Miasto z przyszłością? – rozmowa Błażeja Lenkowskiego z Prezydent Łodzi Hanną Zdanowską

Drukuj

Czy Hanna Zdanowska widzi się w roli Rafała Dutkiewicza lub Wojciecha Szczurka, czyli prezydenta, który myśli o zarządzaniu miastem w długiej perspektywie kilku kadencji? Czy ma pani prezydent wizję rozwoju Łodzi do roku 2030? Czy bardzo trudno jest się oderwać od bieżącej polityki?

Mam dokładnie rozpisane to, jak powinna się rozwijać Łódź do roku 2020, a także wizję tego, jak nasze miasto powinno wyglądać w roku 2030, choć pewnie wtedy miastem będzie rządził już ktoś inny, a ja będę mogła spokojnie obserwować, jakie efekty przyniosły zmiany, które dziś zapoczątkowałam. Uważam, że to, z czego mogą być dumne inne miasta – Wrocław, Gdynia, Poznań, Rzeszów – nie udałoby się, gdyby nie dbano o kontynuację. Kontynuację działań z daleką perspektywą. Mimo że u nas rządy nie były aż tak nietrwałe – Jerzy Kropiwnicki rządził teoretycznie bez mała przez dwie kadencje – to perspektywy planowania nie było widać. I myślę, że to było najgorsze. Ja od początku, od pierwszego dnia swojej pracy w urzędzie starałam się wyznaczyć długoterminową perspektywę: dokąd Łódź ma zmierzać i co ma być strategiczne dla rozwoju naszego miasta. Odważne decyzje, które podejmuję w tej chwili, zmiana, która dotyka tak wielu sfer życia mieszkańców, to posunięcia będące konsekwencją planowania długoterminowego (zresztą niektórzy mi to zarzucają, również ci z mojej opcji politycznej, że nie patrzę z perspektywy przyszłości własnej formacji, ale wyłącznie z perspektywy miasta). Jednak gdybym nie była w 100 proc. przekonana, że za kilka miesięcy lub za kilka lat te decyzje przyniosą pozytywny efekt, nigdy nie decydowałabym się na te trudne projekty, które realizujemy obecnie. Niestety, mój poprzednik skupiał się na procesie bieżącego zarządzania miastem. Myślał o tym, co zrobić, by zapewnić sobie reelekcję, bał się podejmować ryzyko trudnych decyzji. Ja patrzę inaczej, staram się odpowiedzieć na fundamentalne pytanie, czyli co zrobić, aby zapewnić dalsze życie Łodzi. I dla mnie to jest najważniejsze – zapewnić rozwój mojego miasta, niezależnie od konsekwencji, jakie mogę ponieść. Tego rodzaju zmiany na początku nigdy nie są akceptowane przez wszystkich, ale stan naszego miasta nie pozostawia nam innej drogi.

Zapytam zatem przewrotnie, czy w takim razie pani prezydent jest przeciwnikiem haseł swojego partyjnego szefa Donalda Tuska, które zakładają, że należy realizować politykę „ciepłej wody w kranie”. Osobiście uważam inwestycje realizowane w Łodzi za kluczowe, ale też ryzykowne polityczne. Czy ma pani jakąś konkretną strategię komunikacyjną, w jaki sposób łagodzić potencjalne niezadowolenie społeczne, np. w związku z tak dużymi utrudnieniami w ruchu?

