„Nadrabiam stracony czas” – druga część rozmowy z Hanną Zdanowską

Drukuj

Druga część rozmowy Tomasza Kamińskiego z Hanną Zdanowską.

Część pierwszą można przeczytać TUTAJ.

– Wspomniała pani o tym, że z szacunkiem odnosi się do sukcesów ekipy prezydenta Kropiwnickiego. Jakie konkretnie działania uważa Pani za sukces?

Bardzo ważnym dla Łodzi projektem – choć mało zauważanym, bo ukrytym pod ziemią – był projekt modernizacji oraz rozbudowy sieci wodociągowej i kanalizacyjnej w Łodzi, realizowany w ramach projektu dofinansowanego z unijnego programu ISPA. Popierałam, przegraną przez prezydenta Kropiwnickiego, walkę o zachowanie przez miasto kontroli nad siecią ciepłowniczą. Przejęcie Zespołu Elektrociepłowni w Łodzi SA przez Dalkię dało tej firmie w zasadzie pozycję monopolistyczną. Mamy dobre kontakty z Dalkią, ale taki układ nie jest co do zasady korzystny. Bardzo doceniam też to, co Jerzy Kropiwnicki zrobił dla poprawy stosunków polsko-żydowskich. Natomiast mam krytyczny stosunek do wielu innych jego działań. W niektórych obszarach sytuacja wymykała mu się spod kontroli.

lodz

– Jednym z takim obszarów była chyba gospodarka mieniem miejskim. A jest czym zarządzać, bo Łódź posiada kilka tysięcy budynków, co sprawia, że jest „największym kamienicznikiem” w Polsce.  Zdecydowano się na sprzedaż pojedynczych lokali w kamienicach, co teraz bardzo utrudnia realizację remontów w tych budynkach. Właścicieli nie stać na uczestnictwo w tak dużych, kompleksowych remontach, jakie są prowadzone w ramach programu „Mia100 Kamienic”. Jaki ma pani pomysł na rozwiązanie tego problemu, który będzie ograniczał możliwości rewitalizacji centrum miasta?

Stare kamienice w centrum, pałacyki fabrykanckie, fabryki z czerwonej cegły tworzą w Łodzi unikatową przestrzeń, która jest naszym największym skarbem. Musimy tą przestrzeń chronić i ją ratować. Sytuacja, w której pojedyncze mieszkania w kamienicach wymagających kapitalnego remontu należą do prywatnych właścicieli tego nie ułatwia. Jeśli budynek znajduje się na obszarze objętym planem rewitalizacji, to staramy się odkupywać te lokale. Czekam z utęsknieniem na ustawę dotyczącą rewitalizacji.

– W czym pomoże ta zmiana prawa?    

Pozwoli nam szybciej i łatwiej nabywać te mieszkania. Lokatorzy w Polsce są zresztą nadmiernie chronieni, co utrudnia remonty. Nawet jak miasto ma pełną własność nad budynkiem to nie mogę mieszkańców przesiedlić, jeśli kamienica nie jest wyłączona z użytku, czyli jej stan techniczny nie jest już tak zły, że zagraża bezpieczeństwu.

– Nawet wtedy, gdy oferuje im pani inne mieszkania?

Nawet wtedy. Trzeba prosić, dogadywać się – czasem jest to bardzo trudne i czasochłonne. Trudno się zresztą dziwić, koszty społeczne rozbijania takich wspólnot sąsiedzkich są zawsze wysokie. Program remontów w ramach „Mia100 Kamienic” dużo nas zresztą nauczył i dziś umiemy lepiej rozmawiać z mieszkańcami. Wiemy już, że w niektórych sytuacjach po prostu trzeba odłożyć remont, na przykład gdy rodzina prosi o umożliwienie umierającej starszej osobie godnie odejść w swoim własnym domu.  

– Żeby rozmawiać o przenosinach to jeszcze trzeba mieć gdzie tych mieszkańców przenieść. Czy miasto posiada taki zasób wolnych mieszkań komunalnych, żeby można było przeprowadzić ten wielki plan rewitalizacji całych kwartałów ulic, który pani zapowiada?

 W tej chwili mamy około 700 mieszkań w różnych częściach Łodzi gotowych do zasiedlenia, w chwili kiedy zakończy się program remontu tych stu pierwszych kamienic.

– Czy te 700 mieszkań to liczba wystarczająca?

