Miasta potrzebują zmian!

Drukuj

Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Szczecin, Białystok – największe polskie miasta, w których prezydenci mają za sobą dwie bądź trzy kadencje rządów; miasta absorbujące fundusze unijne, zmieniające się, modernizujące. W tych miastach 30 listopada odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. Hanna Gronkiewicz-Waltz, Jacek Majchrowski, Rafał Dutkiewicz, Ryszard Grobelny, Paweł Adamowicz, Piotr Krzystek, Tadeusz Truskolaski – to prezydenci, którzy niejednokrotnie w pierwszej turze wygrali swoją poprzednią kadencję; to ludzie sprawnie administrujący i zarządzający swoimi miastami, cieszący się – jak się dotychczas wydawało – ogromnym zaufaniem społecznym. Ci właśnie będą musieli w ciągu najbliższych kilku dni przekonać mieszkańców swoich miast, że warto dać im jeszcze jedną szansę.

Czy fakt, iż tak wielu włodarzy dużych polskich miast nie było w stanie utrzymać poziomu poparcia uzyskanego od obywateli cztery lata temu, można uważać za przejaw żądania rewolucyjnych zmian przez wyborców? Na pewno nie. Ludzie nie chcą rewolucji, ale na pewno dostrzegają, że ich miasta potrzebują zmian! Kiedy przyjrzymy się wskaźnikowi frekwencji wyborczej w tychże miastach, najczęściej niższej niż cztery i osiem lat temu, wówczas na pewno utwierdzimy się w tym przekonaniu. I miejmy nadzieję, że wymienieni powyżej państwo, a także dziesiątki prezydentów i burmistrzów mniejszych miast, także wezmą sobie do serca tę konstatację, bo miasta – jak widać – rzeczywiście potrzebują zmian!

I bynajmniej nie zamierzam wdawać się w bezsensowną dyskusję, w ramach której broniłbym absurdalnej tezy, jakoby nic w polskich miastach się nie zmieniało. Co to, to nie! Ostatnie dziesięciolecie to przecież epoka eurozłotówek, które uruchomiły potencjał inwestycyjny i modernizacyjny mniejszych i większych gmin. Polskie miasta się zmieniają i dostrzegają to ich mieszkańcy, jednak najwidoczniej lokalne społeczności miejskie mają na myśli zmiany nieco inne i to właśnie tych zmian domagają się teraz od swoich prezydentów bądź ich sukcesorów. O jakie zmiany chodzi? Oto moje przypuszczenia.

Więcej demokracji!

Mieszkańcy miast pragną większego wpływu na zmiany, jakie inicjowane są przez władze miejskie. Demokratyzacja procesów decyzyjnych, większa transparentność, a także rzeczywiste konsultowanie ze społecznościami lokalnymi inwestycji, w szczególności w sytuacji, kiedy miałyby one generować zadłużenie – takie są oczekiwania społeczeństwa. I oczywiście, wielu prezydentów będzie się broniło, że każda ważniejsza decyzja jest poprzedzona konsultacjami społecznymi, ale w takim razie może należałoby wreszcie zmienić formułę tychże konsultacji, skoro tak niewielu obywateli angażuje się w ten proces, może aktualnie stosowane w większości samorządów procedury konsultacji społecznych są anachroniczne? Może większe zaangażowanie władz i administracji miejskiej w politykę informacyjną (realną, nie zaś jedynie propagandową) mogłoby zaktywizować mieszkańców? A może uruchamiane w kolejnych miastach projekty budżetów partycypacyjnych sprawiłyby, że obywatele w większym stopniu czuliby się odpowiedzialni za swoją społeczność i swoje miasta? Faktyczna centralizacja procesów decyzyjnych sprawia, że ludzie przestają ufać władzy. Dlatego miasta potrzebują zmian: więcej demokracji!

Mniej dworskości!

