Mój dziwny kraj i jego dziwna religia

Drukuj

Spróbuję spojrzeć na Polskę i jej religię oczami kogoś zupełnie bezstronnego – nie będącego Polakiem, nie będącego katolikiem, ale nie uprzedzonego, choć i nie szczególnie życzliwego – ani Polsce, ani katolicyzmowi. Jeśli sprzeniewierzę się temu, czyli napiszę tu coś stronniczego – przegrałem. Proszę jednak nie mylić stronniczości z brakiem życzliwości. Życzliwość nie jest moim obowiązkiem (bo mogę być obojętny, jakkolwiek powinienem doszukiwać się u ludzi raczej dobrej niż złej woli); bezstronność zaś – owszem.

1. Polska jest państwem wyznaniowym

Polska jest krajem katolickim, jakkolwiek jej mieszkańcy na ogół nie uważają, aby była państwem wyznaniowym. Faktycznie, poza zapisami o wartościach chrześcijańskich (ludzie rozumieją przez to na ogół wartości Dekalogu, tysiąc lat od chrześcijaństwa starszego – ale trudno, aby naród nazywał swój matecznik aksjologiczny „wartościami żydowskimi”) w dwóch bodajże ustawach (edukacyjnej i medialnej) nie ma formalno-prawnych potwierdzeń wyznaniowego charakteru państwa.

Zwykle jednak mówiąc „państwo wyznaniowe” mamy na myśli nie tyle istnienie takiego zapisu w konstytucji, lecz pewne fakty – takie jak uprzywilejowana pozycja prawna i fiskalna pewnej organizacji religijnej w państwie, finansowanie praktyk religijnych i nauki religii ze środków publicznych, stałą obecność symboliki religijnej w ceremoniale państwowym i w budynkach publicznych oraz obecność doktryn religijnych w oficjalnym dyskursie władz państwowych, wreszcie tak daleko posuniętą niezależność dominującej instytucji religijnej od państwa, iż nie ma ono możliwości kontrolowania jej działalności i finansów, tak jak kontroluje ono działalność i finanse wszystkich innych organizacji. Jeśli jakieś państwo spełnia wszystkie lub prawie wszystkie te warunki, jest „państwem wyznaniowym”.

Rzecz jasna, Polska spełnia te wszystkie warunki, a nawet więcej: oprócz wszechobecności religii katolickiej w oficjalnym życiu państwa polskiego, obfitego finansowania przez państwo Kościoła i nauczania religii w szkołach, oprócz przywilejów fiskalnych i ubezpieczeniowych, radykalnego uprzywilejowania (wraz z innymi Kościołami i związkami wyznaniowymi) w reprywatyzacji – Kościół nie może być w Polsce przedmiotem bezpośredniej krytyki, wyjąwszy media niszowe. Nie wynika to z żadnych zapisów, ale ze starannej autocenzury mediów, a nawet autorów. Nie ma mowy o krytyce nie tylko doktryn katolickich (zwanych zwykle Nauczaniem), ale nawet biskupów (wyjątkiem są sprawy o pedofilię), nie mówiąc już o papieżu. Postać papieża, a nawet biskupa nie pojawia się nawet w programach satyrycznych. Odwrotnie zaś – jak najbardziej – poglądy z katolicyzmem sprzeczne lub mu niechętne – publicznie potępiane są w jak najostrzejszych słowach, ocierających się o język nienawiści, by wspomnieć znaną inwektywę „cywilizacja śmierci”, z grubsza obejmującą współczesną kulturę życia publicznego i kulturę prawną społeczeństw liberalnych.

W normalnym sensie, w jakim bezstronni ludzie używają określenia „państwo wyznaniowe”, Polska jest więc bezspornie takim państwem. Nie próbuje się zresztą specjalnie tego maskować. Krzyże wiszą w sejmie, w pałacach władzy znajdują się katolickie kaplice, religia jest jednym z głównych przedmiotów nauczania w szkołach (jedna, a częściej dwie lekcje w tygodniu od przedszkola do matury, dla ok. 80-90% uczniów), Kościół hojnie obdarzany jest gruntami i budynkami. Programy katolickie i propagujące katolicyzm (łącznie z krzewieniem wieści o cudach) w ogromnej liczbie nadawane są przez media publiczne, księża obecni są na wszelkiego rodzaju uroczystościach publicznych i proszeni o opinie we wszystkich sprawach (ciekawostka osobista: nigdy nie uczestniczyłem w programie telewizyjnym, w którym nie byłoby księdza). Pisma Jana Pawła II, przypominające te czy inne fragmenty doktryny katolickiej, traktowane są jak wyrocznia, z którą niemożliwa jest dyskusja, sama zaś postać papieża-Polaka jest przedmiotem masywnego, nie znającego chyba żadnych granic kultu państwowego (w takiej skali niewidzianego w Polsce od czasów Józefa Piłsudskiego, choć jeszcze chyba większego – bo Stalina i Bieruta jako postacie zbrodniczego reżimu komunistycznego z porównań wyłączam). Co gorsza, prawie nikt nie ma dość odwagi na to, by powiedzieć głośno „kultowi jednostki stop!”, by sprzeciwić się nazwaniu imieniem Jana Pawła II kolejnej ulicy, szpitala czy szkoły. Swoją drogą, zwykle przywódcy nie lubią, gdy stawia się im za życia pomniki i oponują przeciwko temu ?- pomniki takie nie sytuują ich bowiem w dobrym towarzystwie. Z Janem Pawłem II było jednak inaczej – nie tylko nie oponował (gdyby był to uczynił, z pewnością zastosowano by się do jego zalecenia), ale przychylnie patrzył na rosnący kult swojej osoby. Dla postronnego, nieuprzedzonego obserwatora, nie jest to fakt zachęcający do katolicyzmu ani budzący szacunek. Warto pamiętać, że gdy w XVI wieku zaczęto stawiać pomniki żyjącym papieżom, stało się to jedną z pobudek dla ruchu reformacji.

Trzeba przyznać w tym miejscu, że skrajnym przejawem ustroju państwa wyznaniowego jest istotny udział instytucji religijnej w stanowieniu prawa oraz w codziennym życiu politycznym, co w Polsce nie jest rutyną. Pomijając tu kwestię statusu prawa kanonicznego na terenie RP, o czym będzie jeszcze mowa, można wręcz powiedzieć, że w Polsce udział ten ograniczony jest tylko do kwestii bezpośrednio interesujących, z takich czy innych powodów, Kościół katolicki. Trudno wszelako wyobrazić sobie, by jakieś życzenie Kościoła w zakresie stanowienia prawa, a zwłaszcza prawnych gwarancji przywilejów kościelnych (odszkodowania za utracony majątek, reprywatyzacja, przywileje podatkowe, ubezpieczeniowe itd.), nie zostało przez władzę ustawodawczą uwzględnione. Co najwyżej w niektórych spornych przypadkach ustawodawstwo po prostu nie rozwija się, gdyż nie życzy sobie tego Kościół. Tak jest w dziedzinie bioetyki, w której przyjmowanie bardziej szczegółowych regulacji mogłoby oznaczać coś więcej (tj. jakieś bardziej elastyczne i różnicujące ujmowanie rzeczywistości), niż bezwzględne zakazywanie takiej czy innej praktyki, potępianej przez Kościół.

Jeśli zaś chodzi bezpośrednie o uprawianie polityki przez Kościół (co jest rzeczą typową dla państw wyznaniowych, jakkolwiek samo w sobie bynajmniej naganne nie jest), to przynajmniej raz po 1989 r. Kościół odegrał rolę kluczową, a jednocześnie negatywną. Stało się tak mianowicie w roku 2005, kiedy to w kurii warszawskiej, pod patronatem Kościoła, przed kamerami kościelnej telewizji, zawarto koalicję PiS z organizacjami, które trudno było podejrzewać o szczególne cnoty chrześcijańskie.

Wyznaniowy charakter państwa wiąże się jednak przede wszystkim z oficjalnym uznaniem przez państwo Kościoła katolickiego za niekwestionowany autorytet moralny, z którego stanowiskiem się nie dyskutuje. Bezstronny obserwator bardzo się dziwi zwłaszcza temu, że duchowni katoliccy z wyjątkowym upodobaniem i wyjątkowo często komentują zagadnienia życia rodzinnego i seksualnego, w których to dziedzinach z zasady i z wyboru mają jak najmniejsze doświadczenia osobiste. Jan Paweł II napisał nawet książkę z zakresu seksuologii – w której na wstępie tłumaczy, że wprawdzie nie ma doświadczeń własnych, ale ma wiedzę pochodzącą ze spowiedzi. Broni się tam tezy, że kochanie się z kobietą, która nie jest własną żoną, narusza jej godność i oznacza traktowanie przedmiotowe (tzn., prawdopodobnie, na podobieństwo rzeczy). Podobnie zdumiewające teorie są przez katolików głoszone w odniesieniu do innych spraw płci, np. homoseksualizmu. W polskich szkołach naucza się (na lekcjach religii), że czynny homoseksualizm jest „nieładem” (jest to bodajże eufemizm oznaczający „grzech”) i osoby o takiej seksualności powinny powstrzymać się od uprawiania miłości. Być może powstrzymywanie się od seksu jest dla duchownych betką, ale dla większości ludzi nie – przeto, jak zresztą dobrze wiadomo z psychologii, wzbudzanie w dzieciach poczucia winy w związku z homoseksualizmem i odwodzenie od życia płciowego szkodzi ich samopoczuciu i rozwojowi psychoseksualnemu. Tylko w państwie wyznaniowym możliwe jest, by za pieniądze państwa, w publicznych szkołach, uczyć dzieci, że homoseksualizm jest złem. W tych samych szkołach – z uwagi na znaczenie, jakie mają w nich księża oraz z powodu ogólnie panującej pokory w stosunku do Kościoła katolickiego – nie naucza się prawie wcale o rzeczach tak ważnych, jak pochodzenie i dzieje religii. Trudno też wyobrazić sobie otwarte mówienie (czy to w szkołach, czy to w mediach) o najciemniejszych stronach historii Kościoła, chyba że w kontekście umniejszania ich znaczenia.

