Nic o nas bez nas na nowo. Obywatele nieposłuszni

Drukuj

Tli się promyk nadziei na wspólnotę, niekoniecznie długotrwałą, ale dostrzegającą, że z jej państwem dzieje się coś nie tak. Nawet bardzo nie tak.

„Gdyby tylko ludzkość w pełni zrozumiała, że nieludzkie
jest reprezentowanie niesprawiedliwych praw,
nie udałoby się nigdy żadnemu tyranowi zapanować nad ludźmi”

- Gandhi

 

Ledwo kilkanaście dni temu, podczas protestów w obronie sądów, koleżanki powtarzały, że ich świeczki już od wczorajszego wieczoru stoją na parapecie i wprost nie mogą się doczekać, kiedy zostaną wyprowadzone na kolejny spacer. Bo czego jak czego, ale swobodnego spacerowania ze świeczką po większym czy mniejszym mieście nikomu zabronić nie można (przynajmniej na razie). A że wśród spacerowiczów bez trudu spotkać można było rodzinę, przyjaciół, znajomych, a także zupełnie obcych, którzy nie wiedzieć czemu postanowili przejść się – ze świeczką w dłoni – w dokładnie to samo miejsce co my… Cóż, takie prawo jednostki. Wieczorni spacerowicze, wzajemnie oświetlający sobie drogę… bo państwo w wydaniu dzisiejszym doprawdy trudno oświecić. Wieczorni spacerowicze, którzy z obcych nagle przemieniali się w swoich, w bliskich, w których co wieczór coraz łatwiej było rozpoznać drugich, tak bardzo nam podobnych. Dostrzegających, że pomysły przegłosowywanych zmian idą zbyt daleko, stanowiąc zamach na porządek, który – choć może nie najlepszy z możliwych – w perspektywie zabezpiecza zarówno wolności polityczne, jak i osobiste. Każdy tu cenił sobie wolność, a gdy ktoś po nią sięga, gdy zbyt dużo i zbyt szybko stara się jej zagarnąć dla siebie, to ów każdy podnosi głowę, a podnosi ją już nie sam, ale setkami, tysiącami oczu patrzy, tysiącami gardeł śpiewa, że „nie zginęła, póki my żyjemy”, że „jasność twoja wszystko zaćmi, złączy, co rozdzielił los”, że… „nie oddamy”, że „chcemy”, że… Coś się budzi. Nihil novi nisi commune consensu… Nic o nas bez nas. W nowej wersji? Chyba sobie przypomnieliśmy. W końcu.

W tle tlić się zaczął promyk nadziei na wspólnotę, niekoniecznie długotrwałą, ale dostrzegającą, że z jej państwem, z porządkiem politycznym i prawnym dzieje się coś nie tak, ba, bardzo nie tak. Bo oto rząd – dla niektórych od początku przerażający, dla innych spośród spacerowiczów przynajmniej w pierwszej fazie źródło nadziei – nie jest rządem najlepszym, to znaczy takim, co najmniej rządzi[1]. Skoro niegdyś – niezależnie od tego, czy genezę społeczności i państwa weźmiemy od Thomasa Hobbesa, Johna Locke’a, Jeana-Jacques’a Rousseau czy Johna Rawlsa – zgodziliśmy się co do konieczności istnienia państwa i rządu jako swoistego kompromisu, to liczyliśmy, że faktycznie będzie to organ wybrany przez naród, by pełnił jego wolę.

Że wybrał naród, to prawda. Tyle że części narodu ruszyć się nie chciało, bo albo zbyt leniwa, albo zbyt zmęczona politycznymi wojenkami na górze. A skoro naród sam się okroił… Nie oznacza to jednak, że nie idąc do urn w październiku roku pamiętnego, pewna część narodu dokonała autokastracji, raz na zawsze pozbawiając się politycznych praw i wolności. Nawet oddając część swoich praw i godząc się na bycie rządzonymi, nie oddajemy wszak wszystkiego. Jak słusznie zauważa Henry David Thoreau, to nie rząd daje nam wolność czy wykształcenie – to ludzie, czasem nawet na przekór rządowi, sami stanowią o kształcie i planie swojego życia. I choć oddali głos, nie wyzbywają się go, szczególnie że każdemu, najlepszemu nawet rządowi zawsze grozi degradacja i możliwość nadużyć. Nawet nad najlepszym rządem, w który trudno nam jednak uwierzyć, wisi pokusa podporządkowywania sobie kolejnych obszarów. I zgoda na to… póki rzecz dzieje się w granicach prawa, bez psucia systemu, który dał owemu ciału legitymację, by sprawowało władzę. Gdy jednak „prawo ma taką naturę, że wymaga od człowieka, aby się stał narzędziem niesprawiedliwości wobec drugiego człowieka, wówczas, powiadam, należy prawo naruszać. Niech życie nasze będzie hamulcem zatrzymującym machinę. W każdym razie obowiązkiem naszym jest się upewnić, czy nie odgrywamy roli narzędzi niesprawiedliwości, którą potępiamy”[2].