Wielu „wielokadencyjnych” prezydentów zbudowało wokół swojej osoby swoisty dwór. Układ zależności, kliki i relacje klientelistyczne nie muszą być efektem intencjonalnych działań prezydentów. Po wielokroć to sami zainteresowani „przyklejają się” do wygrywających prezydentów, zabiegają o ich względy, podlizują się i liczą, że będą mogli zlizać śmietankę czy uraczyć się okruszkami z pańskiego stołu w formie etatów w urzędzie miasta bądź spółkach podległych prezydentowi. Ta smutna prawda o polityce, do której nie trafiają same anioły, ale również lenie, nieroby i cwaniacy, uczyć powinna mądrych prezydentów, że każdy gabinet wymaga czasami przewietrzenia oraz że najlepsi współpracownicy to niekoniecznie kłaniający się w pas przytakiwacze. Postępująca oligarchizacja wielu polskich samorządów – także miejskich – powinna wreszcie skłonić sejm do uchwalenia nowelizacji kodeksu wyborczego i wpisania doń limitu kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Tworzące się wokół prezydentów dwory stają się efektywną barierą oddzielającą włodarzy od społeczeństwa. Władza systematycznie się alienuje i przestaje słuchać społeczeństwa. Wielu prezydentów zapomina, że ich urząd pochodzi z wyboru – niektórzy zdają się wchodzić w buty monarchów bądź udzielnych książąt, przekonanych, ze suwerenność mieszka w ratuszu. I dlatego właśnie miasta potrzebują zmian: mniej dworskości!

Więcej młodej krwi!

Zachęcam też tych panów (oraz nieliczne panie), aby przyjęli postawę bardziej otwartą. Domyślam się, że smutnym jest przekonanie się na własnej skórze, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale historia uczy, że większość z nas (także wy, panie i panowie prezydenci) któregoś dnia musi się o tym przekonać. Niektórzy miejscy włodarze tracą z oczu zmieniające się warunki społeczne i gospodarcze, niejednokrotnie nie potrafią dostosować swojego myślenia o środowisku lokalnym do zmian w nim zachodzących. Także obywatele się zmieniają i zmieniają się ich oczekiwania, nadzieje i potrzeby. Prezydent, który zasnął w koleinach swojego myślenia o mieście sprzed paru lat może i jest w stanie utrzymać impet inwestycyjny, ale niekoniecznie potrafi nadążyć za zmianami społecznymi. Ci z prezydentów wybranych w pierwszych wyborach przeprowadzonych według ordynacji bezpośredniej zdają się zapominać, że młodzi ludzie wchodzący dziś na rynek pracy w 2002 roku chodzili ledwie do przedszkola, a dziś są dorosłymi ludźmi. Rządzicie dziś innym społeczeństwem niż rządziliście w 2002, 2006 czy nawet 2010 roku. Także samorządy potrzebują zastrzyku świeżej krwi, nowych pomysłów na rozwój, nowych idei. Dla dwudziesto- czy trzydziestoletniego wyborcy przeciętny pan prezydent to niestety człowiek z innej epoki. Tymczasem wielu włodarzy boi się młodych i ambitnych ludzi, nie ufa im i nie jest w stanie zawierzyć ich pomysłom. Nie ma więc powodu, żeby się dziwić: ci sami młodzi ludzie nie są skłonni pokładać ufność w starych twarzach z gazet. Dlatego miasta potrzebują zmian: więcej młodej krwi!

Więcej pokory!

