Myśli depresyjnego Polaka

Drukuj

Tekst pochodzi z XXI numeru kwartalnika Liberté! „Jak uratować demokrację”, dostępnego w sklepie internetowym. Zachęcamy również do zakupu prenumeraty kwartalnika na cały rok 2016.

Trująca mgła

Najlepszą metaforą polskiej tożsamości jest mgła. Polska to nie tylko obszar geograficzny, język, historia, system gospodarczy itd., lecz także budulec naszej tożsamości, coś, co mocno naznacza, kim jesteśmy i jak rozumiemy siebie, a w konsekwencji, jak widzimy świat, jego złożoność, kierunek jego ewolucji, jego stosunek do nas oraz swoje w nim miejsce. Dlatego Polska jest jak powietrze, którym oddychamy i w którym jesteśmy zanurzeni: w każdej chwili na nas oddziałuje, również (zwłaszcza) wtedy, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet kiedy się stąd wyjedzie i zacznie oddychać innym powietrzem, wciąż jest się przesiąkniętym polską, wdychaną od dziecka, atmosferą.

Jakie więc jest to powietrze? To jest powietrze, w którym unosi się mgła. Jaka mgła? Trująca mgła naszych uprzedzeń, fobii, kompleksów i paranoidalnych lęków pomieszanych z urojeniami o naszej wyjątkowości, wybraństwie, potędze i misji. Ten mglisty smog częściowo nas oślepia i zatruwa. Czy polskie powietrze jest tylko i wyłącznie taką mgłą? Niekoniecznie. Przecież nie jesteśmy zupełnie ślepi ani zatruci nią całkowicie. Polskie powietrze pozwala nam przecież trwać w świecie, nie jest łatwo, to prawda, ale iść do przodu, przyswajać zdobycze nowoczesności, podnosić jakość życia. Dlaczego jednak przychodzi nam to z takim trudem? Bo w naszym powietrzu unosi się mglisty smog. Jak się pozbyć tej mgły? Czy jest to w ogóle możliwe?

Mgła musi opaść albo podnieść się sama. Jest to równoznaczne z gruntowną przemianą polskiej tożsamości. Przemiana tożsamości sama musi dojrzeć, sama się wyzwolić. Trzeba więc cierpliwie czekać, ale nie z założonymi rękami. Potrzebne jest czekanie aktywne. Nikt z nas nie zdmuchnie mgły, każdy jednak może przyśpieszać jej zniknięcie. Dzieje się tak wtedy, kiedy mimo mgły udaje nam się ukierunkowywać i napędzać nasz rozwój. Bo to właśnie twórczość i rozwój są antidotum na przypominające smog fobie, kompleksy i urojenia. Te ostatnie bowiem biorą się z zahamowania właściwej człowiekowi dynamiki wzrostu – potrzeby ciągłego przerastania i przewyższania tego, co się osiągnęło wczoraj i czym można się cieszyć dzisiaj.

Trzeba nam więc na razie błąkać się w zatrutej mgle. Rozwijać się w sytuacji, w której unoszące się w polskim powietrzu demony paranoidalnych lęków i urojeń będą ciągle nawiedzać nasze głowy. Alternatywy jak dotąd nie ma. W takiej sytuacji za żadną cenę nie można sobie pozwolić na to, aby stracić w tej mgle orientację, bo wtedy czeka nas wszystkich smoleński koniec. Ostateczna smoleńska katastrofa społeczna. Jedyną na to receptą jest próbować tę mgłę chorych wyobrażeń, która wdziera się we wszystkie zakamarki naszego ciała i ducha, wytrwale nazywać chorobą i dokładnie odróżniać to, co ona nam podpowiada, od tego, co w świecie dokoła nas się wydarza.

Mówienie o polskich fobiach, lękach i urojeniach ma więc wartość terapeutyczną. Ma to być terapia wspomagająca, towarzysząca terapii zasadniczej, którą musi być wytrwała praca nad twórczym samorozwojem, przekuwana w zasadniczy kształt polskiego życia społecznego. Myliłby się jednak ten, kto by twierdził, że bez takiej wspomagającej terapii możemy się obejść. Zgoda, ona sama nas społecznie nie uleczy, ale bez niej – zanim zasadnicza terapia przyniesie upragniony skutek – nasz społeczny samolot wciąż będzie się roztrzaskiwał w ponurych wschodnioeuropejskich tundrach zasnuwanych mgłą naszej zbiorowej paranoi.