Na początek na pewno tak. Trzeba też zauważyć, że duża część budynków w kwartałach, które będziemy poddawać rewitalizacji jest już niezamieszkała. Szacujemy, że w ciągu dziewięciu lat będziemy mieli ok. 10 tysięcy rodzin do przeprowadzenia. W ciągu trzech lat prowadzenia remontów w ramach obecnego programu musieliśmy wysiedlić ok. 1200 rodzin, co oznacza, że będziemy musieli trzykrotnie zwiększyć skalę przeprowadzek. Rocznie miasto odzyskuje 2-3 tysiące lokali od odchodzących lokatorów, oczywiście w różnym standardzie. Przy sprawnym gospodarowaniu tym mieniem powinno wystarczyć.

– Ten szeroko zakrojony program rewitalizacji, a także inne inwestycje miejskie, które pani obiecuje będą bardzo kosztowne. Proste rezerwy odziedziczone po poprzednich ekipach w postaci relatywnie niskiego zadłużenia już Pani wykorzystała. Skąd wziąć pieniądze, skoro miasto już nie może się dużo więcej zadłużyć?

W budżecie do 2020 roku na inwestycje mamy przeznaczony miliard złotych. To będzie nasz wkład własny do projektów. Ta kwota powinna wystarczyć do zrealizowania inwestycji na kwotę 4 miliardów złotych, dzięki pozyskanym środkom zewnętrznym, głównie unijnym. Przy czym to zakłada, że dochody miasta pozostaną w kolejnych latach na tym samym poziomie, a one przecież prawdopodobnie wzrosną.

– Oby.

Przez cztery lata mojej prezydentury zwiększyłam dochody miasta o 40 procent. I to w sytuacji niewielkiego wzrostu dochodów z podatków osobistych mieszkańców, bo przyszło mi rządzić
w okresie spowolnienia rozwoju gospodarczego. Część tego wzrostu, około 200 milionów, jest efektem przekształceń administracyjnych w mieście, ale cała reszta to już faktycznie nowe środki. Rozpoczęłam właściwe zarządzanie majątkiem miasta. Sprzedajemy wiele działek pod zabudowę, po to żeby ten majątek pracował na rzecz Łodzi i przynosił dochody z podatków. Przez wiele lat ten majątek był marnotrawiony. Poza tym szukamy pieniędzy zewnętrznych, w tym unijnych.

– Jeśli chodzi o środki unijne to odpowiadają one za ledwie 7% dochodów. Mogło być lepiej.

Zawsze można tak powiedzieć. Proszę jednak zauważyć, jaką tragedią dla miasta było referendum, odwołanie prezydenta Kropiwnickiego i zarząd komisaryczny. To był stracony rok dla Łodzi! I to nie z uwagi na osoby, które wtedy administrowały miastem tylko na samą formułę instytucji komisarza. To był rok wstrzymanych programów inwestycyjnych, bo władze nie miały mandatu społecznego do podejmowania strategicznych i kontrowersyjnych decyzji i de facto wykonywały jedynie funkcje administracyjne. Do tego dochodzą jeszcze zmiany organizacyjne w urzędzie. Przyszły nowe osoby, które potrzebowały czasu, żeby przygotować się do nowej roli, poznać swoją pracę. Ja sama uważam, że pierwsze półtora roku mojej prezydentury były z tego powodu stracone.

– Tak krytycznie ocenia pani ten okres?

Tak, ale wiem, że ktokolwiek inny by nie przyszedł byłoby to samo. Proszę zauważyć, że po siedmiu latach rządu ekipy Kropiwnickiego, przyszli nowi ludzie na rok, a potem znowu doszło do zmiany. Nowe osoby często zupełnie nie orientowały się w tym co było robione i musiały zapanować naprawdę nad sporym chaosem, który wytworzył się wtedy w urzędzie. Nie byłoby tego, gdyby pozwolono prezydentowi Kropiwnickiemu dokończyć kadencję.

– Ten chaos pogłębiony został jeszcze bardzo dużymi zmianami organizacyjnymi, których dokonała pani w pierwszym okresie swojego urzędowania. Przyszła pani z wizją zreformowania systemu zarządzania miastem i upodobnienia go do systemów zarządzania znanych z korporacji. Wielu urzędników, z którymi rozmawiałem, narzekało, że na przykład wprowadzenie szczebla dyrektorów departamentów niczego nie usprawniło, a jedynie zwiększyło wymaganą liczby podpisów pod każdym dokumentem. Jak pani z perspektywy kilku lat ocenia funkcjonowanie tego systemu?