Odpowiem też przewrotnie: kiedy rozpoczynaliśmy pierwszą z tych trudnych inwestycji, czyli budowę podziemnego dworca, prawie wszyscy wróżyli totalną katastrofę. Przypomina pan sobie, jak wszystkie stacje telewizyjne, które zwykle się Łodzią nie interesują, nagle pojawiły się na dworcu Łódź Widzew o godzinie piątej z minutami, z podekscytowaniem czekając na paraliż komunikacyjny Łodzi? A nic takiego się nie stało. Doświadczamy kolejnej zmasowanej fali krytyki związanej z rozpoczętymi na ogromną skalę remontami w centrum. Znów wszyscy czekali, aż miasto się zakorkuje, tymczasem funkcjonuje ono w miarę sprawnie, choć oczywiście wciąż musimy ulepszać organizację ruchu i stale informować mieszkańców o utrudnieniach. Mam wrażenie, że idzie nam coraz lepiej. Może niektóre rzeczy bym poprawiła, ale wydaje mi się, że akurat komunikacja z mieszkańcami – krok po kroku – zmierza w dobrym kierunku. Zaczynamy również proces, który za Jerzego Kropiwnickiego był nieosiągalny: stały, konsekwentny, do bólu szczery dialog z mieszkańcami. Myślę, że komunikacja z mieszkańcami zaczyna przynosić efekty. Nie doszło w tych kluczowych momentach do totalnego paraliżu miasta, ponieważ – jak sądzę – mieszkańcy zaczęli nam wierzyć, że może lepiej wyjechać z domu albo nieco wcześniej, albo odrobinę później lub w ogóle zostawić samochód w garażu i korzystać z komunikacji miejskiej. Oczywiście, musimy nieustannie pracować nad jakością transportu miejskiego. To jedno z moich największych wyzwań.

Chciałbym jednak wrócić do rozmowy o długofalowej perspektywie zarządzania miastem. Wiadomo, że czynnikiem rozwojowym, w który pani prezydent bardzo inwestuje, jest infrastruktura drogowa. A czy byłaby pani w stanie zdefiniować więcej obszarów strategicznych?

Według mnie strategiczna jest rewitalizacja. To hasło, które od początku swojej kadencji odmieniam przez wszystkie przypadki i które wciąż będę odmieniać. Nie ma ważniejszej sprawy dla odrodzenia się Łodzi niż odtworzenie tkanki śródmiejskiej i budowa miasta do wewnątrz, zapobieganie jego dalszemu rozlewaniu się na tereny peryferyjne. Myślę, że to odrodzenie zapoczątkuje kolejne procesy, ale musimy rozpocząć od śródmieścia. Jednocześnie chciałabym podkreślić, że rewitalizacja to nie wyłącznie inwestycja w mury, to musi być jednocześnie inwestycja w ludzi. Ja nie chcę wyłącznie ekskluzywnej enklawy w centrum, bo to spowoduje utratę tożsamości naszego miasta. Miasto jest miastem tylko wtedy, gdy żyje w symbiozie ze swoimi mieszkańcami. Prawdziwe miasto, prawdziwa Łódź to przenikanie się różnych kultur, ludzi o różnej zamożności żyjących obok siebie i razem budujących wspólnotę miejską. To idealistyczne, ale może przynieść pożytek wszystkim stronom. Jeśli różne grupy społeczne będziemy od siebie separować, to nigdy nie stworzymy prawdziwego organizmu, nie stworzymy społeczeństwa, tylko wrogie, nierozumiejące się zgromadzenia ludzi.

Trzecim priorytetem – obok budowy infrastruktury i rewitalizacji – jest tworzenie miejsc pracy. Od niej przecież wszystko się zaczyna. Jeśli chcemy, by miasto w ogóle przetrwało, to musimy stworzyć podstawy do tego, by chcieć w tym miejscu mieszkać i żyć. Trzeba mieć z czego się utrzymać. W związku z tym miejsca pracy to bezsprzecznie kluczowy obszar mojego zainteresowania.