Dlatego najbardziej niebezpieczni dla przyszłości Polski są ci, którzy próbują udowadniać, że mgła zasnuwająca polskie powietrze jest wynikiem spisku wrogich nam sił, że to jest mgła sztucznie rozpylona na naszą zgubę, że polskie powietrze samo w sobie jest czyste i przejrzyste, więc trzeba wytropić i usunąć spiskowców oraz zdrajców, którzy je zanieczyścili. A wtedy się okaże, że polskie zdrowe i rześkie powietrze uniesie nas aż na sam szczyt nowoczesnych potęg. Nic bardziej pomylonego i urojonego. Kto żywi takie przekonania, potwierdza tylko, że sam całkowicie w tej polskiej mgle zbłądził, że zatruł się polskim smogiem. Ulega bowiem jednemu z najbardziej przykrych spośród zawieszonych i majaczących w tej mgle widm i demonów: przekonaniu, że Polska – sama w sobie niezłomna, piękna, szlachetna i czysta – jest infiltrowana, szpecona, kalana przez wrogie potęgi i siły, uniemożliwiające nam normalność i rozwój. Takie przekonania to właśnie jest patriotyczny obłęd: obarczyć kogoś innego tym, czego się nie jest w stanie zaakceptować w sobie (w Polsce), bo to zbyt przerażające.

Kiedy dajemy się omamić polskiej otaczającej nas mgle, ulegamy zbiorowej halucynacji. I wtedy tygodniami oglądamy na YouTube filmiki, na których gałęzie i krzaki kołyszące się wokół wraku i porozrzucanych polskich szczątków „okazują się” rosyjskimi komandosami dobijającymi naszych jeszcze żywych bohaterów. Zarówno katastrofa smoleńska, jak i społeczna reakcja na nią (w której przekonanie o spisku przybiera postać zbiorowej psychozy i halucynacji, legitymizowanej absurdalnymi „hipotezami” rzekomych ekspertów) stanowią nie tylko metaforę, lecz także naoczny dowód tego, że mgła zbiorowej paranoi unosząca się w polskim powietrzu gęstnieje i odbiera Polakom kontakt z rzeczywistością.

Paranoja

Czym jest ta typowo polska, zbiorowa paranoja? Aby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba najpierw zdać sobie sprawę, czym jest paranoja jako taka. Klasyczna teoria psychoanalityczna Melanie Klein podpowiada, że paranoja jest patologicznym sposobem radzenia sobie z popędem śmierci. Popęd śmierci to siła autoagresji obecna w każdym z nas. Sprzeciwia się ona popędowi życia, który popycha nas do twórczości i rozwoju. Popęd śmierci to dążenie przeciwne tym procesom, to ciążenie, aby zanegować każdy postęp i zmianę. A więc to siła regresu, autodestrukcji. Dlatego popęd śmierci już u niemowlęcia budzi lęk przed zniszczeniem i śmiercią, czyli w pewnym sensie przed samym sobą jako podmiotem dążącym do samozagłady. Niemowlę radzi sobie z tym lękiem w ten sposób, że jego źródła doszukuje się poza samym sobą, projektując własny popęd śmierci na agresję ze strony zewnętrznego obiektu, którym dla niemowlęcia jest pierwotnie matczyna pierś. I tak niemowlęcy podmiot w swym własnym odczuciu przestaje być autoagresywny, przestaje dążyć do zniszczenia siebie.

Konsekwencją jest jednak paranoidalna obawa przed zewnętrznym światem (początkowo jest nim pierś matki, ale z upływem czasu rozszerza się on na inne obiekty). Jeżeli ten świat okazuje się niedostatecznie afirmatywny, nie zaspokaja natychmiast wszystkich potrzeb, pragnień i zachcianek, widzi się w nim podstępnego zabójcę, który chce nas zniszczyć, lub – w najlepszym wypadku – oprawcę, który chce nas wykorzystać, a w tym celu zwieść, usidlić i spętać.

Sytuacja, w jakiej znalazło się niemowlę, jest nazywana przez Klein „pozycją paranoidalną”. Z biegiem prawidłowego rozwoju zostaje ona rozwiązana, czyli przekroczona w taki sposób, aby podmiot mógł realnie oceniać świat zarówno pod kątem czyhających w nim zagrożeń, jak i kryjących się w nim szans. Pozycja ta jednak nigdy zupełnie nie znika, ale jest pewną uśpioną predyspozycją, która może się w każdej chwili odrodzić, zwłaszcza w niesprzyjających podmiotowi okolicznościach. I wówczas pojawia się paranoja w życiu dorosłego człowieka. Okropny lęk, że jest się prześladowanym, tropionym, inwigilowanym, że ludzie dokoła czyhają, aby nas zniszczyć i zabić. W jakiejś złagodzonej formie takie epizody każdy z nas przeżywa.

