Maszerując, nie abdykujmy z myślenia

Drukuj

Zawstydzanie już nie działa – stwierdza Przemysław Czapliński w wywiadzie Grzegorza Sroczyńskiego dla „Dużego Formatu”. Elity, które przez lata wychowywały społeczeństwo pokazując mu jego niedoskonałe, zacofane oblicze, doszły do ściany. Homo sovieticus się zbuntował i reformować się nie ma zamiaru.

Egzorcyzmowanie nacjonalizmu na początku lat 90. może wyglądać na prorocze (w końcu po 27 latach od wyborów czerwcowych mamy katolicko – narodowe rządy). Ale jeśli rację ma Czapliński, to bardziej prawdopodobne, że relacja jest jednak odwrotna: potępianie w czambuł wszystkiego, co pachniało „nacjonalizmem” – a więc tradycjonalizm, antykomunizm, szeroko pojęta prawicowość – dały efekt w postaci silnej reakcji, która stworzyła z jednej strony sfrustrowane nie-liberalne elity, a z drugiej społeczeństwo, które miało już dość przeglądania się w krzywym zwierciadle. Z tego mariażu powstał dzisiejszy obóz rządzący i jego medialno-społeczne zaplecze.

W ostatniej dekadzie do słabnącej strategii zawstydzania doszlusowała strategia bezalternatywności. Bezalternatywność to sytuacja w jakiej znalazł się człowiek, który nie chciał u władzy narodowo-katolickiej prawicy. Wybór miał jeden: głosować na partię umiarkowanego postępu w granicach prawa, czyli PO. Strategia zatykania nosa wyborcom przez elity coraz bardziej w swoich środkach perswazji przypominała słynne głosowanie bez skreśleń w czasach PRL. Ale trzeba przyznać, że – przynajmniej do czasu – była skuteczna. Przyniosła Platformie osiem zwycięstw z rzędu, jednocześnie pozwalając tej partii mieć w głębokim poważaniu zarówno elity intelektualne, jak i biznesowe, co te same szczerze przyznawały, choć potem i tak karnie stawiały się przy urnach. Dopóki istniał PiS, głosowanie inaczej niż na PO pachniało zdradą stanu, skazywało Polskę na rządy nieobliczalnego Kaczyńskiego. Mogło się wydawać, że w takiej symbiozie partia Tuska skazana jest na rządy po wsze czasy. Zawiedli, jak zwykle, Polacy.

Przejście do porządku dziennego nad ekscesami partyjnej nomenklatury PRL – nieuniknionej prawdopodobnie w warunkach ewolucyjnego, a nie rewolucyjnego demontażu dyktatury – dało paliwo do „jaskiniowego antykomunizmu” młodego pokolenia, które PRL zna już tylko z barów z wódką i śledzikiem. Przy braku wspólnotowych narracji innych niż te dostarczane przez zwulgaryzowaną tradycję narodową i szkolną katechezę (strategia zawstydzania nie prowadziła niestety do budowy pozytywnych wzorców patriotyzmu/wspólnotowości), skonfrontowani z bezalternatywnością głosowania na jedynie słuszną partię młodzi wybrali niestabilnego rockmana, który obiecał im, że z nimi „rozpier…li system”, w estetyce, jaką znają i lubią – Polski powiatowej z Przystanku Woodstock.

Strategia zawstydzania została twórczo rozwinięta (o czym niestety Sroczyński z Czaplińskim nie rozmawiają).  Nastąpiło ahistoryczne utożsamienie kryzysu finansowego z 2008 roku i skandalicznego wykpienia się sektora finansowego publicznymi funduszami kosztem zadłużenia przynajmniej na dwa pokolenia wprzód z „błędami i wypaczeniami” transformacji i polskiego modelu gospodarki. Najlepszą tego egzemplifikacją jest wywiad Marcina Króla, także udzielony Sroczyńskiemu, pod znamiennym tytułem „Byliśmy głupi” oraz nieustający plebiscyt tekstów i wywiadów stawiających pod pręgierzem polski model kapitalizmu. Patrząc na efekty tego rozliczenia, ciśnie się na usta „Byliśmy, jesteśmy, będziemy”.

W tym duchu utrzymany jest tekst Michała Danielewskiego, „Ulica Durna pyta ulicę Mądrą. Jaka Polska po Kaczyńskim”. Podzielam szczerą, jak sądzę, chęć dyskusji autora o „Polsce po PiSie”. Jej brak uważam za grzech pierworodny partii politycznych i środowisk intelektualnych w opozycji do antyliberalnej pisowskiej kontrrewolucji. Jednak teza Danielewskiego o tym, że skoro polskie społeczeństwo na dobre skreśliło lewicę, potrzeba mu więcej tej samej kuracji, tylko tym razem ze strony pozostałych na placu boju „liberałów” (kogokolwiek autor miałby na myśli), jest intelektualnym i politycznym kuriozum, przykładem ekstremalnego paternalizmu, który lewica podobno stara się za wszelką cenę zwalczać. Podejście typu: „ciemny lud odrzucił lewicę, dajmy mu więcej tego samego!” jest drogą do pewnej klęski. To właśnie przez taką arogancję „mainstream” i rządzący przez osiem lat obóz stracił władzę.