Zanim bowiem stajemy się obywatelami, jesteśmy ludźmi. Jednostkami posiadającymi wolność i rozum (oby). Jako jednostki stajemy w relacji wobec innych, drugich. Jako jednostki jesteśmy odpowiedzialni za moralne dobro i zło, za wybory dokonane i te, których zaniechaliśmy. Obywatelstwo, uczestnictwo we wspólnocie, choć od starożytności uznane za element ludzkiej natury, przychodzi dopiero później. Zanim zaczniemy podlegać prawu, podlegamy własnemu rozumowi, zmysłowi etycznemu/sumieniu. Te zaś stanowią wyraz naszej moralności. To nie prawo czyni nas dobrymi lub złymi, sprawiedliwymi bądź niesprawiedliwymi, podobnie jak religia jako taka nie czyni nikogo człowiekiem bogobojnym. O wszystkim świadczą nasze osobiste wybory, nasza wolność. Jednocześnie „postępowanie według zasad, uświadomienie sobie, że może istnieć sprawiedliwość i kierowanie się nią, zmienia rzeczy i stosunki, posiada nade wszystko charakter rewolucyjny i różni się całkowicie od wszystkiego, co dotychczas istniało”[3]. Pytanie tylko, w jaką stronę pójdzie owa zmiana, szczególnie, gdy zmiana rządowa wszem wobec głosi, że jest „dobra” (w duchu dodając zapewne „najlepsza”). Jaki jednak jest ten moralny oręż, którym możemy się posługiwać w obronie przed niesprawiedliwością?

Dróg oczywiście moglibyśmy wskazać wiele. Dziś jednak, mając w pamięci niedawne protesty „spacerowiczów” wołających o veto dla pakietu ustaw de facto znoszących trójpodział władzy, wracamy do drogi obywatelskiego nieposłuszeństwa, które – jak słusznie zauważał Jürgen Habermas – funkcjonuje w społeczeństwach demokratycznych i wysokorozwiniętych. Owo nieposłuszeństwo obywatelskie dla niektórych stanowi synonim początków chaosu, ale dla większości myślących jest drogę swoistego złotego środka, arystotelesowskiego umiaru pomiędzy bezczynnością i narzekaniem w domowych pieleszach na zaistniałą sytuację a rewolucją. Może być zatem traktowane jako umiar pomiędzy przyglądaniem się z boku i nieustannym biadaniem: „Oj, jak to źle nam się w ojczyźnie dzieje, patrz, pani, co te polityki w Warszawie wyprawiają” a rewolucją, która ma zawsze potencję, by przemienić się w rewolucję krwawą, okraszoną opresją, terrorem, jeśli nie stanem wyjątkowym czy (w wypadku skrajnym) wojną domową.

„Jak – pyta Thoreau – powinniśmy postępować w obliczu faktu, że istnieją niesprawiedliwe prawa: czy z zadowoleniem okazywać im posłuszeństwo, czy usiłować je zmienić i przestrzegać nowych, dopokąd zdołamy, czy też powinniśmy od razu pogwałcić niesprawiedliwe?”[4]. Tu moralna niezgoda na niesprawiedliwość jest podstawą do działania. Tym samym nieposłuszeństwo obywatelskie staje się moralną bronią przeciw tyranii i złemu prawu, niegodziwości, a jednocześnie jest głosem obywateli – nawet jeśli stanowią oni mniejszość – wyrażających brak legitymacji dla działań wybranego (nawet legalnie) rządu. Bo co jest dziś bardziej moralne? Barierki, którymi rządzący odgradzają Sejm od obywateli, czy białe róże wetknięte za wycieraczki policyjnych radiowozów? Konwój samochodów na sygnale, którym przedstawiciele rządu pędzą na Nowogrodzką, czy „spacerowicze” palący świece na pogrzeb, a może lepiej myśleć, że ku oświeceniu rządzących? Racjonalna sejmowa debata czy jeden demokratycznie wybrany poseł zwracający się do demokratycznie wybranej posłanki słowem „won!”? Bycie polityczną wspólnotą czy godzenie się na podział na prezesowski lepszy i gorszy sort? Gdzie jest moralność, w której ponoć wszyscy wyrośliśmy, a która tym „bardziej religijnie, toruńsko oświeconym” pozwala stawiać się ponad nią samą, ponad Konstytucję RP, ponad prawa jednostki? Zapewne ciągle jest w nas. Towarzyszy tym, co dostrzegając niesprawiedliwość i bezprawność działań rządu, nie boją się powiedzieć im „nie”. Bo czego jak czego, ale wolności Polak oddawać nie lubi.

Jednocześnie, nauczeni choćby doświadczeniem „Solidarności”, wiemy już, że nieposłuszeństwo wcale nie oznacza chaosu ani anarchii (choć do takiej wersji obecny rząd już próbował społeczeństwo przekonać). Wiemy także, że ślepe posłuszeństwo jest niebezpieczne, bo grozi fanatyzmem, bo ślepo posłuszni wyznawcy ideologii/kształtu państwa stanowią zagrożenie dla demokracji, ładu, jednostki, która poddana zostaje tyranii większości. Tym samym raz jeszcze nieposłuszeństwo obywatelskie staje się kwestią postrzegania sprawiedliwości i moralności, zarówno państwa, jak i samych praw.