Jeśli spojrzeć w ten sposób na nasze życie społeczne, na popularność wszelkiego rodzaju teorii spiskowych, mających Polskę spowolnić, uzależnić, poddać kontroli, pozbawić niepodległości, wykorzystać, poddać wyzyskowi, wykorzenić, zdominować, zmanipulować, wchłonąć, skonsumować itd., to teza o zbiorowej paranoi Polaków narzuca się sama. Nie jest to problem wąskiego grona paranoidalnych polityków i publicystów, ale tych bardzo szerokich kręgów, które wierzą ich urojeniowym wypowiedziom i z wypiekami na twarzy czytają zatrważające felietony o zamachu smoleńskim, Polsce w ruinie, Tusku w Stasi, rosyjsko-niemieckim spisku, fali uchodźców jako elemencie planowego wynarodowienia itp. A najbardziej może jest to problem tych spośród nas, którzy takich poglądów nie podzielają, co jednak nie przeszkadza im w głosowaniu na głoszących je polityków. Tych spośród nas, którzy popierają owych polityków z wiarą, że są to tylko jakieś marketingowe strategie bez znaczenia. I twierdzących, że za wszelką cenę trzeba odsunąć rzekomo całkowicie zdemoralizowaną dotychczasową władzę.

Dlaczego jednak my, Polacy, tak gremialnie w owej zbiorowej paranoi uczestniczymy? Dlatego, że w ten sposób zwalniamy samych siebie z odpowiedzialności za swój nazbyt powolny rozwój i swoje porażki, a przede wszystkim z odpowiedzialności za indukowany własnym popędem śmierci opór i lęk przed dokonującą się modernizacją i jej konsekwencjami. Zbiorowa paranoja to kształt swoiście polskiego pędu do samozniszczenia. W obszarze polskiej paranoi nie ma miejsca na polskie słabości i zaniechania, na typowo polskie niszczenie tego, co z takim wysiłkiem udało się osiągnąć. Uczestnictwo w paranoi buduje bowiem opozycję: dobry i niewinny podmiot (w tym wypadku Polska i „prawdziwi” Polacy) versus zawistny i krwiożerczy obiekt (w tym wypadku Niemcy i Rosja, ale też zachodnie korporacje i banki, liberałowie, brukselscy technokraci, Żydzi, masoni czy genderyści). MY chcemy się rozwijać, ONI nam nie pozwalają. Paranoja jest więc doskonałym sposobem, żeby się oczyścić i usprawiedliwić. Jest jednocześnie sposobem na to, żeby nic nie robić. Więcej, jest tym, co ostatecznie uniemożliwia robienie czegokolwiek twórczego i rozwojowego. Cała energia musi być spożytkowana na tropienie i zwalczanie wrogów, a podejrzliwość jest tak ogromna, że nie sposób komukolwiek zaufać, a więc z kimkolwiek współpracować. Paranoja to izolacja, stagnacja i osamotnienie. Zamiast przekraczania własnych ograniczeń i kroczenia ku nowych horyzontom – kulenie się w swojej kryjówce, ochrona granic, utrzymywanie lichego status quo, czyli de facto utrwalanie swego ograniczenia. I to wszystko w atmosferze triumfu nad wrogiem!

Uwaga na marginesie. Czy z powyższego nie wynika, że głosowanie opierające się na przekonaniu, że Polska jest dziś w ruinie, nie wynika właśnie z chęci rujnowania? Z biorącej w nas górę siły autodestrukcji, chcącej niszczyć sukces Polski, która zrobiła w ostatnich latach nie idealny, nie taki, o jakim by się marzyło, nie pozbawiony błędów, ale jednak realny i w naszej historii bezprecedensowy krok rozwojowy? Innymi słowy – wydaje się, że polska zbiorowa paranoja jest narzędziem polskiej autoagresji, która właśnie dzięki naszemu uleganiu paranoidalnym obawom i urojeniom jest w stanie nas dopaść.

Schizofrenia

Paranoja, która dopada nas, Polaków, jest powiązana z typowo polskim, schizofrenicznym rozdwojeniem, w którym współczesną Polskę wroga przeciwstawia się Polsce wielkiej i wspaniałej: niezłomnej, dziewiczej, zwyciężającej, kochającej swe dzieci, solidarnej i sprawiedliwej, w gruncie rzeczy pozbawionej wad, słowem – wyśnionej i wytęsknionej idealnej Ojczyźnie. Polska ta ma być wiecznie żywa, ale dziś niestety jest zepchnięta do defensywy lub zgoła nieobecna, ukryta w naszej historii. I znów takie rozdwojenie ma swoje źródło we wczesnodziecięcym (nie)radzeniu sobie z popędem śmierci.