W ogólności zadziwia występowanie Kościoła w roli autorytetu moralnego. Przecież Kościół katolicki nie brał udziału, a często gwałtownie przeszkadzał w rewolucji moralnej – która w ciągu ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat nauczyła nas, że złem jest przemoc fizyczna, a dobrem równość, wolność i swobody polityczne, demokracja i jawność życia publicznego. Kościół współczesny popiera wprawdzie wolność słowa, demokrację itp. wynalazki liberalne, ale czyni to jako spóźniony maruder, po wielu latach burzliwego ich zwalczania. Czy to jest pozycja, z której wypada wchodzić w buty autorytetu i mentora moralności publicznej? Podobnie ma się sprawa z przywilejami, z których korzysta Kościół. Czy wypada występować w roli autorytetu publicznego instytucji, która godzi się na status ekonomicznego i prawnego uprzywilejowania, a więc na przykład godzi się (a kto wie, czy wręcz nie domagała się) na ustawowe pierwszeństwo w procesie reprywatyzacji, korzystając z dobrodziejstwa całkowitego zadośćuczynienia, podczas gdy osoby prywatne – zgodnie z duchem prawa i nauką chrześcijańską stojące przed każdą instytucją i mające pierwszeństwo przed nimi w kolejności wyrównywania krzywd – nie korzystają z podobnego dobrodziejstwa wcale?

2. Czy Polska naprawdę jest tak bardzo katolicka?

W myśl doktryny katolickiej, należy żyć skromnie i w czystości. Nie wolno się rozwodzić i należy mieć sporo dzieci. Niedozwolona jest aborcja, antykoncepcja i nieskromne zachowanie, pijaństwo zaś jest bardzo ciężkim grzechem. Trudno jednak znaleźć kraj, gdzie tak wiele kobiet pokazuje publicznie brzuchy a seksualność tak wyziera z każdego kąta. W niewielu krajach jest tyle nierządu, aborcji i pijaństwa. Mało gdzie moralność publiczna stoi tak nisko, a przestrzeń publiczna tak bardzo narażona jest na chuligańską dewastację. W niewielu krajach włóczą się po nocach pijane i rozwrzeszczane hordy, burdele mnożą się w najmniejszych nawet miasteczkach, a cokolwiek zostanie na ulicy lub w parku postawione niezawodnie zostanie za jakiś czas zniszczone. Kto był w Skandynawii albo w Korei wie, jak wielka może tu zachodzić różnica w poziomie moralności publicznej, i to właśnie rozumianej tak, jak rozumieją to katolicy – w dość ścisłym związku z kwestią czystości i skromności.

Jeśli „bycie katolikiem” oznacza przestrzeganie nakazów moralności katolickiej, to z pewnością katolickość Polski pozostawia wiele do życzenia. Wiemy wszelako, że w odróżnieniu od paru innych religii, katolicyzm nie wyklucza, aby grzesznik nadal pozostawał wyznawcą. Trzeba więc jakoś węziej zakreślić kryteria bycia katolikiem. Sądzę, że roztropnie będzie uznać za katolika kogoś, kto po pierwsze jest ochrzczony w Kościele katolickim, po drugie ma pewne niewielkie choćby pojęcie o doktrynie katolickiej, a po trzecie co najmniej czasami uczestniczy w nabożeństwach.

Faktem jest, że warunek pierwszy spełnia ogromna większość Polaków. Bywa to nawet postawą do głoszenia tezy, jakoby 90% Polaków była katolikami, jakby kto zapomniał, że do chrztu zwykle nie idzie się z własnej woli. Znacznie gorzej jest z drugim warunkiem. Z moich doświadczeń nauczyciela filozofii wynika, że ogromna większość młodzieży nie zna podstawowych dogmatów katolickich, chociaż uczyła się religii przez wszystkie lata szkoły, nie mówiąc już o słuchaniu kazań. Ci sami młodzi ludzie nie przejawiają też zwykle żadnej gotowości podporządkowywania się wezwaniom Kościoła w zakresie życia prywatnego, jak np. powstrzymywanie się od seksu przedmałżeńskiego, związków homoseksualnych czy antykoncepcji. Nie posiadają żadnej wiedzy o Biblii, nie słyszeli o doktorach Kościoła a tym bardziej nie wiedzą, jakie są ich poglądy. Nie mają też zwykle żadnego pojęcia o etyce Kościoła katolickiego, wyjąwszy to, że słyszeli wiele razy o godności i „prawie do życia od poczęcia do naturalnej śmierci”. Jeśli chodzi o kryterium trzecie, to faktycznie spełnia je bardzo wielu Polaków. Chodzenie do kościoła na mszę uważają oni jednak zwykle za rytuał społeczny, czyli obyczaj, a więc ich religijność jest raczej kulturowa niż autentyczna. Do tych utartych obyczajów należy również chrzczenie dzieci, stąd nawet osoby obojętne religijnie zwykle dzieci swoje chrzczą, utrzymując w ten sposób tak wysoki odsetek formalnych katolików w społeczeństwie.

Konkludując, wydaje się, że – stosując wymienione rozsądne kryteria – należy uznać, iż w Polsce jest wielu katolików, jakkolwiek zapewne nie jest to większość społeczeństwa, a na pewno nie jest to większość wśród młodzieży. Daleko nam do tego stopnia katolickości społeczeństwa, którym poszczycić się mogą niektóre kraje Ameryki Łacińskiej, a w Europie Malta i Irlandia. Zapewne zresztą osób religijnych będzie w Polsce ubywać, bo takie są tendencje w świecie zachodnim. Na przykład w sąsiednim społeczeństwie czeskim, religijność jest marginalna, co zresztą nie powoduje żadnego ubytku w moralności Czechów, a wręcz, zważywszy wyżej wspomniane aspekty życia moralnego, nasi południowi bracia stoją od nas wyżej.

Inna rzecz, że polski katolicyzm jest zupełnie czymś innym niż katolicyzm w takiej na przykład zachodniej Europie. Dla katolików z Zachodu nie tylko „integryzm” pewnych odłamów polskiego Kościoła, nacjonalizm i ksenofobia, ale nawet takie rzeczy jak zbieranie pieniędzy na tacę i nie rozliczanie się z nich przed wiernymi albo wycieczki przeciwko homoseksualistom i liberałom są po prostu egzotycznym anachronizmem, godnym politowania. (Mam takie wspomnienie: katolicki ksiądz z Australii, bioetyk, mówi do mnie: „proszę mi łaskawie wybaczyć, jeśli okaże się, że uległem jakimś przesądom i uprzedzeniom, ale słyszałem, że w Polsce w kościołach rzuca się pieniądze na tacę – czy to może być prawda?”.)

3. O co chodzi w chrześcijaństwie?

Dla osób postronnych i nieuprzedzonych chrześcijaństwo jest bardzo osobliwą religią. Dziwną przede wszystkim dlatego, że nader trudną do zrozumienia – a jednocześnie tak bardzo pewną swych racji, że gotową krzewić się wśród wszystkich ludów, kosztem śmierci ich lokalnych wyznań i kultów, jak to stało się i u nas w ciągu późnego średniowiecza, gdy rodziła się i krzepła katolicka Rzeczpospolita.

Może najtrudniej zrozumieć niekatolikom, że chrześcijanie oddają cześć boską człowiekowi (Jezusowi), twierdząc jednocześnie, że Bóg jest jeden i że jest niecielesny. Prawdę mówiąc, twierdzą nawet więcej niż to, że pewien człowiek jest Bogiem, lecz że Bóg jest jednością w aż trzech osobach. Ta jedność jest doskonała i absolutna, a ta troistość nie mniej przez to prawdziwa i rzeczywista. Trudno zrozumieć tę tezę i dlatego przedstawiana jest ona wyznawcom jako tajemnica wiary. Inna trudna do zrozumienia rzecz znowu wiąże się z postacią Jezusa. Wyznawca musi zrozumieć, że był on Chrystusem, czyli zapowiadanym w Biblii Mesjaszem, choć przecież żadna odnowa i wybawienie Żydów ani innych narodów wraz z Jezusem ani po jego śmierci bynajmniej nie nastąpiło. Co więcej, chrześcijanie wierzą, że Jezus umarł na krzyżu dla odkupienia win ludzkich wobec Boga, co zakłada, że nieskończenie doskonały Bóg zdolny jest do odczuwania cierpienia i że dla wybaczenia ludziom grzechów sam (bo Jezus jest Nim samym – Synem w jedności z Ojcem) musi siebie przebłagać i złożyć sobie samego siebie w ofierze.