Nie mogę też pominąć czwartego obszaru, czyli partycypacji społecznej. Chodzi o faktyczne, a nie pozorowane zaangażowanie mieszkańców w sprawy życia miasta, ciągłe namawianie łodzian, by wspólnie działać i rozwijać naszą małą ojczyznę. To jest esencja mojego patrzenia na zarządzanie: aby wdrażać nie tylko to, co wymyśli i wypracuje władza, lecz także to, czego chcą i za czym głosują łodzianie. I stąd moje zabiegi, aby zaktywizować jak najszerszą część społeczeństwa, aby zachęcić ich do partycypacji, czyli – mówiąc prostym językiem – do udziału w zmianie, która się dokonuje. Bo przecież inaczej patrzy się na miasto, bardziej się je szanuje, jeśli można o nim współdecydować. „Jeśli to ja zadecydowałem, by wybudować ten skwerek, ten kawałek chodnika, to będę dbał, by on jakoś wyglądał, bo jest mi bliski. To był mój pomysł, to ja się w to zaangażowałem i nie będę się przyglądał, gdy ktoś zacznie mi to niszczyć”. I to jest fantastyczne, bo tym sposobem jesteśmy w stanie z powrotem zintegrować ludzi z naszą miejską rzeczywistością. Wyniki i skala zaangażowania łodzian w nasz pierwszy projekt budżetu obywatelskiego napawa mnie optymizmem. Ale, co ważne, przy zarządzaniu miastem trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy. Nie zawsze interes całej grupy społecznej może być tożsamy z interesem jednego czy drugiego aktywnego obywatela, polityka czy radnego. Nie tak dawno bardzo trafnie sformułowała tę myśl prof. Ewa Kucharska–Stasiak, że „czasem musi stracić jednostka, by zyskało miasto”. I w tym momencie włodarz miasta czy rada miejska też powinni spojrzeć z perspektywy dobra ogółu, a nie tylko z perspektywy pojedynczego obywatela.

Jeśli rozmawialiśmy o rewitalizacji miasta, to jaką funkcję powinno pełnić centrum Łodzi?

Kiedyś – to było wiele lat temu – byłam zwolenniczką koncepcji, by w jakiś sposób separować niektóre sfery życia, np. sferę rozrywki, sferę biznesu, sferę życia, ale to bardzo szybko się zmieniło, kiedy pojechałam do Australii, do Melbourne, i zamieszkałam w hotelu mieszczącym się w dzielnicy typowo biznesowej. Przeżyłam tam szok, widząc, że o ile w ciągu dnia wszystkie restauracje i kawiarnie tętniły życiem, o tyle po godzinie 18 robiło się tam zupełnie pusto. Sprawiało to tak przygnębiające wrażenie, że nigdy więcej nie chciałabym się znaleźć w takiej przestrzeni. Wydawała mi się ona obca i niebezpieczna. Zwyczajnie bałam się chodzić po tych wymarłych ulicach. Od tego momentu jestem zwolenniczką mieszania funkcji. Wiem, że gdy mieszkania sąsiadują z przestrzenią rozrywkową, to często na tym tle rodzą się konflikty. Każdy chciałby mieszkać w centrum, ale też uniknąć dolegliwości z tym związanych. Albo mieć ciszę, dom i las za domem, ale jednocześnie w pobliżu budynki użyteczności publicznej. To się nie zdarza. Ja jestem zwolenniczką tego, by centralna część miasta żyła przez 24 godziny na dobę, by miasto tętniło życiem. Tak jak w dużych metropoliach. To na obrzeżach powinny znajdować się sfery „uspokojonego życia”, gdzie można się wyciszyć. Jeśli natomiast ktoś decyduje się na życie w centrum, to musi się liczyć ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jeżeli ktoś ma ochotę o godzinie 23 iść ze znajomymi do restauracji czy o 2 w nocy do klubu, to restauracja i klub powinny o tej porze funkcjonować. Jestem zwolenniczką tego, by miasto nie zamierało w centralnej części.

A czy to jest możliwe? Może powinniśmy zacząć od ograniczeń dotyczących ciszy nocnej?