Niemowlę, przypisując matczynej piersi swoją własną autoagresję, która teraz staje się w jego odczuciu agresją złego, matczynego obiektu, potrzebuje wciąż dobrej i opiekuńczej piersi, która zapewni mu pokarm, ciepło i bezpieczeństwo. Dlatego powstaje w życiu niemowlęcia pierwsze schizoidalne roz-

szczepienie: jedna realna pierś rozszczepia się w jego percepcji na dwie piersi: tę złą, agresywną, niszczącą oraz tę dobrą, czułą i opiekuńczą. Wynikiem tego jest idealizacja dobrej piersi, która w odczuciu dziecka nie ma – inaczej niż pierś realna – żadnych skaz i ograniczeń: jej pokarm nigdy się nie kończy, jej czuła obecność nie znika nawet na chwilę, jej matczyna troska jest w stanie odsunąć wszelką frustrację i dyskomfort. A jeśli w jakimś momencie jest inaczej, winna jest ingerencja piersi złej.

Konsekwencją idealizacji tego pierwotnego obiektu, do którego się niemowlę odnosi, jest również idealizacja samego siebie. Negując złą część siebie poprzez przypisanie wszelkiego zła prześladowczej, złej piersi, dziecko tworzy swoje idealne „ja”, żyjące w urojonej symbiozie z wyidealizowaną, dobrą piersią, co bynajmniej nie przeszkadza mu w agresji przeciwko piersi złej, którą bije, gryzie i której szczerze nienawidzi. Tworząc swe idealne „ja”, dziecko traci jednak jakikolwiek przytomny kontakt z tą swoją agresją, która – dodajmy dla ścisłości – jest przekierowaną na zewnątrz, pierwotnie autoagresywną energią popędu śmierci. Niemowlę może więc odtąd żyć w przekonaniu o jej nieistnieniu, jednocześnie cały czas rozładowując ją na otoczeniu. Odczuwa przy tym tę sytuację na opak jako ciągłe ataki ze strony zewnętrznego prześladowcy.

Ta sytuacja psychiczna, nazywana przez Klein „pozycją schizoidalną”, jest ściśle złączona z pozycją paranoidalną i wraz z nią powinna być pozytywnie przekroczona (rozwiązana) w trakcie wczesnodziecięcego rozwoju. Następuje to poprzez ponowne scalenie rozszczepionej piersi w jeden obiekt, który zaczyna być odbierany realnie jako dobry, ale zarazem niepozbawiony złych pierwiastków – ograniczony w swoim potencjale laktacyjnym, nie zawsze obecny, nie zawsze pozostający do wyłącznej dyspozycji dziecka, czyli niedoskonały. Co istotne, to scalenie piersi skutkuje również urealnieniem ego dziecka, które uznaje swą nieidealność, mierząc się z trudną prawdą o obecności w sobie niszczycielskiego, agresywnego popędu śmierci. I znów tak jak w wypadku paranoi tendencja do schizoidalnego rozszczepiania nie znika z podmiotu całkowicie, pozostaje w nim jako predyspozycja, która może się ponownie uaktywnić w dorosłym życiu.

To dość obszerne streszczenie psychoanalitycznej teorii Melanie Klein pozwala zrozumieć naturę typowo polskiego myślenia, które łączy miłość do Ojczyzny z traktowaniem współczesnej Polski jako obiektu złego i prześladowczego. Jest to stan zbiorowej infantylizacji i regresji do opisanych pierwotnych stanów schizoidalnych. Znamienna dla tego stanu świadomości jest nieobecność jednej, realnej, zarazem dobrej i niedoskonałej Polski, która zapewnia nam możliwość rozwoju, bezpieczeństwo, byt itd., ale jednocześnie nas ogranicza, naznacza różnego rodzaju wadami, frustruje i zniechęca.

W to miejsce pojawia się w życiu psychicznym rozszczepienie na Polskę idealną, Polskę-Matkę, która pełna poświęcenia, niezłomności, heroizmu kocha i troszczy się o swoje dzieci – i na Polskę współczesną, stanowiącą jej zaprzeczenie, Polskę-Macochę. Przypomina ona cyniczną i pełną nienawiści macochę, pozbawioną cnoty, sprzedającą się Unii Europejskiej, zbałamuconą przez (post)komunistów i liberałów, przez korporacje i instytucje finansowe. Ta macocha nie myśli o swych dzieciach, ale o własnych rozrywkach i uciechach, rzucając nam co najwyżej jakieś ochłapy i dając do picia pomyje.