Wiemy, że teologowie tłumaczą te osobliwości wiary na różne sposoby (niektóre nawet znam), ale faktem jest, że zwykli wyznawcy najczęściej nic o tych wyjaśnieniach nie wiedzą. Tym bardziej mają prawo dziwić się postronni, którzy stają wobec osobliwości chrześcijaństwa zupełnie bezradni. Szczególny dreszcz metafizyczny przeszywa zaś niechrześcijanina, gdy styka się z jakże archaicznym i na ogół przecież wypartym już ze zbiorowej świadomości ludów, motywem, jaki dochodzi do głosu w rytuale, którego częścią są słowa „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy…”. W ogólności jest czymś niezwykłym i wprost niewytłumaczalnym, że mitologia starożytnych Żydów, z całą jej osobliwością i historycznymi oraz geograficznymi uwarunkowaniami, stała się podłożem wyobraźni religijnej dla wielu ludów żyjących w wielkim oddaleniu od Palestyny i wszelkiej pustyni w ogóle.

Katolicy wierzą, że Bóg jest jeden, a żaden człowiek (poza Jezusem) nie ma natury boskiej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że – na przekór doktrynie – traktują Matkę Boską jak boginię, a nie człowieka. Zdarza się nawet (i to nierzadko), że katolicy modlą się (choć nie jest to zgodne z nauką Kościoła) do świętych. Ci ostatni także są zresztą osobliwością katolicyzmu. Dlaczego modlitwa do Boga ma być skuteczniejsza, gdy za naszą sprawą orędować będzie jakiś święty? Czyżby Bóg słuchał doradców, niczym król? Czyżby trzeba było załatwiać sobie do niego „dojścia”, niczym do jakiegoś księcia? Kult świętych – opiekunów i orędowników – czasami przeradza się nawet w kult dygnitarzy Kościoła. W Polsce można wręcz odnieść wrażenie, zważywszy na przykład na liczbę czczonych wizerunków i miejsc nawiedzenia, iż większym kultem darzony jest Jan Paweł II niż Jezus. Być może faktycznie nie jest to prawda, niemniej jednak z pewnością w naszym kraju kult człowieka, symbolizującego godność narodu polskiego, w jakimś sensie rywalizuje z kultem Boga.

O wiele bardziej zrozumiałe od idei religijnych wydają się doktryny filozoficzne i etyczne Kościoła katolickiego. Pochodzą one głównie ze źródeł greckich i reprezentują to, co w nich najlepsze: łączą arystotelesowską metafizykę (teorię substancji) i doktrynę cnót (aretologię) z platońską teorią idei (rozumianych jako myśli Boże) i partycypacji oraz stoicką etyką prawa naturalnego, do czego pisarze chrześcijańscy dołączyli kilka nowych elementów, jak nauka o istocie i istnieniu, o transcendentaliach, o sumieniu i cnotach teologicznych. Jako filozof, uczony tych doktryn na KUL, muszę przyznać, że pomimo swego synkretyzmu (Platon, Arystoteles, stoicy i neoplatonicy do spółki), należą one do najpiękniejszych zabytków filozofii. Są to jednak właśnie tylko zabytki – nikt poza osobami z racji zawodowych zobligowanych do ich krzewienia i obrony, tych starożytnych i średniowiecznych zabytkowych doktryn nie wyznaje ani nie traktuje poważnie jako aktualnej propozycji teoretycznej. Robią to wyłącznie katolicy, zwykle zresztą duchowni. Choć jest ich wielu, to przecież nie zmienia to faktu, że są to dziś doktryny podtrzymywane urzędowo, a nie broniące się w wolnej przestrzeni publicznej i akademickiej, a więc pewna formacja niszowa. Wyjątek stanowi przyjęty niedawno w katolicyzmie wątek personalistyczny (w średniowieczu jakoś obecny, ale słabo się zaznaczający), bo podobne przekonania (doktryna o osobie i jej godności) spotyka się w różnych wersjach również wśród protestantów i Żydów.

Tak czy inaczej, są to wszystko całkowicie wyznaniowe poglądy, nie mające żadnego sensu i znaczenia poza kontekstem wiary w Boga osobowego. Roszczenie, iż takie religijne na wskroś i metafizyczne poglądy, zupełnie nieobecne we współczesnym życiu intelektualnym poza Kościołem, mogły stanowić podstawę do stanowienia prawa (a w tym ustanawiania zakazów) dla wszystkich obywateli, a w tym i niekatolików, jest nad wyraz aroganckie. Niestety, w Polsce żądania stanowienia praw pod dyktando średniowiecznych doktryn religijno-filozoficznych, w rodzaju doktryny prawno-naturalnej, jest normą, a pytanie o moralny status wysuwania takich żądań nawet nie pada.

Chwaląc tradycję filozofii katolickiej, muszę jednakże wyłączyć z tego pewne doktryny etyczne (doktryny polityczne i społeczne, w rodzaju potępienia pożyczki na procent, pomijam, bo nikt ich już na serio nie głosi). Niektóre więc elementy etyki katolickiej wydają mi się bardzo mało przekonujące (także moralnie), nawet w intelektualnych warunkach średniowiecza. Katolik (wykształcony) uważa, że najważniejszym kryterium moralnej wartości czynu jest głos sumienia. Niestety, różnie głos ten brzmi, wobec czego implicite zakłada się, że będzie to nie byle jakie sumienie, lecz dobrze wychowane. Dobrze wychowane sumienie nie jest wszelako produktem wychowawczym liberałów, lecz bodaj samych tylko katolików. Co więcej, chociaż i niekatolik może osiągnąć znaczą doskonałość moralną, to nie może równać się z katolikiem, który otrzymał łaskę cnót teologicznych wiary, miłości i nadziei.

Jakby tego było mało, mamy tu jeszcze na dokładkę doktrynę prawa naturalnego, którego wykładnia – tak przecież różna wśród zwolenników starej tezy, jakoby coś takiego w ogóle istniało i dawało się intuicyjnie poznawać – zastrzeżona jest raczej wyłącznie dla Kościoła. Nie można sobie przecież wyobrazić, aby ktoś podał coś za prawo naturalne, sprzecznie z doktryną katolicką (np. „niektórzy ludzie są homoseksualni i homoseksualizm jest dla nich dobry”), a Kościół uznał żądanie tej osoby, aby na podstawie tak odczytanego prawa naturalnego stanowione było prawo pozytywne. Nie ma więc w praktyce żadnej różnicy między „prawem naturalnym” a arbitralnym przesądzeniem doktrynalnym Kościoła. Cóż, wiemy już od czasów Oświecenia, że „prawo naturalne” nie jest niczym więcej niż strategią retoryczną, za pomocą której perswadowano najróżniejsze już rzeczy. Trzeba wyjątkowo złej woli, aby ignorować fakt, że pośród autorów wierzących w istnienie prawa naturalnego i jego poznawalność nigdy nie było zgody co do jego treści. Jeśli to jeszcze nie kompromituje tej doktryny, to czego u licha trzeba jeszcze?

4. Watykan i my

Katolicyzm nie jest lubiany. Prawdę mówiąc, poza buddystami, którzy na ogół o wszystkich mówią dobrze, nie spotkałem nikogo, kto darzyłby katolików sympatią. Generalnie ma się im za złe, że uważają się za lepszych od innych, za depozytariuszy jedynego prawdziwego objawienia. Za to samo nielubiany jest zresztą również islam i judaizm. Najbardziej niechętni katolikom są jednak chrześcijanie innych niż katolicyzm odłamów, a to głównie z powodu przekonania katolików, że są chrześcijanami par excellence, a inni wyznawcy Jezusa powinni zjednoczyć się z Kościołem powszechnym pod berłem papieża. Właśnie papiestwo jest instytucją, której niekatoliccy chrześcijanie nie lubią najbardziej i to papieże mają zwykle w świecie szczególnie złą prasę.

Tak, Watykan jest doprawdy wielkim problemem. Jeden z twórców idei tolerancji, John Locke, uważał, że Anglia powinna tolerować wszystko poza ateizmem i katolicyzmem (możemy mu wybaczyć to głupstwo, bo w końcu żył w epoce przedliberalnej). Katolicy bowiem, jak podkreślali zawsze protestanci, a zwłaszcza kler katolicki ma podwójną (a więc fałszywą) lojalność ?- krajową i watykańską. Cóż, faktycznie trudno sobie wyobrazić, żeby duchowny katolicki nie robił tego, co nakazuje mu władza watykańska, a łatwiej sobie wyobrazić, żeby nie robił tego, co nakazuje władza świecka. W razie konfliktu powinien przedkładać posłuszeństwo Kościołowi i papieżowi nad posłuszeństwo władzy świeckiej, nawet w wolnym i demokratycznym kraju. Czy w świetle tej konstatacji Polska jest suwerennym krajem, a księża są faktycznie jej lojalnymi obywatelami? Jakoś trudno mi sobie wyobrazić w polskich realiach, by jakiekolwiek życzenie Kościoła, zwłaszcza w zakresie jego własnych interesów materialnych, nie zostało przez władze publiczne gorliwie wykonane. To samo dotyczy życzeń płynących z Rzymu. Nie wiem, czy są one formułowane wprost, niemniej jednak przyznacie, że sytuacja, w której powiada się Kościołowi – narodowemu lub Watykanowi ?- „nie”, „nie wtrącajcie się w to – to nasza sprawa” jest raczej fantastyczna.