Na pewno tak! Ja pierwsza podpiszę projekt zakładający, że miasto może wskazać przestrzeń, która ma być przestrzenią metropolitalną, gdzie tego typu zakazy nie będą obowiązywały. Wiem, że nad takim projektem pracują moi koledzy z Unii Metropolii Polskich. Rozmawialiśmy o tym już wielokrotnie i wiemy, że potrzeba regulacji prawnej w tym zakresie. Trzeba popatrzeć na Paryż, Rzym i na inne metropolie. Ja już nie mówię o Hongkongu, gdzie życie nie zamiera nigdy… Rzeczywistość zostanie skorygowana przez rynek, ale trzeba stworzyć ku temu szansę.

z12891158Q,Ul--Wolczanska-147--Jeden-z-budynkow-wyremontowany

W takim razie wróćmy do tworzenia miejsc pracy. Gdzie Łódź może szukać swoich przewag konkurencyjnych nad Warszawą? Czy nasze miasto to idealne miejsce dla rozwijania małego biznesu, małych inicjatyw?

To jest bardzo złożone pytanie i tak naprawdę dotyczy kilku głównych kwestii, którymi powinien się zajmować prezydent miasta. Jakie są nasze przewagi? Przede wszystkim położenie i komunikacja. To jest nie do przecenienia, jeśli chcemy myśleć o konkurencyjności. Ten właśnie atut powinniśmy przedstawiać jako główny. Druga sprawa to dostęp do wykwalifikowanej kadry, szczególnie młodych ludzi. Mam, niestety, świadomość, ilu absolwentów naszych uczelni jest wchłanianych przez rynek Warszawy, Poznania czy Wrocławia, choć akurat ostatnie badania pokazały, że ten trend się odwraca. Mnie się marzy, by ci, którzy zdecydują się studiować na łódzkich uczelniach, znaleźli tu przestrzeń do kontynuowania swojego życia zawodowego. Czyli na pewno tym, co powinno stanowić zachętę dla inwestorów, jest to, że Łódź stała się eksporterem ekspertów, a u nas koszty pracy są nieco niższe niż w innych metropoliach. Atutem miasta są wyższe uczelnie, dlatego nieustannie powinniśmy pracować nad poziomem nauczania. Zadaniem miasta powinna być również pomoc w zabezpieczeniu potrzeb bytowych młodych ludzi. Przecież Łódź jest zdecydowanie tańsza od wszystkich innych dużych miast. Mamy nieporównywalnie niższe ceny… Ja się tym nie szczycę, bo wolałabym wyższe ceny i więcej ludzi. Ale to też działa jak swego rodzaju magnes, gdy za tę samą cenę można kupić prawie dwukrotnie większą powierzchnię mieszkaniową niż w Warszawie. Może to będzie kontrowersyjne, co powiem, ale cały czas uważam, że nie potrzeba nam megalomańskich zapędów i że przyszłość Łodzi leży w kontaktach z Warszawą. Dlaczego nie mieszkać w Łodzi i nie pracować w Warszawie? To jest tylko – w niedługiej perspektywie – 70 minut podróży pociągiem. Dłużej do pracy dojeżdża się z niektórych dzielnic Warszawy! To może być skuteczna symbioza. Już dziś 20 proc. studentów łódzkich uczelni pochodzi z województwa mazowieckiego! Również coraz więcej ludzi przyjeżdża z Warszawy do Łodzi w celach zarobkowych. Chcemy, by Polska miała prawdziwą metropolię, która liczy się na globalnym rynku konkurencyjnym, ale powiedzmy sobie szczerze: Warszawa z dwoma milionami ludzi nie jest konkurencją dla Berlina, Rzymu czy Londynu. Musimy myśleć, w jaki sposób stworzyć większą kondesację kapitału, wiedzy i potencjału społecznego. Według mnie koncepcja duopolis Warszawa–Łódź jest rozwiązaniem dla przyszłości Polski w ogóle, a nie wyłącznie dla tych dwóch miast.