Już samo odniesienie Polski do Matki, która ma się o nas troszczyć, jest głęboko infantylne. Ulegamy temu wszyscy, kiedy przyjmujemy roszczeniową postawę wobec państwa. Szczególnie znaczące jest jednak to, jak wielu z nas wpada przy tym w myślenie schizoidalne, widząc we współczesnej Polsce samo zło, a w jej działaniach dążenie do upodlenia, wykluczenia, zmanipulowania i wykorzystania obywateli. Myśląc tak, przeciwstawiamy się postrzeganej w ten sposób współczesnej Polsce w imię swoistego patriotyzmu: wierności prawdziwej Ojczyźnie, która, gdyby mogła, toby się o nas naprawdę troszczyła. A że nie ma jej tu i teraz, to się ją umiejscawia w różnych okresach naszej historii: w Polsce jagiellońskiej, w Polsce przedwojennej, w Polsce walczącej i niezłomnej. Taki patriotyzm jest skierowany ku Polsce, której nigdy nie było – ku naszym własnym mrzonkom i fantazjom.

Nie jest to jednak żaden bierny sentymentalizm, ale podstawa do aktywnej walki i nienawiści względem polskiej współczesności. To usprawiedliwianie nihilistycznej, destrukcyjnej chęci niszczenia wynikającej z urazy, że realna Polska nie jest taka, jak być powinna, że nie daje tyle, ile dać by mogła.

Jeśli zagadnąć kogoś, kto popadł w taką niszczycielską manię, usłyszy się zawsze, że to nie on zwalcza coś i nienawidzi, ale że to z nim się walczy i jego się nienawidzi. W kontekście przywołanej koncepcji psychoanalitycznej to wcale nie dziwi. Przecież rozszczepienie obiektu i idealizacja jego dobrej części związane są z samoidealizacją podmiotu. Dlatego ktoś taki jest przekonany, że ta przeszła, idealna Polska pozostaje dziś żywa w jej niezłomnych wyznawcach, czyli w nim samym. Ten, kto podążył tą drogą, czuje się więc tak święty i czysty, jak jego idealna (nierealna) Matka. I właśnie dlatego on i jemu podobni Polacy czują się dzisiaj prześladowani, tropieni, marginalizowani przez rzekomy układ łączący współczesną Polskę-Macochę oraz jej jawnych i skrytych kochanków. W ten sposób wielu spośród nas obwołuje samych siebie męczennikami za polską sprawę.

Co się za tym wszystkim kryje? Są tam infantylny, nieznający granic, niemożliwy do zaspokojenia głód, a także uraza, że dzisiejsza Polska nie jest w stanie go zaspokoić, oraz przekonanie o własnej moralnej czystości i idealności, wypierające (nazbyt) trudną prawdę, że każdy z nas, również ja sam, przyczyniamy się do tego, jaka jest dzisiejsza Polska – że jest głęboko niesatysfakcjonująca.

I znów trudno się pocieszać, że z całą pewnością tacy niezłomni „patrioci” stanowią u nas mniejszość. Skoro bowiem są w stanie wygrać wybory, to zdobywają poparcie również tych spośród nas, którzy nigdy jawnie się z takim „patriotyzmem” nie utożsamią, ale którym najwyraźniej on nie przeszkadza. Dlaczego? Bo w dużym stopniu trafia on w nasze wyparte, ale realne odczucia i nieświadome przekonania.

Kompleks niższości

Kluczowe wydaje mi się pytanie o przyczynę tych tak szeroko wśród nas, Polaków, rozpowszechnionych, regresywnych, paranoidalno-schizoidalnych postaw. Szukając odpowiedzi, odejdźmy na moment od psychoanalizy i sięgnijmy do przemyśleń Stanisława Ignacego Witkiewicza.