Z prawnego punktu widzenia Kościół jest państwem (państwem watykańskim – monarchią absolutną) i jego prerogatywy i autonomia na terenie naszego kraju noszą cechy eksterytorialności, gdyż gwarantowane są konstrukcją prawną umowy międzynarodowej, którą jest konkordat. Stanowi on prawo najwyższe po konstytucji, a nawet równe z nią, a Kościół występuje w nim jako suwerenna i równa strona, zgodnie z zasadami prawa traktatowego. Pozycja Kościoła katolickiego nie jest więc pozycją wolnej instytucji w wolnym kraju – wolnej do działania, lecz poddanej prawu krajowemu i kontroli państwowej, jak to jest na przykład w przypadku stowarzyszeń lub związków wyznaniowych, lecz jest pozycją obcego państwa działającego mocą szczególnej prerogatywy na terenie państwa polskiego. Artykuł pierwszy konkordatu, w ślad za konstytucją, stanowi, że „Rzeczpospolita Polska i Kościół Katolicki są – każde w swej dziedzinie – niezależne i autonomiczne”. Korzystając z państwowego statusu Watykanu, polski Kościół jako swego rodzaju „duchowe terytorium zależne” Watykanu uzyskuje quasi-państwową niezależność, coś w rodzaju eksterytorialności, jakiej nie posiada żadna inna instytucja czy organizacja w Polsce.

Byłby to być może budujący przykład wolności (oficjalna racja zawarcia konkordatu jest zresztą liberalna – komentarz katolicki powołuje się tu na zasadę wolności religijnej; zob. J. Krukowski, Konkordat polski. Znaczenie i realizacja, Lublin 1999, s. 257). Szkoda tylko, że ta niebywała, anarchiczna wprost wolność nie przysługuje innym instytucjom i stowarzyszeniom. Suwerenność Polski jest ograniczona przez konkordat tak dalece, że pośrednio przyznaje zdolność stanowienia skutecznego prawa (kanonicznego) Kościołowi i nakazującego RP respektowanie tego prawa. Potwierdza to zresztą polski Trybunał Konstytucyjny, powołujący się na prawo kanoniczne w wyrokach oddalających skargi na ponadkonstytucyjne prerogatywy Kościoła. Jak pisze w swym autorytatywnym komentarzu prawniczym J. Krukowski: „działania władz państwowych nie mogą rodzić skutków prawnych w porządku kościelnym. Takie skutki mogą wynikać jedynie na podstawie wzajemnego ‚uznania’, zagwarantowanego w odpowiedniej dyspozycji prawnej”. Inaczej mówiąc, Kościół katolicki władny jest sam decydować, czy będzie łaskaw podporządkować się polskiemu prawu i je „uznać”. Trudno o bardziej wymowny dowód, że stanowi Kościół katolicki dosłownie niemal „państwo w państwie”.

Konkordat nie tylko ogranicza suwerenność Polski i nadaje Kościołowi i duchowieństwu przywileje, które właściwie wyrywają je spod polskiej jurysdykcji i kontroli takich instytucji jak izby skarbowe czy naczelna Izba Kontroli, ale również instauruje (wraz z konstytucją i odpowiednimi rozporządzeniami władzy administracyjnej) państwowy system indoktrynacji religijnej, całkowicie opłacany przez rząd polski. Nauka religii jest wprawdzie nieobowiązkowa, ale presja społeczna na dzieci, by na te lekcje uczęszczały jest bardzo silna. Dotyczy to zwłaszcza małych dzieci, w przedszkolu i pierwszych klasach szkoły podstawowej, które nie uczestnicząc w lekcji muszą przebywać w innym pomieszczeniu (w świetlicy, w sali innej grupy przedszkolnej), co przez dziecko odczuwane jest jako napiętnowanie i rodzaj poniżającej kary. Nic dziwnego, że wielu rodziców, którzy wcale nie życzyliby sobie, by ich dziecko chodziło na religię, posyła je na katechezy, a co za tym idzie oddaje je do chrztu i komunii. W ten sposób liczba katolików z pewnością wzrasta.

Trudno zresztą Polakowi formalnie nie należeć do Kościoła, skoro ze wszystkich stron – z radia, telewizji i gazet – bombardowany jest przekazem doktrynalnym. Panuje w Polsce powszechne przekonanie, że wyłamanie się formalnego przynajmniej katolicyzmu jest trudnym i społecznie ryzykownym przedsięwzięciem – czymś na kształt odmowy udziału w pochodzie pierwszomajowym w czasach PRL. Polacy może nie wierzą specjalnie w dogmaty katolickie i katolickie doktryny (których zresztą zwykle wcale nie znają), ale na pewno dali się przekonać do uparcie powtarzanej tezy, że Polska to kraj katolicki i zdecydowana większość społeczeństwa to katolicy. A skoro prawie wszyscy są katolikami, to może lepiej się nie wyłamywać…

5. Dlaczego Kościół jest aż tak silny?

Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo nie wiemy nawet, czy Kościół w Polsce to kolos na stalowych czy glinianych nogach. Przekonamy się o tym dopiero za kilka czy kilkanaście lat, gdy okaże się, czy zajdzie w Polsce proces sekularyzacji, podobny do tego, jaki miał miejsce w Hiszpanii albo (w innej postaci) we Francji czy we wspomnianych już Czechach. Jest wysoce prawdopodobne, że tak właśnie będzie, ale za wcześnie jeszcze, by o tym przesądzać.

Moja teoria na temat siły Kościoła w Polsce jest amatorska i nie należy brać jej całkiem poważnie. Jest to raczej pewna hipoteza badawcza. Sądzę mianowicie, że siła Kościoła wiąże się z jej zakorzenieniem w warstwie chłopskiej, a przywileje Kościoła należy rozpatrywać w kontekście przywilejów chłopów, którzy zwolnieni są w Polsce z podatków, korzystają z wielkich przywilejów ubezpieczeniowych i otrzymują ogromne dotacje państwowe. Narzuca się myśl, że duchowieństwo, wywodzące się w większości z warstwy chłopskiej i mające swe zaplecze głównie na wsi, zawdzięcza swe przywileje temuż właśnie umocowaniu społecznemu.

Poniżana przez stulecia systemu feudalnego klasa chłopska, mająca zresztą oparcie właśnie w Kościele jako swym obrońcy, prawie całkowicie się w XX wieku wyemancypowała i ukonstytuowała w niezwykle skuteczną grupę interesu. Potęga chłopska jest imponująca. Świadczą o niej nie tylko wielkie przywileje fiskalne i dotacje (w całej prawie Europie), ale również „nietykalność” chłopstwa dla władzy politycznej, nawet totalitarnej. Nie dotyczy to wprawdzie ZSRR, ale już na przykład reżimów nazistowskich owszem. Były one (także w okupowanej Polsce) znacznie łagodniejsze dla chłopów niż dla mieszczan.

Podobnie rzecz się miała za komunizmu w Polsce. Wprawdzie nie mógł Kościół działać swobodnie, a wielu księży cierpiało prześladowania, ale też żadna pozapaństwowa struktura nie cieszyła się w tym kraju takim zakresem swobody. Komunistyczne państwo pozwalało (w ograniczonym zakresie) na wydawanie prasy katolickiej, na budowanie kościołów (czasami), zbieranie pieniędzy na tacę, a nawet prowadziło uczelnię katolicką (Akademię Teologii Katolickiej w Warszawie) i puszczało w potoku radiowej propagandy komunistycznej także audycje watykańskie (umiarkowanie przychylne demokracji i własności prywatnej, co z pewnością nie było władzom niemiłe). Trudno sobie wyobrazić, by jakakolwiek organizacja niechętna komunistom (a Kościół z pewnością był takową) mogła tak w Polsce prosperować. Jak mawiał (po winku) ks. Tischner, „oni (Kościół) zawsze umieli się z nimi (komunistami) dogadać, bo i jedni, i drudzy lubili wypić”.

Coś w tym chyba jest. A może my, liberałowie, powinniśmy się uczyć od Kościoła jak czynić sobie państwo powolnym? Jakże to byłoby pięknie, gdybyśmy zdołali narzucić państwu polskiemu nasz liberalny dogmat: „nie wolno wam stanowić praw ograniczających wolność obywateli, jeśli nie wymaga tego ich własne fizyczne bezpieczeństwo; niechaj każdy – katolik, gej i ateista – żyje po swojemu i nie narzuca swych przekonań i sposobu życia innym ludziom!”. Może, idąc za wskazówką Tischnera, trzeba by wypić z Donaldem Tuskiem?

Wykorzystane zdjęcie jest autorstwa: gaetanlee ., zdjęcie jest na licencji CC

Czytaj również
  • http://www.mantheia.salon24.pl Mantheia

    Oczami kogoś zupełnie….?
    „Spróbuję spojrzeć na Polskę i jej religię oczami kogoś zupełnie bezstronnego” i prezentującego wiedzę o świecie na poziomie wygadanej dziewczyny z magla? Czy taki jest modelowy autor tego artykułu? Czy też Pan popełnia błąd utożsamiając bezstronność z „bezosobowością” i ignorancją?

