Miotamy się

Drukuj
Pracownicy uniwersytetów miotają się między postulatami komercjalizacji, patentowania, praw autorskich, wskaźnikami liczonej w punktach, efektywności i rosnącymi aspiracjami finansowymi a wspomnieniem bezinteresownej misji, poszukiwania prawdy, osobistej, nieklasyfikowanej wolności jednym słowem – etosu. Kim ma być pracownik naukowy?

Od pewnego czasu każdą wypowiedź na temat polskich uniwersytetów rozpoczynam tak samo. Drodzy Państwo – zajrzyjcie na strony www.uj.edu.pl, www.uw.edu.pl, www.sggw.pl, www.uni.wroc.pl. Odwiedźcie po prostu stronę główną dowolnie wybranej polskiej uczelni państwowej. A teraz wyobraźcie sobie, że Internet to Trobriandy lub Ziemia Ognista, a wy badacie jego zasoby z równą uwagą, z jaką Malinowski i Darwin pochylali się nad obyczajami tubylców i specyfiką fauny. Co zobaczycie? Tym, którzy czytając ten tekst pozostają off-line – podpowiem. Zobaczycie, jak nieważne zastępuje ważne – jak informacje o trzeciorzędnej wystawie fotografii, koncercie zespołu folklorystycznego, pogrzebie, mszy i ogłoszenie przetargu, zagłuszają informacje istotne. Jak potok codzienności zagłusza to, o czym tylko szemrzą podstrony – badania, naukę, życie intelektualne. Na szczególną uwagę zasługuje projekcja wyobrażeń o naturze studentów i kandydatów – indywiduów żądnych darmowych koncertów i zniżek, które wabi się na uczelnie żonglując obietnicami stypendiów, ale nigdy nie traktuje jako partnerów w rozwoju nauki. Wierzę stronom internetowym jako narzędziu wglądu, bo porządek zamieszczanych na nich informacji – od zaproszenia na mszę po informację o zdobytych funduszach na remonty budynków – odzwierciedla wyobrażenia o sobie samych. Instytucje z kryzysem tożsamości.

"Chaos"
„Chaos”

W żadnej z państwowych instytucji w Polsce nie panuje taki poziom zagubienia i dezorientacji, jeśli chodzi o cel i sens pracy, jak na uczelniach. Pracownicy uniwersytetów miotają się między postulatami komercjalizacji, patentowania, praw autorskich, wskaźnikami liczonej w punktach, efektywności i rosnącymi aspiracjami finansowymi a wspomnieniem bezinteresownej misji, poszukiwania prawdy, osobistej, nieklasyfikowanej wolności jednym słowem – etosu. Kim ma być pracownik naukowy? Sprawnym menedżerem projektów badawczych czy bezinteresownym odkrywcą prawdy? Nauczycielem zawodowym czy mistrzem, wprowadzającym idee i rozszerzającym horyzonty? Kim jest – nisko opłacanym wyrobnikiem, którego etos nie pozwala jednak otwarcie mówić o pieniądzach czy zaradnym przedsiębiorcą nauki, którego pasja poznawcza jest równie rozwinięta jak umiejętność obliczania jej wartości rynkowej? Zapewne – gdzieś pomiędzy. I to jest być może najgorsze rozwiązanie. Nie wierzę w cud, który polegałby na tym, że wychowawcy o rozchwianej tożsamości wychowają pokolenie o spójnym systemie wartości i przekażą mu jasne zasady postępowania. Ktoś, kto uczy przykładowej historii idei politycznych, musi na swój własny użytek rozumieć, jaki jest sens tej wiedzy w horyzoncie myślowym studentów. Czy wychowuje polityków i ich doradców czy kształci ludzi „dobrze wychowanych” o niejasnej na początku drodze życiowej. Czy mówić o poznawaniu prawdy i zwiększaniu zrozumienia, czy praktycznym szkoleniu umiejętności. Niejasna i rozchwiana „społeczna rola uczonych”, odwołując się do klasycznej książki Floriana Znanieckiego, nie pozwala sformułować jasnej odpowiedzi. Strony internetowe pokazują to bardzo dobitnie: jesteśmy na początku zmiany, trwamy w kryzysie. Miotamy się między gospodarską radością z remontu elewacji a pisanymi drobnym drukiem tytułami referatów, zrozumiałych tylko dla wtajemniczonych. Sami nie wiemy, co jest ważne a to, co cenimy, poddajemy w wątpliwość, bo wydaje się anachroniczne.

Możemy zresztą mówić „uniwersytet”, ale złudne jest założenie, że dyskutujemy o kondycji i roli monolitu. Uniwersytet to archipelag, który tworzą wysoko rozwinięte wydziały-wyspy, prowadzące spójną politykę naukową i edukacyjną, i zagubione w czasie twory, których pracownicy cierpią wraz ze studentami w zapleśniałych pokoikach. Jak to możliwe, że ta sama instytucja i ten sam pracodawca utrzymuje oba byty w ramach własnej struktury? Jak to się dzieje, że pracownicy, którym umowy o pracę przygotowuje ten sam, koniec końców, zespół uczelnianych prawników, stawiani są wobec skrajnie różnych wymagań? Dlaczego autonomia wydziałów i względna autonomia instytutów oznacza, że z tych samych podatków, w oparciu o te same przepisy, funkcjonują naukowcy i sprytni organizatorzy własnego zaplecza socjalnego, dla których uczelnia jest po prostu stabilnym płatnikiem ZUS umożliwiającym bezpieczne dorabianie? Dlaczego jedni pracowicie zbierają punkty a drudzy trwają dzięki towarzyskim układom z dziekanem czy dyrektorem? Jak to jest możliwe, że w państwowej, koniec końców, instytucji, stosowane są skrajnie odmienne systemy oceny pracowników i zależą one jedynie od osobistego systemu wartości ich zwierzchników? Na czym polega zatem instytucjonalizm uniwersytetów? Dlaczego zgadzamy się na te niespójności?