Sytuacja, o której tu mówimy, to wedle Witkacego upośledzenie indywidualnego rozwoju na społeczną skalę. Upośledzenie pojawia się w życiu jednostki w wyniku źle rozładowanego (nieprzepracowanego) kompleksu niższości. Kompleks ten jest cechą każdego ludzkiego podmiotu, ponieważ tworzy go nieunikniony konflikt w obrębie życia popędowego, który – jeśli się wczytać uważnie w myśli Witkacego – można utożsamić z walką popędu śmierci z popędem życia. Jedną stroną tego konfliktu jest „rozpęd ku nieskończoności”, czyli dążenie do ciągłego samoprzewyższania, transgresji będącej motorem twórczości i rozwoju (odpowiednik popędu życia). Zdaniem Witkacego jednostka, która podąża tą drogą, wyrastając ponad siebie, czyli ponad swoją dotychczasową formę, nie traci swojej indywidualności, ale przetwarza, wyprowadzając ją na wyższy poziom jako indywidualność jeszcze bardziej oryginalną, nieprzeciętną i twórczą. Z tym dążeniem do ciągłego przezwyciężania siebie walczy w jednostce siła przeciwna. Jest nią lęk przed transgresją jako czymś kwestionującym status quo, czyli już osiągniętą i utwierdzoną indywidualność. Dynamizm ten, chcąc bronić jednostkę przed potencjalnym zatraceniem, tak naprawdę buduje osobowość mało zindywidualizowaną, mało twórczą, wpisaną w tłum takich jak ona odtwórczych i kształtowanych przez otoczenie przeciętniaków, od których niczym istotnym (indywidualnym) się nie odróżnia. Ta konserwatywna, bo konserwująca status quo, siła przez Freuda nazywana jest właśnie popędem śmierci.

To splot tych dwóch sił-popędów konstytuuje ów typowo ludzki kompleks. Jest to z istoty swej kompleks niższości, ponieważ chęć wybicia się jest tu uwikłana w ciągłą obawę, niechęć i opór przed tym, co wyższe. Każdy człowiek musi sobie jakoś z tym kompleksem radzić. Nie ma bowiem nikogo, komu twórczość przychodziłaby bezboleśnie – sile twórczości sprzeciwia się zawsze obawa i opór.

Zdaniem Witkacego są dwa możliwe sposoby radzenia sobie z tworzącym człowieka kompleksem niższości. Pierwszy, gdy człowiek – wciąż na nowo przezwyciężając obecny w sobie opór, obawę i niechęć – wkracza na ścieżkę transgresyjnej twórczości. Popęd życia jest tutaj górą. To jest ścieżka rozwoju i zdrowia psychicznego. Drugi sposób to ugrzęźnięcie w obawie i oporze. Jest to sytuacja prozaicznej jednostki, która cała zatraca się w codziennych zabiegach o utrzymanie się na powierzchni życia. Szczytem jej marzeń jest codzienna mała stabilizacja. Elementarne bezpieczeństwo i sytość, z małym naddatkiem na rozrywkę i komfort. Tu triumfuje jednak popęd śmierci.

Również w takiej sytuacji potrzeba wielkości nie znika, objawia się jednak nie w twórczości, ale w cichej zawiści względem tych, którzy podjęli ryzyko rozwoju i się wybili. Autoagresja sprzeciwiająca się zmianie zwraca się również przeciwko innym, którzy rozwoju i zmiany się nie boją. Zawiść deprecjonuje ich sukces, podpowiadając, że to tak naprawdę niemoralni oszuści, złodzieje i zdrajcy, którzy weszli we wszechobecny, toczący społeczeństwo jak rak „układ”. Stąd już niedaleko do paranoi. Paranoidalna zawiść nie jest jednak jedynym sposobem objawiania się skrytej tęsknoty za wielkością, w której pobrzmiewa głos zdominowanego i spętanego przez popęd śmierci popędu życia. Drugim jest postawa nazywana przez Witkacego „puszeniem się”. Jest to zupełnie urojone przekonanie, że się ową – mimo oporu i lęku – tak upragnioną wielkość już dawno posiadło. To iluzoryczne przekonanie o własnej wielkości bliskie jest schizoidalnej pozycji podmiotu, ponieważ polega na utożsamieniu się z idealnym, nieistniejącym realnie obiektem pragnień. Tu również triumfuje popęd śmierci, bowiem urojona wielkość to kolejny doskonały argument przeciw twórczej zmianie: skoro jest jej w nadmiarze, nie ma sensu dalej się starać.

Choć regułą społeczną jest współwystępowanie tych postaw, jest coś takiego w polskiej mentalności, że puszenie się (za którym skrywa się zawiść) jest u nas uprzywilejowane. Nierealny, wyidealizowany obiekt, z którym się łatwo utożsamiamy, budując swoją urojoną wielkość, to wielki i wspaniały polski naród. Odwołujemy się przy tym do różnych narodowych mitów: mitu szlacheckiej wolności, mitu przedmurza chrześcijaństwa, mitu powstańczej i konspiracyjnej niezłomności, mitu Solidarności itd. Tym, co dziś szczególnie bolesne, jest uparte przeciwstawianie tych mitów współczesnej, realnej Polsce. I to nie w ten sposób – co byłoby jeszcze do zniesienia – że współczesna Polska do nich nie dorasta, ale że konsekwentnie je zdradza i niszczy. Ujawnia się w ten sposób schizoidalna „logika” polskiego myślenia: właśnie to, że współczesna Polska się rozwija i zmienia, najbardziej nas – puszących się zawistników spętanych popędem śmierci – przeraża.