    Pisze Pan: „Zwykle jednak mówiąc „państwo wyznaniowe” mamy na myśli nie tyle istnienie takiego zapisu w konstytucji…”

    Jeżeli szuka Pan jakiegoś „my”, które zwerbalizowało, co „mamy na myśli” mówiąc ‚państwo wyznaniowe’, to wystarczy zobaczyć http://pl.wikipedia.org/wiki/Państwo_wyznaniowe i potraktować to jako punkt wyjścia. Krytykując przykładowo takie stwierdzenia:

    „b) system rozdziału: nie istnieje jeden model tego systemu. Wiele czynników kształtuje państwo.

    niemiecki – separacja skoordynowana. Ma swoje korzenie w konstytucji weimarskiej (1919). Artykuł 136 i 137 wspominają, że uznaje się osobowość prawną Kościołów, które posiadają swoje zakorzenienie w kulturze narodu. Konstytucja RFN przejęła postanowienia konstytucji weimarskiej (niezależność, autonomia, ale także współdziałanie). Poza Niemcami możemy wyróżnić: Austrię, Słowację i Polskę.”
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Państwo_wyznaniowe

    Pisze Pan: „Niestety, w Polsce żądania stanowienia praw pod dyktando średniowiecznych doktryn religijno-filozoficznych, w rodzaju doktryny prawno-naturalnej, jest normą, a pytanie o moralny status wysuwania takich żądań nawet nie pada.”

    Czy mógłby Pan odnieść te słowa do konkretnych wydarzeń, tekstów? Nie robi Pan tego również w innych przypadkach. Dlaczego? Pewnie się Panu nie chce. łatwiej napisać, jakie to mam interesujące hipotezy…. Z perspektywy nieżyczliwego, bezstronnego (tj. obojętnego na problemy, które Pan porusza) czytelnika – Pan po prostu ględzi (tak, to piękne polskie słowo, prawda?).

    Jedyne powołanie się na czyjąś wypowiedź – bez podania źródła – niesie treści, które można uznać za pomówienie „Jak mawiał (po winku) ks. Tischner, „oni (Kościół) zawsze umieli się z nimi (komunistami) dogadać, bo i jedni, i drudzy lubili wypić”.”

    Bardzo to niepoważne. Jeżeli ten tekst to kolejny sposób na dyskredytowanie postawy liberalnej – to udało się Panu.

  • http://liberte.pl autor

    riposta autora
    „My” znaczy „użytkownicy języka polskiego”.
    Czy doprawdy trzeba cytatów na poparcie tezy, ze doktryna prawa naturalnego jest wciąż stosowana przez Kosciół do uzasadniania żądań restrykcji prawnych? Przecież księża nieustannie mówią o „prawie naturalnym”.
    Cytat z Tischnera jest pomówieniem? Zarzuca mi Pan kłamstwo? Na jakiej podstawie? Bardzo lubiliśmy się z ks. Tischnerem i owo wspomniane winko sam z nim pijałem. Cytuję go aprobatywnie, a za autentyczność cytatu ręczę swoim honorem. Jan Hartman

  • http://www.mantheia.salon24.pl Mantheia

    Odpowiedź na ripostę autora
    1) „My” znaczy „użytkownicy języka polskiego”.

    Raczej nie jest to dobre uzasadnienie:). Teraz widzę (w piątym akapicie), że zauważa Pan: to ‚bezstronni’ mają wyjątkowe kompetencje językowe do właściwego (podanego przez Pana) użycia pojęcia „państwo wyznaniowe”. Autorzy hasła w wikipedii bardzo się zmartwią swoją stronniczością.

    2) „Czy doprawdy trzeba cytatów na poparcie tezy, ze doktryna prawa naturalnego jest wciąż stosowana przez Kosciół do uzasadniania żądań restrykcji prawnych?”

    Zgadzam się. Nie trzeba cytatów na „poparcie tezy, ze doktryna prawa naturalnego jest wciąż stosowana przez Kosciół….”. Potrzebne są cytaty (fakty;) na to, że mają miejsce ŻĄDANIA restrykcji prawnych ze STRONY KK.

    3) „Cytat z Tischnera jest pomówieniem? Zarzuca mi Pan kłamstwo? Na jakiej podstawie? Bardzo lubiliśmy się z ks. Tischnerem i owo wspomniane winko sam z nim pijałem.”

    „(….) można uznać za pomówienie” – tak napisała/em. Na jakiej podstawie? Jestem użytkowniczką/kiem j. polskiego:). Napisał Pan : „jak mawiał (po winku)” i przytoczył m.in. „jedni, i drudzy lubili wypić”. Okazuje się, że cytuje Pan te często wypowiadane („jak mawiał”) słowa z pamięci i ręczy za to honorem. Mnie to nie przekonuje („I tak zrobili królowie dla Francuzów bałwana, i nazwali go Honor, a był to ten sam bałwan, który za czasów pogańskich nazywał się cielcem złotym.”:) wolałbym raczej jeszcze kilku świadków (skoro „mawiał” – to nie powinno być z ty problemów:). .

    3a) Skąd Panu przyszło na myśl, że mogę Panu zarzucać kłamstwo? Nie. Uważam tylko, że Pan ma bardzo rozbudowaną fantazję, o czym świadczy m.in. ten akapit:)

    „W niewielu krajach jest tyle nierządu, aborcji i pijaństwa. Mało gdzie moralność publiczna stoi tak nisko, a przestrzeń publiczna tak bardzo narażona jest na chuligańską dewastację. W niewielu krajach włóczą się po nocach pijane i rozwrzeszczane hordy, burdele mnożą się w najmniejszych nawet miasteczkach, a cokolwiek zostanie na ulicy lub w parku postawione niezawodnie zostanie za jakiś czas zniszczone. Kto był w Skandynawii albo w Korei wie, jak wielka może tu zachodzić różnica w poziomie moralności publicznej, i to właśnie rozumianej tak, jak rozumieją to katolicy – w dość ścisłym związku z kwestią czystości i skromności.”

    Wskazanie na Skandynawię i Koree – trzeba mieć naprawdę dużo fantazji…..

  • http://liberte.pl Romański


    Czy potrzebne są przykłady na nadreprezentację KK w Polskiej polityce? Nie. Wszak gołym okiem widać, że żyjemy w kraju bezsprzecznej dominacji jednej religii. Nie jest tajemnicą finansowanie przez państwo KUL’u, jak by nie było prywatnej uczelni, która w świetle obowiązującego prawa, właśnie z powodu dotacji, nie powinna pobierać czesnego od studentów, czego nie zaprzestała.

    Idąc dalej – czy w państwie wolności i równości wobec prawa możliwe jest, by istniało coś takiego jak „fundusz kościelny”, który jest narzędziem finansowania emerytur księży Katolickich, ale już nie innych wyznań? Dla mnie jest to zwykła niesprawiedliwość.

    Następnie – finansowanie lekcji religii. Indoktrynacja religijna jest wewnętrzną sprawą każdej denominacji i religii (dlatego między innymi kuratoria nie mają wpływu na obsadzanie stanowisk katechetów i ich kontrolę), więc czy finansowanie tego procesu nie powinno być wewnętrzną sprawą religii? Dlaczego tak nie jest?

    Pokazem arogancji i pewności swojego wpływu KK jest arcybiskup Sławoj Leszek – Głódź. Czy żądanie oddania ziemi kiedyś kościelnej, lecz zabranej kościołowi przez Prusy w XIX w. nie jest taką arogancją?

    A krzyż w Sejmie? Jest to przecież symboliczny pokaz władzy. Sprawa aborcji i próby jej wpisania do konstytucji? Kościół wyraźnie naciskał na władze, by podporządkowała się bez dyskusji „prawu naturalnemu” Kościoła Katolickiego. Czy mam wymieniać dalej? Współfinansowanie „Bazyliki Opatrzności Bożej”, reprywatyzacji majątku tylko jednej instytucji, wspólna, stała komisja Episkopatu i rządu (władza rozmawia tylko z jedną religią w sposób zinstytucjonalizowany) etc. Nie mówię już o problemach z apostazją (znam je z własnego doświadczenia), przymus należności do tej organizacji (nie chce ona uznać moje woli i wyboru). Mam nadzieję, że wystarczy to Panu Mantheia za przykłady.

    A teraz do Pana Profesora – przede wszystkim gratuluję odwagi. Ciężko jest w naszym kraju otwarcie krytykować KK. Może i artykuł jest troszkę zgryźliwy i ironiczny co zapewne utrudni jego odbiór, lecz wydaje mi się ważne, że liberałowie w Polsce (a przynajmniej ich część) stają na klasycznych dla tej ideologii pozycjach walki o rozdział Państwa od Kościoła. Już podejrzewałem, iż w naszej ojczyźnie istnieją tylko konserwatywni liberałowie, którzy bronić będą nadrzędności kościoła jak niepodległości. Pozdrawiam i liczę na więcej!

  • http://liberte.pl czuk1

    adwersarze mają mało uwag.
    Naprawdę trudno Prof. J.Hartmanowi zarzucić nieprawdę. Stąd tak mało jest adwersarzy. A ci tu komentujący nie mają argumentów, czepiają się tylko
    słówek i wyrażeń, pomijają zaś meritum sprawy którym jest udokumentowanie
    przez Autora faktów dot. funkcjonowania Polski jako państwa wyznaniowego.

  • http://liberte.pl Malwina Nowak

    Słów kilka
    Przede wszystkim tekst uważam za ciekawy, ironiczny, po prostu świetny. A co najważniejsze za odważny. Mało się w naszym kraju mówi o tym, że zrobiliśmy z Papieża Nadjezusa, KK czuje się tu lepiej niż w Watykanie, a pieniądze na lekcje religii są zwyczajnie marnowane.