Łódź stara się też pomagać w działalności start-upów. Jestem przekonana, że młodym ludziom należy dawać szansę. Trzeba zapewnić im tę przysłowiową wędkę, by sami mogli zawalczyć o swoją przyszłość. Tak przecież rozwija się biznes w Dolinie Krzemowej. Wiadomo, że wiele zależy od mentalności, ale przekazywanie pozytywnych praktyk również ma swój sens. Myślę, że takie inwestycje jak Art Inkubator to świetne narzędzie, które może przyciągać młodych i kreatywnych chcących związać się z Łodzią. Ostatnio wysłuchałam paru historii o start-upach powstających w Łodzi, których udziały są potem sprzedawane do Stanów Zjednoczonych, a firmy wchodzą na tamten rynek – np. firma Listonic. Napawa mnie to olbrzymim optymizmem, że łodzianie są bardzo kreatywnymi, dynamicznymi ludźmi. Chcemy skojarzyć projekt rewitalizacji elektrowni EC1 z produkcją gier komputerowych, stworzyć infrastrukturę pozwalającą ściągnąć projektantów gier. Art Inkubator jest z kolei skierowany do osób z pogranicza sztuki i nowych mediów. Prowadzimy również w Łodzi – nowatorski w skali kraju – pilotażowy program mieszkań dla młodych i najzdolniejszych studentów.

To jest bardzo ciekawy kierunek. Łódź ma przecież ogromne zaplecze mieszkań komunalnych, pytanie tylko, jak je wykorzystywać. Czy miasto potrzebuje tych wszystkich lokali?

Jeżeli dalej będziemy sukcesywnie inwestować w działania rewitalizacyjne, z sukcesem starać się o środki europejskie, to powstanie wiele ciekawej, żywej, nowoczesnej przestrzeni, którą młodzi ludzie będą mogli wykorzystać. Naszym celem jest przywracanie zdewastowanych mieszkań w centrum miasta, które od dawna nie były w użytku lub znajdują się w fatalnym stanie, choć często walczymy ze skomplikowanym stanem prawnym i własnościowym. Na skutek rewitalizacji odzyskujemy naprawdę sporo przestrzeni. Myślę, że w niedalekiej perspektywie będziemy mówili nie o stu budynkach, jak w ramach mojego Programu „Mia100 Kamienic”, tylko o tysiącu, które będziemy w stanie odnowić w ramach nowej perspektywy środków unijnych. Tu potencjał jest duży. Marzy mi się, aby w remontowanych famułach mieszkania mogli dostać młodzi, przedsiębiorczy ludzie. Jednocześnie zaczyna już być widoczny efekt skali – oddziaływanie tego procesu na innych właścicieli, którzy zaczynają dbać o swoje mienie, porównując je ze stojącymi obok odnowionymi budynkami miejskimi. O to chodzi!

Czyli koncentracja inwestycji rewitalizacyjnych zaczyna się opłacać?