Należy pamiętać: to, że „nowo ustanowione prawa są gorsze od poprzednich złych, jest winą samego rządu. On wpływa na to, że są gorsze – twierdzi Thoreau. – Dlaczego nie dba o swoją mądrą mniejszość? – pyta dalej. – Dlaczego lamentuje i stawia opór, zanim ktoś zacznie działać na jego szkodę? Dlaczego nie zachęca obywateli, aby pilnie obserwowali go i wytykali mu błędy, i dlaczego nie postępuje lepiej, aniżeli spodziewają się tego po nim obywatele? Dlaczego zawsze wiesza Chrystusa na krzyżu, rzuca klątwę na Kopernika i Lutra, a Waszyngtona i Franklina ogłasza buntownikami?”. Dziś z naszych ulic i placów zastawionych świeczkami z jednej strony, a rządowymi barierkami z drugiej strony możemy zapytać: „Czemu rząd usilnie robi wszystko, żeby nas podzielić? Czemu się upiera, że mandat dany mu przez większość/naród (nawet przy niskiej frekwencji) gwarantuje mu nieomylność?”. Przecież nikt nie namaścił prezesa partii nawet na naczelnego kociarza kraju (bo wielu kociarzy by tego nie zniosło, choć może to i sposób, bo podnieśliby własny bunt), a co dopiero na ojca (fuj!) i zbawcę (brr!) obywatela zagubionego w pseudoideologii promowanej TVN, „Gazetę Wyborczą”, PO i Nowoczesną.

Tymczasem to ta grupa/mniejszość, z którą Nowogrodzki Kacyk wcale się nie liczy, nosi w sobie siłę obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nieposłuszeństwa, które stanowi moralnie motywowaną odpowiedź na złe prawo. To ono daje owej mniejszości możliwość kwestionowania nie tylko prawa, lecz także (powiada John Rawls) porządku politycznego, uświadomienie większości społeczeństwa, że może nie dostrzega problemów, że popada w samozadowolenie. Że jego aktualne rządy mogą być zakwestionowane. Wszak, jak pouczał Alexis de Tocqueville, „obywatele tworzący mniejszość stowarzyszają się przede wszystkim po to, by udowodnić, jak są liczni, i przez to osłabić moralne panowanie większości”. Siłą podbudowanego moralnie nieposłuszeństwa dają zatem do zrozumienia, że jakieś fundamentalne wartości, co do których w szerokim zakresie mogłaby się zgodzić znaczniejsza część wspólnoty, są zagrożone, wystawione na szwank, deptane. Nie walczą jednak bronią, ale słowem, myślą, biernym oporem. Przeciwstawiając się prawu z szacunkiem dla przeciwników, jednocześnie będąc przygotowanym na poniesienie prawnych konsekwencji swoich działań (nawet jeśli aresztowanie za protest pod kwaterą główną Kacyka nie tylko wydaje się absurdalne, lecz także absurdalne jest). Bo jeśli mam sumienie/zmysł etyczny, poczucie moralnej krzywdy i niesprawiedliwości, jeśli czuję, że państwo stanowionym prawem przekroczyło ich granice, to mam i prawo, i obowiązek być nieposłusznym obywatelem, nawet jeśli demonstruję to „wyprowadzając moją świeczkę na spacer”.

Lex iniustissima non est lex”[5] głosił, nawiązując bezpośrednio do św. Augustyna, niemiecki filozof Gustav Radbruch. Zakładał on, że prawo stanowione, które w drastyczny sposób łamie normy moralne, nie jest wiążące, a zatem nie obowiązuje. Co za tym idzie, obywatele mają prawo (jeśli nie obowiązek) przeciwstawiać się takim rozwiązaniom, a nawet ich nie przestrzegać. Czyniąc tak, mają prawo opierać się proponowanym czy uchwalanym aktom prawnym czy to walką, czy nieposłuszeństwem. Obywatele, choć wciąż niechętni, niepewni, nieufni, pomału się budzą. I niech PiS się modli, abyśmy spośród możliwych rozwiązań protestu wybierali to drugie.

[1] Vide Henry David Thoreau, „Obywatelskie nieposłuszeństwo”, RedRat, Zielona Góra, 1997.
[2] Ibidem s. 7.
[3] Ibidem.
[4] Ibidem.
[5] Lex iniustissima non est lex (łac.) – Niesprawiedliwe prawo nie jest prawem.

Magdalena M. Baran – doktor filozofii, historyk idei, publicystka. Doktorat obroniła w IFiS PAN, była stypendystką Politische Akademie der ÖVP, Uniwersytetu Wiedeńskiego i Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. Współpracuje z uczelniami wyższymi i organizacjami pozarządowymi w kraju i za granicą. Krakowianka. Liberalna ironistka. Członkini redakcji „Liberté!”.

Od redakcji: tekst ukazał się pierwotnie w XXVII numerze Liberté!. Cały numer do kupienia w e-sklepie.

Foto: freeimages.com

Czytaj również
O autorze
*
MagdalenaM. Baran
Doktor filozofii, historyk idei, publicystka.