    Użytkowniku „Mantheia” – nie wiem dlaczego, ale w twoich wypowiedziach wyczułam PiSowski swąd. Dodatkowo, wydajesz się bardzo mało wiarygodną osobą skoro nie podisałeś/aś się imieniem i nazwiskiem, a dodatkowo powołujesz się na pseudo-źródło jakim jest wikipedia.

    ‚Czy mógłby Pan odnieść te słowa do konkretnych wydarzeń, tekstów? Nie robi Pan tego również w innych przypadkach. Dlaczego? Pewnie się Panu nie chce.’

    Wydaje mi się, że każdy w miarę oczytany Polak zna konkretne przykłady. To raz a dwa, że nie to jest tu najistotniejsze. Gdyby autor napisać miał ten tekst w takim stylu jaki sugerujesz musiałaby powstać książka. I to nie jedna.

    Pozdrawiam i życzę ‚otwartego umysłu’.

  • http://ferengis.blox.pl Drakaina

    Dziękuję :)
    Artykuł, pod którym mogę się podpisać obiema rękami (mimo posłużenia się przez autora słowem „dyskurs” ;), zbierający przystępnie i profesjonalnie właściwie wszystko, co wielokrotnie różnym ludziom usiłowałam wytłumaczyć, zarówno w kwestii pozycji kościoła w Polsce, jak i w kwestii doktryny chrześcijańskiej.

  • http://liberte.pl Zielińska

    Na marginesie
    Miło czyta się ten tekst. Wiem, że żyję w państwie wyznaniowym i ubolewam z tego powodu. Drażni mnie hipokryzja hierarchów, całkowite niezrozumienie przez szeregowych księży istoty ekumenizmu, „obraza uczuć religijnych”, uprzywilejowana pozycja Kościoła w Polsce, rozziew między głoszoną z ambony moralnością a codzienną praktyką życia duchownych, szerzenie przez nich nietolerancji i ksenofobii (vide: bogoojczyźniane uroczystości patriotyczne), itd.

  • http://liberte.pl mrkaczor

    AMEN
    Mogę dodać tylko jedno … AMEN

    PS. czekam na więcej :) dawno tak owocnie nie spędziłem 15 min w pracy ;)

  • http://liberte.pl Maciej K.

    contra spem spero
    Dlaczego Pan nazywa siebie bezstronnym obserwatorem? Nie ma ludzi bezstronnych, to jest niemożliwe, niestety. Poznanie człowieka jest zbyt ograniczone. To prawda, że Kościół w Polsce cierpi na liczne przypadłości, opisane tutaj bardzo krytycznie. Ale wobec zamętu i trudności dzisiejszych czasów to właśnie Kościół wyjdzie oczyszczony i odnowiony. Wszystkim chrześcijanom, którzy czytali ten artykuł, dedykuję słowa z I Listu św. Jana:

    „Quoniam omne, quod natum est ex Deo, vincit mundum: et haec est victoria, quae vincit mundum, fides nostra. Quis est, qui vincit mundum, nisi qui credit quoniam Iesus est filius Dei? [...] Et spiritus est, qui testificatur, quoniam Christus est veritas.” (1 J 5, 4 – 6).

  • http://liberte.pl Małgorzata Nowak

    Potrzebny głos
    Żałuję, że dopiero teraz tutaj trafiłam.
    Gratuluję odwagi. Bo tej ciągle w naszym społeczeństwie brakuje.

  • http://liberte.pl Knor

    Cieszmy się wolnością póki autorzy blogu nie zadbali o nasze „fizyczne bezpieczeństwo”
    „nie wolno wam stanowić praw ograniczających wolność obywateli, jeśli nie wymaga tego ich własne fizyczne bezpieczeństwo;

    Oczywiście co jest dla nas „bezpieczne” określą liberalowie – autorzy, np. ograniczając dostęp do niektórych stron internetowych, lub reglamentując koncesje na rozgłośnie radiowe… no i jesteśmy w domu!

    Na początku liberalizm… a na końcu „już my cię… uszczęśliwimy!”

    Póki jeszcze nie zadbał Pan o moje „bezpieczeństwo” to wyślę ciekawe linki:

    http://breviarium.blogspot.com/2008/12/list-z-dbu.html
    http://www.michalkiewicz.pl/

  • http://liberte.pl Karas99

    100% zgadzam sie z tezami przedstawionymi.
    Nie wiedziałem ze w Polsce można jeszcze tak pisać. Z całego serca popieram.

  • http://liberte.pl Magdalelena

    W końcu ktoś ubrał w słowa to co myslę!
    Dziękuję!

  • http://liberte.pl silver_bullet

    Takie argumenty, to… między bajki…
    Na początku co by była jasność, jestem wierzącym, ale ostatnio rzadko praktykującym Katolikiem. Uważam że nie potrzebna mi firma by pogadać z Jezusem.
    Mantheia z tego co wiem był autorem całkiem niezłych książek m.in. na tematy okultyzmu. To dlatego przyjęłeś/aś jego pseudonim? Nie każdy musi się zgadzać z autorem, mi osobiście też nie wszystkie wnioski się podobają, ale zgadzam się z nimi. Niestety. Ty natomiast biegasz, skaczesz i trzęsiesz się jakby ktoś nagle rozsypał twój światopogląd jak przeciąg niszczy domek z kart. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

    ad. J.H.
    Niestety trafiony artykuł. Uogólnienie realiów obecnego KK przypomina czasy średniowiecza, gdzie nawet zacny szlachetka musiał się liczyć z zacniejszym kapłanem… o wpływie na Państwo nie wspominając.
    Jedynie dwie rzeczy są w tym wszystkim bolące: w natłoku tej gorączki i wytykania sobie błędów (staram się tutaj nie przesądzać o niczyjej winie) najbardziej poszkowani są Kapłani z powołania, ludzie którzy faktycznie pełnią Bożą posługę, oraz prości ludzie wierzący. Nie mam tu na myśli stereotypowego katolika, który chodzi do kościoła co niedziela albo i nie, bo i tatuś, i dziadek, i pradziadek tak robili, więc on też; albo że inaczej żona podzieli z nim łoże :P Są jeszcze w tym kraju osoby wierzące, którym również nie podoba się INSTYTUCJA KK, a właściwie kK bo przez duże K to wspólnota ludzi a nie firma. Natłok informacji, i skrajnie rozbierznych opinii powoduje jedynie zmęczenie i zniechęcenie. Męczy i nie pozwala się swobodnie wypowiedzieć, gdyż człowiek niemal natychmiast dostaje etykietę ultra-w-wybraną-stronę, skoro takie postawy są najbardziej znane i przyjęte. Nieformalna kontrola społeczna.

    Ciekaw jestem jak zareagowałyby władze kościoła, gdyby jakimś zrządzeneim losu wprowadzono zapis że o wyższe stanowiska w hierarchii mogą ubiegać się jedynie osoby z kilkuletnim doświadczeniem jako misjonarz w najbiedniejszych rejonach globu. Nierealne, prawda?

  • http://liberte.pl Teresa Stachurska

    Historyczna wypowiedź.
    Gratuluję. Nic ująć.

  • http://liberte.pl TWa

    Otóż to
    Oczywiście w katolickiej Polsce najważniejszym świętym jest JP II. Na drugim miejscu Maryja, a dalej inni w tym Jezus. Jest to nie do pomyślenia w kościele chrześcijańskim, którego istotą, jądrem jest Jezus Chrystus. Inna sprawa, że JP II chyba myślał, że jest ważniejszy od Jezusa.

    Super artykuł. Uznanie dla Pana Profesora

    Tomasz

  • http://liberte.pl Kosmala Halina

    Czy pisanie o KK to naprawdę akt odwagi???
    Trafiłam na „Liberte” dzięki linkowi na jednym z blogów.Opatrzność czuwa nade mną. Od dawna poszukiwałam czasopisma, które zastąpiłoby mi miesięcznik „Społeczeństwo Obywatelskie”
    Dziękuję Profesorze,
    za komplet argumentów do kształtowanego przez lata mojego ateizmu.Punktem wyjścia było stwierdzenie KM „religia to opium dla ludu”, finałem-studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa. Pasjonujący to kierunek!!!

  • http://liberte.pl halszka31

    pomyłka
    Miałam na myśli „Społeczeństwo Otwarte” – miesięcznik wydawany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej (sic!)

  • http://liberte.pl Krzysztof Madel

    Skąd Pan tem mysli zaczerpnął?
    Jakim cudem dostał Pan doktorat i profesurę? Postawił Pan tyle dziwnych tez językiem tak ogólnikowym, nieprecyzyjnym, że aż się nie chce z nimi polemizować. Niestety, mało one mówią o rzeczywistości, natomiat dużo o Panu, m.in. to, że Pan nic nie czyta. W jakim sensie polskie duchowieństwo rekrutuje gównie z chłopstawa? Czy chodzi o to, że na wsi mamy więcej powołań? Błąd, tak nie jest, choć może było tak kiedyś, przed wojną. Cześć z tych powołań do dzisiaj pracuje, niektórzy biskupi z tego środowiska się wywodzą, ale w III RP te powołania należą do mniejszości. A może chodzi Panu o to, że frekwencja na mszach jest większa na wsi. Racja, w niektórych rejonach Polski tak jest, ale w innych jest przeciwnie. A może pisma katolickie i Radio Maryja słuchane jest głównie na wsi? Nie ma badań na temat tego radia, ale też nie da się wybronić tezy, że jest ono jakoś bardziej katolickie niż inne radia (choć ono samo ma takie mniemanie o sobie). Wiemy natomist gdzie się czyta katolicką prasę, no i czywiście nie robi się tego najczęściej na wsi. Nie mam siły, żeby robierać resztę Pańskich sądów, ale wrażenie mam takie, że Pan powinien unikać „porf.” przy nazwisku.