Tak, jak najbardziej. Ja, kiedy tylko objęłam stanowisko prezydenta, zorganizowałam spotkanie z deweloperami, a wcześniej jeszcze z właścicielami nieruchomości, pytając: co stoi na przeszkodzie, by remontować swoje budynki. Usłyszałam tylko jedno: „Co z tego, że ja je wyremontuję? Kto mi to wynajmie?”. I faktycznie, sytuacja rynkowa jest taka, że to miasto musi dać impuls do rozwoju w tym zakresie. Jeżeli miasto remontuje należące do niego kamienice, to prywatny inwestor, który ma swoją kamienicę obok, zaczyna dostrzegać w tym sens. Dzięki temu będzie mógł proponować inne stawki i ma szansę pozyskania innych lokatorów. Dopiero wtedy to zaczyna dobrze funkcjonować i napędzać rynek związany z prywatnym biznesem i remontami. Co więcej, dzięki tym remontom trochę rozkręciliśmy rynek budowlany. Jeszcze do niedawna małe firmy remontowe podupadały, bo nie miały dla siebie odpowiedniego zakresu robót. Teraz przedsiębiorcy uwierzyli, że z tej działalności można żyć i że coś zaczyna się dziać. A to są w końcu miejsca pracy, w dodatku bardzo szybko powstające. Gdy rozmawiam z właścicielami firm, mówią oni często, że odczuwają brak specjalistów. Bezrobocie jest duże, ale hydraulika czy specjalisty od renowacji zabytków ze świecą szukać. To samo mówią wykonawcy. I tu jest miejsce dla jednego z moich priorytetów jeszcze z kampanii wyborczej na prezydenta miasta, czyli dla inwestowania i rozwoju szkolnictwa zawodowego. Ono powinno i może znów przeżywać swój renesans. Niestety, wciąż istnieje w tej kwestii problem z mentalnością rodziców, którzy pragną, by każde z ich dzieci miało maturę, ukończyło studia wyższe, nieważne jakie. Tylko że potem tacy młodzi ludzie z dyplomem w kieszeni sprzątają ulice albo zasilają grono bezrobotnych. Naprawdę, by być fajnym i mądrym człowiekiem nie trzeba mieć dyplomu magisterskiego. Niech ten dyplom zacznie coś znaczyć i będzie przeznaczony dla osób z naprawdę dużym zasobem intelektualnym. Współcześnie z pracy fizycznej można żyć na bardzo wysokim poziomie. Trzeba dać tym dzieciakom szansę na zdobycie dobrego zawodu. Jeśli ludzie chcą mieć samych omnibusów… cóż, to się nie może udać.

Proszę opowiedzieć o idei Nowego Centrum Łodzi.

To trudny, a zarazem fascynujący temat. To idea oddania mieszkańcom części bardzo ważnego terenu znajdującego się w centrum miasta. Stworzenie szóstej dzielnicy. Na miejscu zdegradowanych terenów, rozpadającej się elektrowni, ruder po budynkach kolejowych chcemy stworzyć dookoła nowego podziemnego dworca tereny inwestycyjne, wielkie centrum kultury, tereny przyjazne do mieszkania. Co ważne, oddalone od Warszawy tylko o 70 minut jazdy pociągiem. To odnowa i odbudowa centralnej części miasta na niespotykaną w Polsce skalę. Zainicjował ten pomysł Jerzy Kropiwnicki, potem były władze komisaryczne po referendum, które na szczęście plan kontynuowały. Wysiłki mojej administracji to próba wyprostowania spraw związanych z Nowym Centrum Łodzi, bo wiadomo, że to była głównie wizja i dworzec. Myśmy przejęli pomysł wizji stworzenia strefy kultury i nowej części miasta, korzystając z tradycji rewitalizacji i nowoczesności, w korelacji z budową najnowocześniejszego dworca podziemnego w Polsce. Dla mnie osobiście jest to bardzo ważny projekt, ale będący elementem koncepcji rewitalizacji śródmieścia. Co równie istotne, nie chcę, by po zakończeniu mojej kadencji istniało osobno nowe centrum i części starego. Moim marzeniem jest zintegrowanie nowego centrum z Piotrkowską i całym śródmieściem, potraktowanie tego jako globalnej rewitalizacji śródmieścia Łodzi. Na pewno jest to projekt wizjonerski, nadający miastu zupełnie inne oblicze. Nowy dworzec otworzy ciąg komunikacyjny i naturalnie spowoduje wreszcie zbliżenie Łodzi i Warszawy. Cała przestrzeń wokół dworca ma być nowym otwarciem dla miasta, zasadniczą zmianą jakościową i nadaniem Łodzi nowego kierunku rozwoju przy uwzględnieniu zarówno nowoczesności, jak i historii oraz tradycji Łodzi. EC1 i EC2 to przecież tradycja wielkiej Łodzi przemysłowej i elektrownie działające na rzecz łódzkiego przemysłu. W związku z tym Nowe Centrum Łodzi spaja wszystkie części, o których już mówiliśmy. Tak jak jego symboliczna Brama Miasta będzie magnesem przyciągającym inwestorów z racji bliskości z Warszawą, ale i nietuzinkowości przestrzeni. A do tego dochodzi jeszcze pomysł Expo – właśnie w temacie rewitalizacji miast. Mam  nadzieje, że uda nam się o to wydarzenie skutecznie powalczyć, a nawet jeśli nie – pozostanie przynajmniej możliwość pokazania tej przestrzeni, co też jest elementem prorozwojowym naszego miasta, możliwością zaistnienia w świadomości inwestorów i zwykłych ludzi, że miasto z taką przestrzenią w centrum na mapie Polski w ogóle istnieje. A naprawdę trudno jest się przedostać z tą informacją do szerszego grona. Nie wspomnę, że Nowe Centrum Łodzi to również tysiące miejsc pracy, generowane przez inwestycje – zarówno te tymczasowe, jak i trwałe. W końcu dziesiątki, setki ludzi pracują już tam w tej chwili.

