuwanie się na tej drodze odbiera jako zachętę do zwiększenia oczekiwań.

Znikąd pomocy

Bilans poczynań jednoznacznie zweryfikował skuteczność niemieckiego zaangażowania w rozwiązanie konfliktu: zanim Niemcy zaczęły się zajmować tą sprawą Ukraina była integralna terytorialnie i panowała nad całym swoim terytorium. Po kilku miesiącach niemieckiego przywództwa Krym jest już częścią państwa rosyjskiego, pas ziemi od granicy z Rosją wzdłuż Morza Azowskiego jest poza kontrolą rządu w Kijowie, a kilka tysięcy osób zginęło.

Na początku września w Niemczech panuje konsternacja. Media zaczynają sobie zdawać sprawę z porażki, chociaż jeszcze nie bardzo wiedzą skąd się wzięła, ani nie są przyzwyczajone do łączenia w parę słów „Niemcy” i „porażka”. A czas płynie i trzeba jakoś się odnieść do faktów.

Najłatwiejszą psychologicznie reakcją wydaje się mechanizm wyparcia. Chyba właśnie w tym kierunku idzie pani kanclerz. Na pytanie gazety „Hannoversche Allgemeine Zeitung”, czy nie odnosi ona czasami wrażenia, że rozmowy telefoniczne z Putinem są bezsensowne, jeśli kryzys coraz bardziej się zaostrza, Angela Merkel odpowiedziała: „Mimo różnic stanowisk, z rozmów tych wynikły też rzeczy pozytywne.”

Ale problem polega nie tylko na trudności w przyznaniu się do własnych błędów. Gorzej, że nie widać alternatywy. Niemcy przystępując do rozwiązywania konfliktu na Ukrainie za pomocą negocjacji nie przygotowały sobie planu B. Dlatego w momencie fiaska swojej polityki zostały z niczym. Skoro więc nieudanej, nieskutecznej polityki nie ma czym zastąpić, zostaje chyba tylko pójść w zaparte i dalej dzwonić do Putina po prośbie, a mediom opowiadać, że nie jest źle.

Niemiecka porażka powinna innym krajom otworzyć furtkę do aktywności, ale chętnych nie widać. Polska jest zbyt słaba, nie ma realnych środków do poparcia swoich racji i dość pospiesznie zaczęła się zajmować chronieniem własnego terytorium. Awans Tuska na „prezydenta Europy” niewiele tu zmieni, bo ani nie przysporzy Polsce realnych narzędzi przydatnych w geopolityce, ani nie sprawi, że ta głównie honorowa funkcja zacznie mieć realne znaczenie. A przynajmniej nie od razu. W dodatku Tusk jest w UE podejrzewany o rusofobię (premier Włoch Matteo Renzi w programie telewizyjnym w maju 2014 powiedział o Tusku, że jest on uprzedzony do Rosji) i z tego powodu przywódcy Unii przydzielili mu przyzwoitkę w postaci Federiki Mogherini, byłej działaczki komunistycznej, która w lipcu błysnęła stwierdzeniem, że „Rosję i Putina trzeba zrozumieć”.

Rosję i Putina rozumieją chyba dobrze Francja i prezydent Hollande. Co prawda po wielu miesiącach nalegań Hollande 2 września zgodził się wreszcie wstrzymać dostawę dwóch okrętów desantowych typu Mistral do Rosji – kraju, który w oficjalnej doktrynie obronnej państwa zdefiniował NATO jako swego wroga. Ale po pierwszym pomruku niezadowolenia ze strony związków zawodowych pospieszył z wyjaśnieniem, że nie chodzi tu o zerwanie, ani nawet o zawieszenie kontraktu, lecz o jego opóźnienie o dwa miesiące. Ta sprawa dobrze pokazuje szerokość horyzontów Hollande’a i obecne priorytety Francji borykającej się z dotkliwymi problemami gospodarczymi. Jeżeli strategię Zachodu wobec istotnej zmiany sił na geopolitycznej mapie świata mają definiować stoczniowcy z Saint-Nazaire, to może już lepiej żeby robiła to Angela Merkel.

Stany Zjednoczone od kilku lat nie kwapią się do rozwiązywania problemów świata. Barrack Obama od początku swej prezydentury powtarzał, że USA nie chcą i nie mogą na swój koszt i ryzyko rozwiązywać wszystkich problemów świata. Namawiał inne kraje do wzięcia na siebie odpowiedzialności za rozwiązywanie problemów regionalnych. Podczas jego przemówienia w Tallinie 2 września zobaczyliśmy starego, zmęczonego człowieka, który chyba już wie, że jego polityka wycofywania się z odpowiedzialności za świat okazała się przeciwskuteczna i tylko otworzyła Putinowi drogę do ekspansji, ale innego pomysłu nie ma i teraz już tylko stara się, aby problemy nie rozrosły się jeszcze bardziej. Problemy których nie było zanim przyszedł do Białego Domu.

Prezydent USA oddał Angeli Merkel przewodnictwo w sprawie kryzysu ukraińskiego, zadowalając się tylko wysłuchiwaniem jej telefonicznych relacji z wydarzeń.

W USA narasta zniecierpliwienie nieporadnością Obamy w sprawach Syrii, ISIS i Ukrainy. Do niedawna krytykowali go tylko Republikanie, ale ostatnio zaczęła się od niego odcinać nawet Hillary Clinton, do niedawna sekretarz stanu w jego administracji, a teraz polityk ubiegająca się o nominację Demokratów w wyborach prezydenckich. W lipcowym wywiadzie dla czasopisma „The Atlantic” nazwała jego politykę zbyt zachowawczą i stwierdziła: „USA czasami sprawiają wrażenie, jakby wycofywały się z światowej areny.”Pewnie zapomniała jak w marcu 2009 roku w Genewie sama podlizywała się Ławrowowi i darowała mu przycisk z napisem RESET, co miało symbolizować odcięcie się od „antyrosyjskiej” polityki poprzedniej administracji i symboliczne nowe otwarcie. A robiła to kilka miesięcy po tym jak Rosja zbrojnie zaatakowała Gruzję i odebrała jej część terytorium. Wtedy był jeszcze czas na powstrzymanie Putina, ale pani Clinton wybrała politykę appeasement.

Na praktyczną, a nie werbalną, zmianę stanowiska Zachodu wobec Rosji można zatem mieć nadzieję nie wcześniej niż 20 stycznia 2017, wtedy to bowiem zostanie zaprzysiężony nowy prezydent USA, a i to zapewne pod warunkiem, że będzie nim Republikanin. Do tego czasu rosyjski prezydent ma wolną rękę. Czasu niby wiele, ale patrząc na rozległe plany Putina można się domyślać, że chodzi mu po głowie myśl, iż druga taka okazja może się nie powtórzyć i że może lepiej działać z jeszcze większym rozmachem. Bo wyjątkowa słabość Zachodu zdaje się mu podpowiadać: teraz albo nigdy.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinWojciechowski
O autorze
*
RedakcjaLiberté!