Chichotem historii jest fakt, że nie kto inny, jak „trzeci bliźniak”, Ludwik Dorn, napisał w poniedziałek pean na cześć świętowania 4 czerwca jako symbolicznej obrony III RP, na łamach „Gazety”, która na cześć 25-lecia transformacji postanowiła popełnić rytualne seppuku, oddając łamy, być może w nieuzasadnionym poczuciu winy, swoim radykalnie lewicowym krytykom. Zniszczenie resztek mitu o ojcach założycielach transformacji (gdzie nasze polskie Mount Rushmore z Wałęsą, Geremkiem, Mazowieckim, Kuroniem, Balcerowiczem?), zawstydzanie klasy średniej i inteligencji, że nie dość pochylała się nad wykluczonymi i nie dość głośno protestowała przeciwko „awanturniczym” obniżkom podatków, w połączeniu z ignorowaniem klasy średniej i inteligencji przez ówczesną partię rządzącą, dało w efekcie partię .Nowoczesna w klimacie Open’era sprzed kryzysu.

Ten pobieżny i skrótowy bilans strategii zawstydzania wypada dziś – z punktu widzenia ją stosujących – niekorzystnie. Trzeba jednak pamiętać, że do czasu, czyli do wejścia Polski do Unii Europejskiej, dawała ona rewelacyjne efekty. Żaden rząd, czy to katolicko-związkowej prawicy, czy postkomunistycznej lewicy, nie ośmielił się kwestionować polskiej drogi na Zachód, wymuszającej brutalnie procesy dostosowawcze po naszej stronie. Nie można zapominać też o najważniejszej debacie 27-lecia czyli rachunku sumienia dokonanego w Jedwabnem.

Nie jest przypadkiem, że wejście do Unii zbiegło się z klęską imperium SLD i dominacją prawicy. Problem polegał na tym, że po 2004 roku nie wytworzono nowej narracji, innej niż dyskredytacja III RP i transformacji (wcześniej PiS-Samoobrona-LPR, dziś PiS-Kukiz-Korwin-narodowcy) i obrona przed skutkami wprowadzenia tej diagnozy w czyn (PO). Obrony transformacji – również do czasu – podejmowało się słabnące środowisko „Gazety Wyborczej” i dawnej Unii Wolności. O tym, jak niedopuszczalnym nadużyciem było utożsamienie wizji z chorobą psychiczną, pisze w debiutującym 4 czerwca pierwszym numerze internetowego dwutygodnika LIBERTÉ! Tadeusz Bartoś, ale o negatywnych skutkach sprowadzania polityki do zarządzania ostrzegali wcześniej choćby Aleksander Smolar czy Rafał Matyja, nieliczni komentatorzy, którzy nie dali zamknąć sobie ust „bezalternatywnością” PO.

Rozdygotanie, w jakie wprawiają Polaków, a szczególnie medialno-polityczne elity, rządy PiS, nie zwalniają nikogo z intelektualnej uczciwości. Jeśli chcemy na serio myśleć o przyszłości, nie może się obejść bez racjonalnej i chłodnej diagnozy (nie mylić z rozliczeniami) obecnego stanu rzeczy, a następnie poważnego namysłu nad strategiami, które będą dobrze służyć polskiemu wychodzeniu z peryferii. Prawie na pewno będą musiały się one odwoływać do innych emocji niż wstyd. Czyżby przyszedł czas na dumę? Czy celem wciąż jest, czy też powinna być, li tylko modernizacja? A jeśli nie modernizacja, to co? Warto mnożyć pytania i nie spieszyć się z odpowiedziami, które miałyby posłużyć doraźnemu sukcesowi politycznemu tego czy innego ugrupowania. Ten proces wymaga spotkań i rozmów intelektualnych środowisk, także po różnych stronach politycznych spektrów. Nota bene, myślenie przestało być partiom politycznym do sukcesu wyborczego potrzebne, co jest niestety częścią problemu.

Nie zmarnujmy szansy, jaką jest wywołane rządami PiS bezprecedensowe ożywienie społeczne. Maszerując, nie abdykujmy z myślenia.

Czytaj również
O autorze
*
LeszekJażdżewski
Politolog, publicysta, redaktor naczelny LIBERTÉ!
@ LesJazd