Studenci, wybierając kierunek studiów, podejmują decyzję w oparciu o zawartą w kierunku studiów obietnicę kształcenia. Mądrze lub głupio, decydują się spędzić pięć lat na danym wydziale, myśląc o zajmowaniu się stosunkami międzynarodowymi, socjologią, fizyką czy chemią. Nie wiedzą, naiwni, że największy wpływ na ich przyszłe życie intelektualne będą miały nie tylko nazwy przedmiotów, ale konstytucja wyspy, na którą trafią, nieświadomi zróżnicowania archipelagu. Dołączą do zespołów projektowych, będą jeździć na staże i uczestniczyć w konferencjach albo spędzą lata w wielkich salach audytoryjnych ze słabym nagłośnieniem, słuchając wykładu z kartki, którego słuchali również ich młodsi wykładowcy – w swoim czasie. Dostaną później takie same dyplomy i będą wymieniać nazwę tej samej uczelni.

Złość i irytacja, którą budzą wypowiedzi pracowników uczelni, nie dotyczy zawiedzionych nadziei związanych z przygotowaniem do pracy studentów. Nie sądzę, żeby ktoś wybierając politologię czy stosunki międzynarodowe liczył na to, że istnieje bezpośredni związek między studiami a pracą. Choć wiele dałabym, żeby zrozumieć motywacje rzeszy współczesnych studentów tych kierunków i władz uczelni do ich masowego uruchamiania. Czy chodzi tylko o to, że są to kierunki tanie w realizacji?

Moja złość dotyczy obłudy. Obłuda polega na maskowaniu rozchwiania – między wyobrażeniem pełnionej roli a oczekiwaniami jej aktualizacji w stosunku do apetytów konsumpcyjnych. Wara wam od ingerencji w subtelne mechanizmy procesów naukowych, ale płaćcie nam tak, jak pracownikom sektorów, w których praca jest oceniana rynkowo. Upominanie się o szacunek i wolności wynikające z etosu służby i jednoczesne żądania korzyści ekonomicznych, które są pochodną etosu przedsiębiorcy, skazuje naukowców na frustrację wynikającą ze sprzeczności.

Nie umiem sobie wyobrazić, w jaki sposób miałby się dokonać cud, że studenci formowani przez rozchwianych aksjologicznie wychowawców, mieliby opuszczać mury uczelni jako spójnie ukształtowani ludzie, świadomi swojego miejsca w społeczeństwie i na rynku pracy. Studenci studiują nie wiadomo po co – i takie dałabym im prawo godząc się na niedoświadczenie młodości i możliwość popełnienia błędu. Nie wybaczam natomiast pracownikom uczelni ich niepewności – dlaczego tu, dlaczego to, dlaczego tak. Nie wybaczam konformizmu – tym, którzy zostają na uczelni ze względu na komfort niekaralnego lenistwa lub brak alternatywnego pomysłu na samych siebie, i tym, którzy bronią korporacyjnych reguł ze strachu. Zbyt dobrze pamiętam zbiorowy wysiłek odgadywania myśli szefowej zakładu, lizusostwo, hipokryzję z kilku lat pracy przy Nowym Świecie. Zbyt dobrze pamiętam jakość kilku lat pracy z mistrzami w innym miejscu, żeby myśleć o konieczności zgody na bylejakość. Nie wybaczam zgody na oportunizm, który jest pochodną towarzyskich uwikłań. Zbyt dobrze pamiętam obłudę i fikcję konkursów, całkowitą zależność karier od osobistych relacji ze zwierzchnikami.

Nie sądzę, żeby kryzys na rynku pracy był wyłącznie pochodną słabego przygotowania absolwentów. Niezależnie, ale przecież raczej spójnie z oficjalnie głoszonym programem, nasz system edukacji na każdym szczeblu ustawiony był w sposób odzwierciedlający wartości kultury. Bierność, posłuszeństwo, zdolność adaptacji, oportunizm. Niezależnie od tego, czy uczelnię opuszczał nauczyciel, inżynier czy urzędnik, wszyscy w procesie socjalizacji przyuczani byli do pracy w systemie, koniec końców – etatowym. Jak miałoby być możliwe tak szybkie przestawienie zwrotnic, żeby nagle cały proces wychowania skierował się na kształtowanie przedsiębiorczych ludzi, myślących projektowo, obdarzonych indywidualną sprawczością? Czy jako społeczeństwo bylibyśmy gotowi na ich przyjęcie? Czy pracodawcy nie są obecnie równie rozchwiani, jak wychowawcy z uniwersytetów – miotając się między oczekiwaniem samodzielności a posłuszeństwem, kreatywnością a niezgodą na odmienność, odpowiedzialnością a podległością, gotowością do ryzyka a potrzebą bezpieczeństwa? Paideia nie powstaje w izolacji. No to rozmawiajmy – jakim społeczeństwem chcemy być?

Czytaj również
  • Mateusz

    Pani Ilono, jest dużo gorzej niż Pani to opisuje. Naukowiec i dydaktyk powinni załatwiać dla uczelni granty, bo na każdym z nich uczelnia zarabia około 40 procent

*
IlonaIłowiecka-Tańska