  • http://liberte.pl Joachim

    A co z resztą Panie Madel?
    Szanowny Panie Madel,

    chętnie poznałbym Pana merytoryczna odpowiedz na całą resztę artykułu. Pisze Pan co prawda: „Nie mam siły, żeby robierać resztę Pańskich sądów…”, ale żeby Panu akurat siły brakowało, wydaje mi się najmniej prawdopodobne.

    Z uszanowaniem

  • http://liberte.pl KrzysztofP

    „Bezstronna ocena”
    Autor umiejętnie przytacza pewne fakty, pomijając inne, by, pod pozorem suchych stwierdzeń „bezstronnego obserwatora” przemycić swoją tezę, mianowicie:

    „W normalnym sensie, w jakim bezstronni ludzie używają określenia „państwo wyznaniowe”, Polska jest więc bezspornie takim państwem.”

    Nie wiem jaki jest „normalny sens bezstronnych ludzi”, ale na pewno nie jest to znaczenie takie, jakie ma termin „państwo wyznaniowe” w doktrynie prawne. Autor sam przyznaje, że ani konstytucja, ani ustawa nie czyni żadnego wyznania państwowym (nie stosuje nawet łagodnych terminów w duchu konstytucji marcowej jak „religia przeważającej części narodu”, choć zbliżone sformułowanie znajduje się w preambule konkordatu). Nie ma żadnej ustawy, która w tekście zasadniczym odwoływałaby się do wartości chrześcijańskich, ma to miejsce jedynie w preambule Konstytucji i ustawy o systemie oświaty (gdzie jest mowa o respektowaniu wartości, co jest chyba rzeczą oczywistą, choć moim zdaniem powinno odnosić się do wartości wszystkich religii).
    Jeśli chodzi o uprzywilejowanie „de facto”, to biorąc pod uwagę porządek ustawowy wszystkie wyznania religijne o statusie uregulowanym ustawą mają takie same prawa i przywileje (po części nawet większe, np. ich wyznawcy mają prawo do dodatkowych dni wolnych od pracy przy jednoczesnym zwolnieniu od pracy we wszystkie święta katolickie, ale z korzystaniem z tego prawa zwykle nie jest najlepiej). Zastrzeżenia można mieć co najwyżej do działalności organów władzy wykonawczej.

    Jeśli natomiast chodzi o częste odnoszenie się polityków do religii to mają do tego pełne prawo, a skoro są wybierani – to znaczy, że wyborcy to prawo szanują. Tak samo jeśli chodzi o media – jeśli nie atakują Kościoła to mają do tego pełne prawo, a przeciwnicy Kościoła mają pełne prawo do korzystania z własnych mediów, tak samo jak mają do tego prawo ich zwolennicy.. Na wolnym rynku prasowym profil ideologiczny mediów kształtuje się samoistnie i żadne biadolenia przedstawicieli stron (czy to wyznaniowej, czy laickiej) tego nie zmienią.

    Twierdzenie, że w szkołach nie krytykuje się historii Kościoła to jakiś absurd. Np. inkwizycja jest ukazywana w duchu jej czarnej legendy, tak samo sytuacja w okresie reformacji jest ukazywana jedynie z perspektywy jej zwolenników (inna sprawa, że sam się do nich zaliczam).

    Sensu rozdziału 3, a w szczególności powiązania z resztą artykułu, za bardzo nie rozumiem. Religia chrześcijańska (w tym katolicka) niezrozumiała i osobliwa? Przy fizyce kwantowej teologia chrześcijańska to pestka ;)

  • http://liberte.pl Marek Wystański

    Polska – parafia czy państwo wyznaniowe
    Niezwykle ciekawy artykuł, głównie ze względu na osobistą jego wymowę (mniej tu podpierania się „faktami” społecznymi, więcej „stronniczości” – w jej najlepszym tego słowa znaczeniu. Brakuje tej „stronniczości” w naszym dyskursie publicznym, tak jesteśmy spętani krzywo rozumianą poprawnością polityczną, która nakazuje nam źle rozumieć, albo i nawet nie rozumieć, znaczenia subiektywnej oceny i prawa do niej).
    Chciałbym polecić swój tekst na ten temat („Polska – parafia czy państwo wyznaniowe?”), co prawda z lipca ub.r., z czasów apogeum „narodowego szaleństwa”, ale wciąż na rzeczy(?)
    http://www.lewica.pl/index.php?id=14326

  • http://liberte.pl Joachim

    Pro rerum naturalium
    Szanowny Panie Krzysztofie(P),

    pisze Pan:
    „Religia chrześcijańska (w tym katolicka) niezrozumiała i osobliwa? Przy fizyce kwantowej teologia chrześcijańska to pestka ;)”.

    Komplentnie nie zgadzam sie z Pana ocena fizyki kwantowej. Jest ona scisle matematyczna teoria, wiec w rzeczy samej logiczna i spojna. Trudnosci w jej zrozumieniu powstaja, jezeli probuje sie „przetlumaczyc” jej matematyczne wzory na obiegowe obrazki. Ale te obrazki nie maja nic wspolnego z ta matematyczna teoria.

    W odroznieniu od fizyki kwantowej, teologia katolicka rezygnuje z gory z logiki na rzecz „tajemnicy wiary”, wiec trudno uznac ja za logiczna. Rezygnuje tez w ogole z matematycznego podejscia na rzecz samych obrazkow. Co do (braku) spojnosci teologii katolickiej, zgadzam sie z ocena Pana Prof. Hartmana.

    Z uszanowaniem

  • http://liberte.pl KrzysztofP

    Kwestie terminologiczne
    Szanowny Joachimie,

    Oczywiście, że mechanika kwantowa jest wewnętrznie spójna (choć już nie do końca spójna z innymi przyjętymi paradygmatami), a trudne jest jedynie jej wytłumaczenie laikowi. Nie da się jednak właściwie opisać mechaniki kwantowej bez zastosowania określonej terminologii np. nie da się właściwie zdefiniować spinu bez zastosowania pojęcia moment pędu. Tak samo dogmatu o Trójcy nie da się wyjaśnić bez zastosowania ściśle związanej z tym terminologii, takiej jak natura, substancja i byt.

  • http://liberte.pl Joachim

    Re: Kwestie terminologiczne
    zgadza sie, ze niektorzy teolodzy probowali (i pewno nadal probuja) logicznie wytlumaczyc pojecie Trojcy Swietej (np. przy pomocy „…terminologii, takiej jak natura, substancja i byt.”). Ale o ile wiem, to kosciol katolicki nadal uwaza, ze pojecie Trojcy Swietej jest nieprzenikniona dla ludzkiego umysłu tajemnica. Wiec przynajmniej z punktu widzenia kosciola katolickiego nie da sie tego logicznie wytlumaczyc.

    Nota bene, Swiadkowie Jehowy (odlam chrzescijanstwa) w ogole nie uznaja Trojcy Swietej, wiec przynajmniej w tym punkcie sa logiczni (czego o wielu innych ich przekonaniach nie mozna powiedziec).

    Na koniec chcialbym jeszcze powrocic do porownania fizyki (w tym kwantowej) z teologia. W moich oczach, i nie tylko moich, nie wystarczy, zeby jakas teoria byla logicznie spojna. Ona musi tez byc sprawdzalna, a jeszcze lepiej powinna sama podawac testy czy experymenty, by ja mozna bylo obalic. W naukach scislych jest to ogolnie praktykowane i kazda teoria jest codziennie poddawana twardym testom. Wiekszosc uczonych marzy nawet o tym, by obalic uznane teorie. W ten sposob doskonali sie istniejace teorie i tworzy nowe. Teologia katolicka (i chyba zadna inna) nie spelnia tych warunkow, a teolodzy na ogol szukaja tylko potwierdzenia swoich przekonan. Wiec nawet jezeli teologia katolicka bylaby logiczna, nie bylaby nauka scisla.

    Co mnie przygnebia to fakt, ze falszywe teorie wplywaja fatalnie na rzeczywistosc, i to nie musi byc tylko komunizm czy teoria neoliberalna, aby wymienic dwa przyklady.