Nie. Urząd nie jest korporacją, bo nie jest nastawiony na zysk, ale ma pełnić misję służenia mieszkańcom. W tym aspekcie zmieniłam więc diametralnie swój sposób postrzegania. Szczebel dyrektorów departamentów wprowadziłam po to, żeby zrzucić z barków wiceprezydentów część zarządzania codziennymi sprawami w urzędzie. Uważałam, że powinni mieć czas na zajęcie się sprawami strategicznymi. Dyrektorzy mieli ze sobą ściśle współpracować i zmienić ten „silosowy” sposób działania urzędu, w którym jest bardzo mało współpracy poziomej, między wydziałami.

– Udało się to zmienić?

Trochę to się zmienia, ale jest problem z mentalnością urzędników, z ich przyzwyczajeniami. Żeby wprowadzić typowe, normalne zarządzanie urzędem to trzeba by wszystkich zwolnić i zacząć budować urząd od nowa w oparciu o nowe osoby, co jest oczywiście niemożliwe. Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Nie może jednak być tak, że w jednym pokoju jest biurko urzędnika
z wydziału podlegającego jednemu prezydentowi, a w pokoju obok jest biurko innego wydziału i nie ma między nimi normalnej współpracy. Komunikują się listami, które krążą miesiącami po urzędzie. Staram się to zmieniać i nie ma już takiej sytuacji w urzędzie, że jest sprawa, która nie ma swojego „właściciela”, bo poszczególne wydziały zrzucają z siebie odpowiedzialność.  

– I to dyrektorzy departamentów to pomogli osiągnąć.      

Tak. Problem jest oczywiście w tym, żeby dobrać odpowiednie osoby, które potrafią zarządzać ludźmi, są merytorycznie przygotowane i dodatkowo chcą pracować w urzędzie.

– No właśnie. Ma pani problem z przyciąganiem młodych-zdolnych, albo niekoniecznie młodych ale zdolnych, do pracy dla magistratu? W małym mieście jest chyba łatwiej, bo urząd jest zwykle jednym z najatrakcyjniejszych pracodawców. W Łodzi jednak jest wiele innych możliwości pracy.

Na pewno problemem jest poziom zarobków w administracji samorządowej, choć z drugiej strony wiele osób ceni sobie bezpieczeństwo z jakim wiąże się zatrudnienie w publicznej instytucji. Nie ukrywam, że dobrze merytorycznie przygotowani pracownicy bardzo łatwo zyskują atrakcyjniejszą pracę w sektorze prywatnym. Trudno takie osoby zatrzymać w urzędzie. W szczególności problem dotyczy Biura Obsługi Inwestora, gdzie jest bardzo duża fluktuacja. Tak jednak chyba musi być, nie wstrzymam rozwoju zawodowego ludzi – chyba nawet nie powinnam.  

– Jaka jest skala problemu?

Na szczęście nie bardzo duża, choć zdecydowałam się na zamrożenie płac i moi urzędnicy latami nie dostawali podwyżek. Musiałam tak zrobić, bo jak przyszłam do urzędu to okazało się, że są olbrzymie „kominy płacowe”, szczególnie u pracowników rozwiązanych przeze mnie delegatur. Różnice w żadnej mierze nie odzwierciedlały kompetencji tych ludzi.

– Chciałbym jeszcze zapytać o współpracę zagraniczną Łodzi. W przeciwieństwie do prezydenta Kropiwnickiego, który bardzo dużą wagę przywiązywał do paradyplomacji samorządowej, pani chyba mniej czasu poświęca na takie działania?

Uważam, że dyplomacja powinna być prowadzona na innym szczeblu. Dla mnie kontakty zagraniczne mają służyć głównie budowie relacji gospodarczych i wymianie kulturowej, czy edukacyjnej. Stosunkowo mało więc angażuje się w takie działania „dyplomatyczne”.

– No tak, ale mamy chociażby szanse rozwojowe wynikające z unikatowego w skali nie tylko naszego kraju, ale całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej, bezpośredniego połączenia kolejowego
z Chinami. W relacjach z Chińczykami to zaangażowanie władz lokalnych jest niezbędne.

Zdaję sobie z tego sprawę, że są inwestorzy dla których współpraca na szczeblu samorządowym jest niezwykle istotna. Wtedy jestem do dyspozycji i wtedy się angażuję. Wyjeżdżam też na targi inwestycyjne w Cannes, gdzie prezentujemy ofertę miasta, pewnie będę też musiała włączyć się
w lobbing na rzecz przyznania Łodzi wystawy Expo. Tak naprawdę jednak moja uwaga jest skoncentrowana na rozwiązywaniu problemów miasta i jego mieszkańców. Z tym mam naprawdę bardzo dużo roboty i tu jest moje miejsce pracy.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszKamiński
Adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego, stały współpracownik „Liberté!”
@ kaminskitomas