Pokora… Rozumiem, że polityka to nie jest działalność, do której trafiają pokorni ludzie, jednak wydaje się, że pycha może zgubić najsprawniejszych i najbardziej efektywnych nawet rządców. Odnoszę wrażenie, że żółta kartka, jaką niektórym – sprawnym przecież – prezydentom pokazali mieszkańcy ich miast, niekoniecznie musi być interpretowana jako jednoznaczna chęć odesłania ich na polityczną emeryturę. Zdaje się, że chodzi raczej o pogrożenie palcem, przypomnienie, kto jest suwerenem i kto de facto płaci wszystkim funkcyjnym oraz finansuje inwestycje i działalność samorządów. A są to przecież obywatele! Pokora to postawa samorządowca, który swej działalności publicznej nie traktuje jako zatrudnienia i sposobu zarobkowania (niestety w Polsce polityka oparta na teleologii etatu i pensji jest uprawiana w skali porażającej). Pokora to postawa człowieka, który zdaje sobie sprawę, że może nadejść moment, w którym trzeba będzie opuścić stanowisko i zrobić miejsce bardziej energicznym bądź inaczej myślącym. Najsmutniejsze jest to, że niewielu prezydentów wycofuje się z walki o kolejną kadencję z własnej woli – pycha sprawia, że gotowi są walczyć o funkcję tak długo, jak długo społeczność lokalna nie pokaże im czerwonej kartki (a kiedy wreszcie ją pokaże, wówczas w odwołanych rządcach wyzwalają się fale przedziwnej goryczy). I dlatego sądzę, że miasta potrzebują zmian: więcej pokory!

Mniej długów!

Coraz więcej środowisk dostrzega negatywne pod względem finansowym konsekwencje rozmachu inwestycyjnego – czasami wręcz niespotykanie nieprzemyślanego – niektórych ekip prezydenckich. Rzecz bowiem nie w tym, żeby pozyskać każdą możliwą złotówkę i przy jej pomocy zrobić cokolwiek – rzecz w tym, aby pozyskać każdą złotówkę, która zaspokoi istotne potrzeby społeczne, ale jednocześnie każda złotówka będzie dobrze i gospodarnie wydana. Skoro przez następne kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat obywatele mają spłacać zaciągnięte przez władze miejskie kredyty, to dobrze byłoby, aby poczynione inwestycje były społecznie wartościowe i służyły nie tylko zaspokojeniu próżności prezydentów, których idée fixe – zdawałoby się – jest wpisanie się do kart historii miasta jako nowy Kazimierz Wielki. Mnóstwo mamy niestety przykładów bzdurnego monumentalizmu widocznego w rozmiarach i cenach niektórych inwestycji. Całkowicie już abstrahuję od irracjonalnego oderwania niektórych z nich od szerzej pojmowanej polityki regionalnej oraz braku koordynacji wydatków między sąsiadującymi ze sobą samorządami (lotniska czy obiekty kultury są tutaj jedynie przykładami). Dobry gospodarz to nie tylko ten, który pozyska pieniądze europejskie i przy okazji zadłuży dwa pokolenia mieszkańców. Dobry gospodarz zadłuży mieszkańców wyłącznie wtedy, kiedy nie będzie żadnych wątpliwości, że konkretna inwestycja sama posłuży jako obrona takiej decyzji. Dlatego właśnie miasta potrzebują zmian: mniej długów!

Nawet jeśli wspomniani powyżej prezydenci zachowają swoje stołki – co w większości przypadków wydaje się dość prawdopodobne – to zmiany, o których powyżej wspomniałem powinny stać się dla nich wyznacznikiem kolejnej kadencji w ratuszu. Najsmutniejsze byłoby bezrefleksyjne kontynuowanie prowadzonej przez nich polityki bez wprowadzenia jakichkolwiek korekt, co – biorąc też pod uwagę niski poziom szacunku do idei społeczeństwa obywatelskiego wśród naszych polityków – również wydaje się całkiem prawdopodobne. Bo chociaż coraz bardziej widać, że miasta potrzebują zmian, to jednak niekoniecznie zmiany te muszą zacząć się w tej kadencji.

Czytaj również
O autorze
*
SławomirDrelich
Politolog i etyk, wykładowca akademicki (UMK w Toruniu) i nauczyciel licealny (I LO w Inowrocławiu), publicysta „Liberté!”