Skąd jednak ta atmosfera, sprzyjająca paranoidalno-schizoidalnej zawiści i puszeniu się Polaków? Jest to struktura wzmocniona i utrwalona przez naszą tragiczną przeszłość narodową. Przez historię pełną klęsk, katastrof i niepowodzeń. W takiej atmosferze na społeczną (zarówno zbiorową, jak i indywidualną) twórczość i rozwój jest zawsze za wcześnie. Bieżąca chwila wymaga bowiem walki o przetrwanie i ocalenie. Jako długofalowa sytuacja społeczna (a mówimy tu o niemal nieprzerwanej historii trzech ostatnich wieków) przekłada się ona na jednostkową kondycję nas, Polaków, którzy nie tylko jako zbiorowość, lecz także jako jednostki i rodziny skupiamy się na kwestii utrzymania i trwania w obcym i wrogim świecie. Nikt tego lepiej nie opisał niż Brzozowski i nikt lepiej niż on nie rozumiał potencjalnych tragicznych konsekwencji tej sytuacji dla polskiej przyszłości. Mówiąc psychoanalitycznie: polska przeszłość wepchnęła nas w objęcia regresywnego i konserwatywnego popędu śmierci, triumfującego nad popędem życia.

Najbardziej bolesne pytanie wynikające z rozważań Brzozowskiego dotyczy tego, czy przywiązanie do polskiej tragicznej przeszłości, która wymuszała defensywną i samozachowawczą strategię polskiej codzienności, nie jest dziś głównie pretekstem do odrzucenia rozwoju i zmiany? Czy nie utrwala ona w nas oporu przed twórczością i „samoprzewyższeniem”? A skoro tak – bo w świetle naszych ustaleń nieuchronna jest odpowiedź twierdząca – to czy polska przeszłość nie jest pułapką, która nas niewoli i zabija polską przyszłość? Nie tylko Stanisław Brzozowski, lecz także Roman Dmowski (w swoich „Myślach nowoczesnego Polaka”) odpowiadają twierdząco. Brzozowski jednak, inaczej niż Dmowski, nie wyciąga stąd wniosku, że tę przeszłość trzeba całkiem odrzucić. Nie chce jej jednak również, jak Sienkiewicz, wynosić na ołtarze. Chce tę przeszłość wewnętrznie poróżnić i obrócić przeciw niej samej, wydobywając impuls do twórczości i zmiany. Impuls ten ma mieć charakter naszego własnego mitu nowoczesnego, który będzie motywował i napędzał rozwój indywidualny i zbiorowy. Mówiąc psychoanalitycznie, proponuje on nie wyparcie (jak Dmowski) i nie idealizację (jak Sienkiewicz), ale przepracowanie przeszłości. Któż jednak dzisiaj słucha uważnie Brzozowskiego? Od prawa do lewa Dmowski z Sienkiewiczem, trzymając się za ręce, betonują przyszłość, że tak się wyrażę, polskiego narodu.

Potrzeba depresyjnego przepracowania

Czy więc jest jakaś szansa dla nas, Polaków, aby wyjść z toczącego i rozkładającego nasze życie społeczne paranoidalno-schizoidalnego status quo? Szukając odpowiedzi, sięgnę raz jeszcze od psychoanalizy Melanie Klein. Możliwość wyjścia z niemowlęcej pozycji paranoidalno-schizoidalnej jest związana z następującą po niej „pozycją depresyjną”. Ta pierwsza zostaje tu przepracowana w ten sposób, że niemowlę scala w swym życiu psychicznym schizoidalnie rozdwojoną pierś, jednocześnie porzucając jej idealizację. Staje na powrót wobec jednej, realnej piersi, która jest d obra (opiekuńcza, karmiąca) i jednocześnie niedoskonała (nie zawsze dostępna, nie zawsze dysponująca pokarmem). Towarzyszy temu urealnienie ego. Niemowlęcy podmiot przyjmuje na powrót swój uprzednio zakwestionowany i umiejscowiony na zewnątrz popęd śmierci i związaną z nim agresywność. Przyjmuje tym samym swoją nieidealność.

