Mamy na kogo głosować – polemika z Marcinem Celińskim

Drukuj

W Polsce niemal co chwilę pojawiają się kolejne partie i partyjki, a polityczne menu wydłuża się do nieznośnych rozmiarów. Mimo to część z nas z uporem maniaka powtarza stare zaklęcie: „nie mam na kogo głosować”. A może po prostu nie rozumiemy istoty demokracji?

mamynakogoglosowac

Wczoraj Marcin Celiński – z którego deklaracją ten tekst ma być, przynajmniej częściowo, polemiką – ogłosił, że ma zamiar oddać nieważny głos, a na karcie wyborczej narysować uśmiechnięte słoneczko. Cały wywód był niepotrzebny, można go było streścić do jednego, twitterowego wpisu: „nie mam na kogo głosować”. Celiński nie jest oryginalny, jakiś czas temu Tomasz Lis żartował nawet, że partia NMNKG (Nie Mam Na Kogo Głosować) jest liderem polskich sondaży. To najprostsze, populistyczne rozumienie polityki, Nie Mam Na Kogo Głosować jest bliźniakiem innych tworów – WPTZ (Wszyscy Politycy To Złodzieje) czy NNRTPBP (Nic Nie Robią Tylko Pieniądze Brać Potrafią).

Tekst Marcina Celińskiego (całość: tutaj) przeczytałem z niepokojem, nie chciałbym, żeby był to jedyny głos „Liberté!” przed niedzielnymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Rozbijanie partii na coraz mniejsze formacje, kanapowe ruchy oraz kluby dyskusyjne nie jest zaletą, a przekleństwem naszej demokracji. A zabetonowana scena polityczna, na którą tak chętnie narzekają politycy i publicyści, powinna stać się naszym celem, przejawem ustrojowej dojrzałości. Polityka jest sztuką zawierania kompromisów, także tych z samym sobą. Spójrzmy szerzej, rozejrzyjmy się po świecie – w najsprawniej funkcjonujących państwach wybór ograniczony jest do dwóch, maksymalnie trzech partii. Wszystko poza nimi traktowane jest jako niepotrzebna ekstrawagancja.

Tak jest w Wielkiej Brytanii, Francji czy Stanach Zjednoczonych. Czy Amerykanie, którzy de facto mają do wyboru dwie partie – Demokratów i Republikanów, są ograniczeni brzemieniem zabetonowanej sceny wyborczej? Oczywiście, że nie. Tamtejsi wyborcy rozumieją wszystkie płaszczyzny demokracji, także – a może przede wszystkim – tę wewnątrzpartyjną.

Amerykański Marcin Celiński nie obraziłby się na swój system polityczny, nie narysowałby na karcie do głosowania słoneczka ani serduszka, nawet jeśli uznałby, że nie odpowiada mu Obamacare czy dyplomatyczna indolencja obecnej administracji, a Partia Republikańska odstraszałaby go swoim jaskiniowym konserwatyzmem. Zrozumiałby, że jego wyborczym obowiązkiem jest próba wpłynięcia na wewnętrzną politykę partii, wzmocnienie tych frakcji, które mu najbardziej odpowiadają.

To brzmi nieprawdopodobnie wyłącznie w polskich realiach, we współczesnej historii polityki wielokrotnie zdarzało się, że wyborcy znacząco zmienili kształt swoich partii. Wielu zwolenników brytyjskich laburzystów przez całe lata osiemdziesiąte i niemal połowę lat dziewięćdziesiątych musiało zaciskać zęby ze wstydu, obserwując jak ich partia tarza się w socjalizmie żywcem wyjętym z powojennej Europy, w którym lewicowość określała liczba barykad ustawionych przez zaprzyjaźnione związki zawodowe. Pewnie wielu z nich miało ochotę narysować na karcie do głosowania słoneczko. Nie zrobili tego, dzięki czemu Tony Blair pokonał Johna Prescotta, a trwające ponad dekadę rządy Partii Pracy na zawsze odmieniły Wielką Brytanię.

Zresztą, zejdźmy na ziemię i przyjrzymy się naszej scenie politycznej. Co znajdzie tam lewicowy wyborca? Dwie najważniejsze partie reprezentują chyba wszystkie nurty lewicy – działaczy LGBT, konserwatywnych światopoglądowo postkomunistów, zapatrzonych w Cohn-Bendita happenerów, wyznawców wspomnianego Tony’ego Blaira i jego trzeciej drogi oraz skrojonych na europejską modłę socjaldemokratów. A każdy, komu nie wystarcza Leszek Miller i Janusz Palikot, może przejrzeć listy Platformy Obywatelskiej, na których znajdzie Danutę Hübner czy Dariusza Rossatiego.