  • http://liberte.pl Odi profanum vulgus ;)

    jeszcze do artykułu słów kilka…
    Ja również podzielam poglądy profesora Hartmana. Osobiście wcale nie uważam je za kontrowersyjne, ale wiem, że za takie uznała by je większość Polakow.
    Tak już jest, że my możemy sobie pisać tutaj o światłych teoriach i filozofii, jak ogól i tak pewnie zawsze wie lepiej i najpewniej głosi swoje-nieswoje poglądy. Z większością takich ludzi nawet nie mozna inteligentnie podyskutować. Jak powiedział Wolter „Nie zgadzam się z Tobą, ale zawsze będę bronił twojego prawa do posiadania własnego zdania”. Powinniśmy sie od niego wiele nauczyć. Posiadanie innego zdania, nawet skrajnie różnego od naszego wcale nie upoważnia do krytykowania. Przedstawiam swoje argumenty, a drugą strona swoje. Która pierwsza nie utrzyma się pod ciężarem faktów ta tymaczasowo przegrywa spór. Może to ją nakłoni do zastanowienia.
    Co do Kościoła, to moim zdaniem w większości ma on wręcz gorszący wpływ. Wiem po sobie, że już samo powiedzenie „nie chodzę do Kościoła” stawia mnie w równym rzędzie z wszelkiego rodzaju odszepieńcami. Co gorsza powiedzieć „Nie wierzę w Boga”, bo dla większosci jest to równoznaczne z brakiem wszelkich wartości i wykolejeniem. A niektórzy ateiści, i apeluje tu do wszystkich wierzących, postępują nawet bardziej moralnie niż katolicy. Ateizm to nie tylko wyparcie się wszystkiego, bo to jest wg mnie laicyzm. Do ateizmu trzeba dojśc, niejednokrtnie drogą wielu rozmyślań i dociekań. Ja tej kwestii poświeciłam sporą częśc swojego życia. Ale oczywiscie cały czas jestem otwarta na jakieś nowe poglądy. To jeśli chodzi o ateizm, bo co do Kościoła to sprawa jest raczej prosta. Gdybyśmy bez przeciwu tolerowali wszystko, co narzuca Kosciół wygladałoby to podobnie jak w średniowieczu. W końcu to też tylko ludzie i podlegają takim samym jak my prawom. Nikt nie moze nakreślać jednej drogi dla calych rzesz. Choć moze niektórym łatwiej przyjąć poglądy innych, bo nie trzeba się wtedy nad tym głowić. Strzeżmy się ludzi, którzy wszystko lepiej wiedzą…

  • http://liberte.pl andiboz

    Podatek kościelny
    Sądzę, że wprowadzenie podatku kościelnego pozwoliłoby na dokładniejsze określenie „ureligijnienia” Polaków.
    Niestety, mam wątpliwości czy posłowie naszego sejmu będą w stanie o tym zdecydować.

  • http://op.pl elbar1

    Osoba bezstronna
    Jest Pan z pochodzenia żydem.Jak ogólnie wiadomo żydzi nie wierzą ,ze Jezus był Mesjaszem.Wierzą natomiast, że mesjasz przyjdzie,wierzą w Boga,uznają dekalog i czytają Pismo Święte.Uznajecie tylko Stary Testament z wiadomych powodów.Pan już od dziecka był wychowywany w religii żydowskiej tak,jak dzieci katolików w religii katolickiej.Wpajano Panu wszystkie rytuały związane z religią żydowską, co na zawsze pozostawi w Panu swój ślad.Pana dziadek był rabinem,więc Pana rodzina musiała być dla współwyznawców przykładem.Wiele z tego co usłyszał Pan jako dziecko,rzutuje na Pana obecną postawę.Nie jest więc Pan OSOBĄ POSTRONNĄ,ale przedstawicielem wielu wyznawców judaizmu.Tytuł profesora i zajmowanego stanowiska zobowiązuje chociażby do tolerancji.Zawsze było tak, że to większość decyduje,a nas katolików jest w Polsce najwięcej.Dlatego właśnie w szkołach i urzędach wiszą krzyże, a nie gwiazdy Dawida.Inaczej jest w Izraelu.Jeżeli to Panu tak bardzo przeszkadza,proponuję zmienić miejsce zamieszkania,a nie rozsiewać nienawiść względem katolików.Do osoby postronnej to Panu jeszcze bardzo daleko.Pozdrawiam.

  • http://liberte.pl Thor

    Zyd nie zyd
    Nie wiem jakie pochodzenie ma Hartman, czy zydowskie, czy niemieckie, czy polskie. Ale nie ma to zadnego znaczenia, Podejrzewam, ze nawet gdyby byl Zydem i wyznawca judaizmu, to nie zyczylby sobie ani gwiazd Dawida ani uprzywilejowanej pozycji judaizmu w Polsce.
    Po prostu, jakakolwiek religia powinna byc odzielona od panstwa, inaczej jest to panstwo koscielne.
    A jesli chodzi o Zydow, to zauwazylem, ze wielu z nich jest bardzo goracymi katolikami (albo goracymi komunistami). Czesc z nich pewnie mysli ze katolicyzm to taka europejska forma judaizmu. Badz co badz Jezus i jego rodzice byli Zydami, wiec jak tu pluc na swego.

    Teza o chlopstwie jest ciekawa, ale tu trzeba siegnac dalej, do przyczyn dlaczego protestantyzm nie przyjal sie na terenie Polski.

  • http://liberte.pl Jakub Słocki

    ustawy a KK
    do KrzysztofaP:

    przytoczę jeden argument obalający tezę o braku odniesień do chrześcijaństwa w ustawach, wiecej nie chce mi się szukać.

    Ustawa o radiofonii i telewizji.
    Art 4, Art 18, Art 21 (w szczególności!!!)

    Zatem teza o braku w treściach ustawach odwołań do chrześcijaństwa obalona. Jest to szczególnie przykre, że telewizja publiczna (a więc „wszystkich”) przymuszana jest do jednego światopoglądu.

  • http://liberte.pl elbe

    do elbar1
    Też nie jestem osobą postronną, bo jestem nominalnie katoliczką. Byłam ochrzczona, miałam pierwszą komunię, religia aż do matury w 1968 roku, potem ślub kościelny, dziecko ochrzczone. Wszystko to zawdzięczam swoim superkatolickim rodzicom. Przedtem musiałam się słuchać, później nie robić przykrości. Po czterdziestce doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Pogrzebu katolickiego już nie oczekuję i mi na nim nie zależy. Tylko, że ja się zgadzam z każdym słowem profesora. Takich katolików jak ja jest wielu, więcej niż się wydaje. Nie chcę krzyży w szkołach i urzedach, nie chcę konkordatu, nie zagłosuję nigdy na osobę obnoszącą się ze swym katolicyzmem. Czy ja też mam zmienić kraj? Na jaki?

  • http://www.szczecin.e9.pl Jarek

    Popieram
    Popieram w całej rozciągłości. Bardzo dobry i przemyślany tekst. Co do pana elbar1, to prezentuje on stanowisko typowe dla polskich pseudokatolików – niech no tylko ktoś napisze coś nie po ich myśli, a rzucają się całą zgrają gotowi pluć i kąsać w imię nauki Chrystusa, w której chyba jednak zupełnie o co innego chodzi. No i oczywiście widzą wszędzie Żydów – tak jak ten żołnierz, co to mu się wszystko z d*** kojarzyło.

  • http://liberte.pl Jan Lotowski

    w końcu p. Hartman jest członkiem loży B’nai B’rith…
    Czekam na kolejny tekst pod tytułem: „Czy Izrael jest państwem wyznaniowym?” Z pewnością ma Pan informacje z pierwszej ręki.

    Wymowa tego tekstu ma być taka: katolik to osoba zacofana, pochodząca z chłopstwa i trzęsąca tym państwem, które się go boi. Wykształciuchy – zróbmy coś z tym!

    Dowód? Prof. Hartman stwierdza np.:
    „tylko w państwie wyznaniowym możliwe jest, by za pieniądze państwa, w publicznych szkołach, uczyć dzieci, że homoseksualizm jest złem.”

    To jak nazwać państwo, które za pieniądze podatników wmawia ich dzieciom w szkołach, że sodomia jest czymś całkowicie normalnym i wręcz (tak już jest na zachodzie) zachęca do eksperymentów (trzeba być otwartym..). I to pod PRZYMUSEM. Rodzic nie ma wyboru – albo puszcza dzieci na tę indoktrynację albo płaci grzywnę bądź trafia do więzienia. Jakiego wyznania jest TAKIE państwo panie Hartman?!? Może jeszcze powie Pan, że jest liberalne???

  • http://liberte.pl kowalski

    nauka religii
    nauka religii-uczy o RELIGII.
    nauka seksuologii-uczy o seksualnym życiu człowieka.
    dla mnie jest to logiczne,ale dla nauczycieli religii,chyba nie?
    może mają problemy w tym temacie w swoich szeregach,dlatego uświadamiają dzieci o homoseksualizmie a nie o historii kościoła?
    P.psorze,,, temat trafiony w samo gniazdo!

  • http://liberte.pl ann.

    Nie tędy droga.
    Ja uwazam, choć to nierealne, iz szkoly powinny wykładać coś w rodzaju religioznawstwa. Nie religia, nie etyka – daleko się to ma od zamierzanych odgórnych celów. I zawsze tak było. Młoda osoba idzie za ciosem – bo dziadkowie, bo rodzice, to i ja do koscioła uczęszczam, na religii słucham i spowiedź odbywam. Uh. Nie tędy droga. Religioznawstwo – niech młodzi uczą się całokształtu chrześcijaństwa, odłamów, etc. i niech znajdzie się jeden dojrzały dzień, w kiedy to dość dojrzały młodzieniec zdecyduje co tak na prawdę go interesuje (ot bierzmowanie-decyzja) Ja wychowana tradycyjnie, chciałabym poszukiwac czegos nowego. Ówczesna wiara, religia nie daje mi nawet minimalnej satysfakcji, czy mozliwości wzbogacania. Dno.
    Pozdrawiam, A.

  • http://liberte.pl nony

    Czosnek…
    jak nic.

  • http://liberte.pl WK

    tak panie Janie
    intelektulanie ten artykuł to okolice FiM, i równie jak one obiektywny.

O autorze
*
JanHartman
Profesor filozofii, wydawca i publicysta, profesor UJ i kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki w Collegium Medicum na Uniwersytecie Jagiellońskim.
@ JanHartman1