Co mamy robić z Rosją gdy już skończy się wojna?

Drukuj

Z uwagą i przyjemnością przeczytałem tekst prof. Andrzeja Romanowskiego „Polska, Ruś i racja stanu” (GW, 26.08.2014, http://wyborcza.pl/1,75968,16529003,Polska__Rus_i_racja_stanu.html), który podziałał jak kij włożony w mrowisko i wywołał lawinę komentarzy – głównie zarzucających autorowi zbytnią „prorosyjskość”.

Zanim jednak potępimy w czambuł autora, zauważmy, że ten dedykowany pamięci Stanisława Stommy tekst, równie dobrze mógłby być dedykowany Jerzemu Giedroyciowi – odnajdujemy w nim wiele tez dotyczących polskiej polityki wschodniej zbieżnych z myśleniem prezentowanym na łamach paryskiej „Kultury”. Przecież postulat konieczności ułożenia sobie dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją, aktywnej promocji polskiej kultury w tym kraju, czy budowy „partii polskiej” w Moskwie to podstawa koncepcji polskiej polityki wschodniej postulowanej przez Giedroycia (pisałem o tym na http://liberte.pl/wizjonerzy-zostawili-nam-za-duze-buty-o-niezrozumieniu-koncepcji-polityki-wschodniej-jerzego-giedroycia/). Ma rację Romanowski gdy wytyka  bierną, defensywną postawę polskich rządów, które nie próbowały oddziaływać na Rosję ani przez intensywną promocję polskiej kultury, ani wspieranie prodemokratycznych ruchów opozycyjnych, które mogłyby być tą „polską partią” w Moskwie. Można do tego jeszcze dodać brak dużych programów stypendialnych dla rosyjskiej młodzieży, uwiąd wymiany naukowej, brak zachęt do współpracy organizacji pozarządowych itp. To są wszystko polskie grzechy i zaniechania, o których warto przypominać, bo my też odpowiadamy za obecny fatalny stan stosunków dwustronnych.

Jest jednak w tekście prof. Romanowskiego kilka stwierdzeń, które wymagają polemiki. Pominę już może niewątpliwie chybione
pomysły budowania tablicy upamiętniającej cara Piotra I, czy dziękowania Rosjanom za kanalizację w Warszawie, skupiając się na trzech zarzutach jakie formułuje autor w stosunku do Polski i Unii Europejskiej.

Po pierwsze, trudno zarzucić Polsce i UE „gwałtowność” w przeciąganiu Ukrainy na Zachód, co Romanowski robi cytując tekst prof. Jana Widackiego z „Przeglądu” (nr 20). Zauważmy, że jedyną ofertą jaką Ukraina dostała od Europy była umowa stowarzyszeniowa, która miała wzmocnić współpracę gospodarczą z UE, ale niczego nie przesądzała w wymiarze politycznym. Ukraińcy od lat krytykowali inicjatywy unijne, m.in. Europejską politykę sąsiedztwa, czy potem Partnerstwo wschodnie, jako ofertę zbyt skromną i niespełniającą ich oczekiwań. W szczególności w wymiarze wsparcia finansowego i braku, nawet mglistej, obietnicy członkostwa. Unia tak je konstruowała właśnie dlatego, żeby nie drażnić Rosji żadnymi „gwałtownymi” ruchami. To był błąd i przez tą politykę stracono wiele lat.

_mg_3595_

Po drugie, nietrafione jest czynienie Polsce zarzutu ze wspierania ukraińskiej opozycji protestującej na Majdanie. Ukraińcy sami obalili rząd Janukowycza – zarzucając mu korupcję, złe administrowanie państwem i nadmiernie prorosyjską postawę (wycofanie się z umowy stowarzyszeniowej z UE). Trudno żeby rząd polski wspierał upadający reżim i występował przeciwko demokratycznym i proeuropejskim ambicjom Ukraińców, których powodzenie leży przecież w interesie naszego kraju. Prof. Romanowski odwołuje się przy tym do jakichś zasadniczych różnic między uwarunkowaniami politycznymi „pomarańczowej rewolucji” (którą warto było wspierać), a obecną sytuacją (w której Ukraińców nie warto wspierać). Przyznam, że nie specjalnie widzę te różnice: postawa Rosji jest niezmiennie negatywna, postawa Zachodu wstrzemięźliwie przychylna. Tylko Ukraińcy wydają się być bardziej zdeterminowani do budowy nowoczesnego, demokratycznego i niepodległego państwa. Nie chcą być, jak pisze prof. Romanowski, „krajem europejskiej równowagi”, „europejskim łącznikiem” – chcą być Europą. Na początku lat 90-tych Polsce też proponowano żeby była strefą buforową między Wschodem a Zachodem. My wybraliśmy Zachód – nie odbierajmy Ukraińcom prawa do własnych wyborów.

Po trzecie, zgadzając się, że polska polityka wobec Rosji była czasami nadmiernie konfrontacyjna, uważam, że w obecnej sytuacji powinniśmy być głośnym orędownikiem twardego i przede wszystkim wspólnego stanowiska UE wobec Moskwy. Prof. Romanowski pisze, że nie możemy się godzić na „drugą Jałtę” i jednostronne zmiany granic w Europie. Zobaczmy jednak, czym się skończyło to, że Zachód nie postawił się twardo Rosji w Osetii Południowej i Abchazji w 2008 roku. Rosja zobaczyła, że może osiągać cele siłą militarną i teraz na Ukrainie zbieramy zatrute owoce tamtych zaniechań.

Prof. Romanowski przypomina prostą prawdę, że czynnikiem stałym polskiej polityki pozostaje Rosja. Mam nadzieję, że jego tekst wywoła szeroką dyskusję na temat tego, jak układać sobie relacje z Rosją gdy już skończy się wojna. Bez, jak pisze: „brania jej w nawias” i „prostackiego imperatywu szkodzenia jej za wszelką cenę”.

Mam też nadzieję, że publicysta nie ma racji pisząc o jedynie dwóch możliwych rozwiązaniach obecnego kryzysu: otwartej wojnie lub „drugiej Jałcie”. Myślę, że możemy pokładać pewne nadzieje w dyplomatycznych zabiegach w celu zakończenia otwartego konfliktu w Donbasie. Znalezienie kompromisu jest trudne, ale nie jest przecież niemożliwe. Potem wszystko będzie w rękach Ukraińców. Skuteczne reformy i zbliżenie tego kraju do Europy będą najsilniejszym narzędziem oddziaływania na przemiany w Rosji, jakie można sobie wyobrazić. A wtedy Ukraina stanie się prawdziwym „pomostem” do europeizacji Rosji, co pozwoliłoby na realizację najważniejszego długofalowego celu polskiej polityki wschodniej – normalizację stosunków polsko-rosyjskich.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKamiński
Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, stały współpracownik „Liberté!”
@ kaminskitomas