To przepracowanie jest możliwe dzięki przyjęciu i przeżyciu uczuć o charakterze depresyjnym, wśród których dominują uczucie żałoby i poczucie winy. Żałoba dotyczy idealnego matczynego obiektu, jej przejście pozwala uznać i przeboleć jego iluzoryczność, a w konsekwencji przyjąć matkę realną. Pojawiające się poczucie winy dotyczy zaś własnej agresji. Uprzytamnia ono, że jest w nas dynamizm, który chce zniszczyć i skalać ów matczyny obiekt, a więc przyczynia się do utrwalenia i pogłębienia jego niedoskonałości. Depresyjność więc to taka sytuacja psychiczna, która pozwala urealnić i scalić zarówno podmiot, jak i świat jego aktualnych i przyszłych obiektów.

Odnieśmy tę strukturę do naszej sytuacji społecznej. Wyjściem z paranoidalno-schizoidalnego impasu byłaby społeczna pozycja depresyjna. Schizofrenię społeczną uleczyć może tylko uświadomienie sobie, że nie ma dwóch Polsk – tej dzisiejszej, będącej czystym złem, i tej idealnej, będącej jej całkowitym zaprzeczeniem. Zrozumienie, że istnieje jedna, realna Polska, która jest, jaka jest – nie całkiem zepsuta, bo rozwijająca się, ale też w tym rozwoju niedoskonała. Ta świadomość może się jednak zrodzić tylko w trakcie żałoby po naszych narodowych legendach i mitach budujących zafałszowany obraz wielkiej Polski.

Z kolei naszą paranoję społeczną uleczyć może tylko uświadomienie sobie, że my, prawdziwi Polacy, my, polscy niezłomni patrioci, jesteśmy również pełni agresji i chęci destrukcji. I że wierząc w ideał Polski przeciwko Polsce dzisiejszej, przykładamy rękę do niszczenia jedynej Polski, jaką mamy, nieidealnej, ale jednak naszej, nieudolnie, ale jednak troszczącej się o nas i rozwijającej się dla nas tak, że bez niej żyłoby się nam znacznie gorzej. Ta świadomość, że niedoskonałość dzisiejszej Polski ma źródło przede wszystkim w naszej agresji i zacietrzewieniu, może się jednak zrodzić tylko jako przyjęcie własnej odpowiedzialności i pojawienie się w nas poczucia winy, czyli poniekąd jako wejście w żałobę po nas samych – mających o sobie wyidealizowane mniemanie.

Czy stać nas na taką społecznie owocną depresyjność? Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy od niej jak najdalej. Dlatego paranoja i zbiorowa autodestrukcja, „patriotyczne” puszenie się, schizofrenia narodowa i zawiść będę się jednak u nas plenić. Cóż zatem robić? Odpowiedź starałem się zasugerować w przyjętej w tym eseju perspektywie narracyjnej. Konsekwentnie nie pisałem „oni” (paranoicy i zawistnicy), ale pisałem „my”. Jedyną drogą ograniczania, a nie wzmagania paranoi jest uznanie, że to samo co w nich, jest obecne również we mnie, nawet jeśli całe moje społeczne i intelektualne zaangażowanie zwrócone jest przeciwko polskiej zawiści i paranoi. Dlaczego? Ponieważ jestem Polakiem, czyli człowiekiem, który wyrósł w tej samej co oni atmosferze, w tej samej upiornej mgle, w tym samym duszącym smogu. A więc że jest to również mój wewnętrzny kompleks. Czy masz, czy mam odwagę dzisiaj powiedzieć tak: „Mgła smoleńska jest we mnie i jest częścią mnie samego”?

Wejście w pozycję depresyjną nie oznacza popadnięcia w trwałą depresję. To nie jest stan wewnętrznego paraliżu. Przeciwnie, to jest czas oczyszczenia, który pomnaża energetyczny potencjał do twórczego działania. Nie ma sensu spalać się w ideologicznej wojnie. „Oni” właśnie na to liczą. Uznanie polskiej paranoi jako części siebie samego wyzwala. „Oni” właśnie tego nie chcą i nie mogą tego w sobie zobaczyć i uznać. Organizujmy się i stawiajmy opór, tak – z pewnością wkroczyliśmy w trudne czasy, ale niech wypływa to z wewnętrznego zmagania z samym sobą, o które tak dramatycznie apelował Brzozowski. Wtedy bowiem na pierwszym miejscu będzie twórczy – zarówno indywidualny, jak i społeczny – rozwój. Oto najlepszy sposób na społeczną zmianę nawet wtedy, gdy paranoja i zawiść znów osiągają szczyty absurdu.

Kijów, 25–28 października 2015 r.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrAugustyniak
Myśliciel i eseista, dr hab. filozofii, wykładowca akademicki. Autor książki „Homo polacus. Eseje o polskiej duszy”.