Dla prawicy zbliżające się eurowybory będą prawdziwą ucztą. Wśród komitetów są i apetyczne przekąski, i soczyste dania główne. Swoje własne listy mają umiarkowani konserwatyści (Polska Razem Jarosława Gowina), i skrajni nacjonaliści (Ruch Narodowy). Znajdziemy tutaj Dziki Zachód, ten policyjno-prokuratorski (Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry) oraz gospodarczy (Kongres Nowej Prawicy JKM). Całość dopełnia Prawo i Sprawiedliwość, skrywające wszystko, co można znaleźć na stepach polskiej prawicy: ekonomicznych populistów, homofobów, podopiecznych Tadeusza Rydzyka, eurosceptyków nazywających flagę Unii Europejskiej „szmatą”, miłośników Antoniego Macierewicza i jego teorii o smoleńskim zamachu oraz obrońców religii przed zakusami ateistów.

Wyborcy centrowi mogą być szczególnie zadowoleni, ponieważ to właśnie w nich najwięcej polityków widzi swoich potencjalnych zwolenników – siedem na dziewięć komitetów deklaruje się jako centrolewicowe albo centroprawicowe. To tutaj, pośród rozległego środka, swoich kandydatów mogą znaleźć także liberalni wyborcy – warto przyjrzeć się szczególnie lewicy Platformy Obywatelskiej oraz prawicy Europy+, ale liberałów, od biedy, można znaleźć także w Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a nawet Polsce Razem Jarosława Gowina.

Czy będzie to wybór, którego dokonamy z czystym sumieniem? Nie. Znalezienie partii, z którą zgadzamy się w stu procentach jest niemożliwie, każdy wrzucony do urny głos będzie efektem kompromisu, a kompromis nigdy nie wiąże się z pełną satysfakcją. Mnie także trudno, podobnie jak Marcinowi Celińskiemu, w pełni utożsamiać się z którąkolwiek z partii. Postaram się jednak zagłosować tak, żeby wzmocnić te nurty polskiej polityki, które uważam za przyszłościowe. Jeśli się nie uda – trudno, tak bywa. Nie obrażę się z tego powodu na demokrację.

Nasza polityka ma wiele wad, ich świadectwem jest to, że podczas bieżącej kampanii wyborczej dużo więcej słyszeliśmy o Conchitcie Wurst, niż o wejściu Polski do strefy euro. Polskie partie są niemrawe, nie potrafią odnaleźć swojego miejsca i jasno sformułować postulatów. Polityczni liderzy bywają egoistami, co utrudnia, a momentami uniemożliwia, wewnątrzpartyjną demokrację. Lista tych zastrzeżeń – dotyczących wszystkich, bez żadnego wyjątku – mogłaby być bardzo długa, ale trzeba napisać wprost: brak możliwości wyboru nie jest wadą polskiej polityki. Ci znachorzy, którzy w wąskiej ofercie politycznej dopatrują się przyczyn jej miałkości, po prostu nie mają racji.  Leczenie grypy cholerą raczej nie skończy się dobrze.

Przywyknijmy do tego, że poglądów czy interesów nie musi reprezentować cała partia, czasem może to być jej frakcja, a czasem tylko jeden, osamotniony polityk. Jednocześnie uszanujmy to, że nie zawsze nasze poglądy wygrywają, poczekajmy cierpliwie na kolejną szansę. To przyniesie obopólne korzyści – dla nas (wyborców) i polityków. Alternatywą, nieśmiało proponowaną przez Marcina Celińskiego, jest permanentne rozbijanie sceny politycznej, tworzenie setek partii, różniących się między sobą w niezauważalnych niuansach. Jak to się kończy – widzimy po polskiej prawicy, na której trochę więksi przeciwnicy aborcji potrafili ogłosić niepodległość wobec trochę mniejszych przeciwników aborcji.

Nie miejmy złudzeń, że w przyszłości pojawi się czarodziej, który z kapelusza wyciągnie partię naszych marzeń. Wartość każdego głosu jest taka sama, jego mądre użycie może wpłynąć na to, kto za kilka lat w polskiej polityce będzie odgrywał pierwszoplanowe role. A infantylne rysowanie uśmiechniętego słoneczka, nawet jeśli wywołuje miłe skojarzenia z Unią Wolności, nie da nam zupełnie nic.

Blog: radomski.na.liberte.pl

Twitter: @jwmrad

Czytaj również
*
JanRadomski
W redakcji "Liberté!" od 2010 roku, obecnie redaktor prowadzący portal liberte.pl. Działacz pozarządowy, członek zarządu Stowarzyszenia Projekt: Polska. Na blogu przede wszystkim o polityce i kulturze, ostatnio - także o Poznaniu. Kontakt - jradomski@liberte.pl.