Jak tlenu potrzebujemy dobrej i właściwej promocji, również – a może przede wszystkim – tej do wewnątrz. Łódź to wyjątkowe miejsce, wyjątkowa architektura, świetne imprezy, miłe kafejki, udane koncerty, niezwykły projekt rewitalizacyjny. Ta łódzka wizerunkowa łatka jest do odklejenia, bo już dziś zaczyna być po prostu nieprawdziwa. Co to za problem, by przyjechać do Łodzi na weekend, skoro z najodleglejszego punktu Polski podróż potrwa maksymalnie 4 godziny?

A co, zdaniem pani prezydent, jest symbolem miasta, który warto promować?

Na pewno cały czas warto promować unikalną tkankę miejską – budynki i klimat związany z Łodzią pofabryczną. Chodzi o całą spuściz-nę fabrykancką, unikalną w skali Europy. Niektórzy z nas nie potrafią się tym zachwycać, ale kiedy rozmawiam z osobami spoza Łodzi, słyszę ich zachwyt i niedowierzanie. Z chwilą, gdy zakończymy budowę Nowego Centrum Łodzi, jeśli chodzi o jakość budynków, ze spokojem będziemy mogli rywalizować np. z Barceloną czy Paryżem. Wiadomo – one są zupełnie inne. Barcelona to XVII w., podczas gdy Łódź to wiek XIX. Nie mamy zabytków starożytnych, jak Rzym, ani nawet XV-wiecznych, ale mamy niesamowitą tkankę i miasto zbudowane w całości przez fabrykantów, które pokazuje historię burżuazji i powstanie klasy kapitalistów. To jest coś niebywałego, a my tego nie doceniamy. Blisko 250 pałaców i willi fabrykanckich! Tak naprawdę powinno się zrobić ścieżkę śladami łódzkich fabrykantów i pokazać łódzkie dziedzictwo. Poza tym powinniśmy promować sferę kultury. Kultura offowa w Łodzi jest niespotykana na skalę całej Polski. Nie ma innych miejsc, gdzie oddolnie tworzyłby się tak pozytywny ferment. Cały czas za mało znane są Muzeum Sztuki i MS2. To są jedne z największych zbiorów sztuki współczesnej w Europie. Kolejnym najnowszym zjawiskiem są murale, o których już dziś swoje programy produkuje CNN. W Łodzi potrafimy świetnie zorganizować przestrzeń miejską i skojarzyć ją ze sztuką ulicy. Myślę też, że owocnie rozwinie się sfera związana z designem i modą – niejako wnuczętami łódzkiego dziedzictwa przemysłu tekstylnego. Powinniśmy iść w stronę przemysłów kreatywnych, bo to ta rzecz, która może Łódź wyróżnić na mapie i Polski, i całej Europy.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
HannaZdanowska
@ HannaZdanowska