Nie bójmy się migracji

Drukuj

Kup cały drukowany numer już teraz w sklepie online!

Jednym z większych i najszerzej komentowanych wyzwań współczesnego świata jest problem migracji. A może… wcale nie problem? Migracje są oczywiście pojęciem bardzo szerokim, obejmujących zarówno działanie z wyboru i po podjęciu świadomej decyzji, jak i z przymusu. Można mówić o falach migracji liczonych w milionach i indywidualnych wyborach jednostek, o migracjach stałych i czasowych, wreszcie migracjach legalnych i nielegalnych w zmieniającym się przecież środowisku polityk migracyjnych poszczególnych państw. Migrantami zostają też całkiem różni ludzie – czasem wysoko wykwalifikowani specjaliści, często niewykwalifikowani ludzie szukający jakiegokolwiek zajęcia, a także ci, którzy są gotowi do podjęcia pracy poniżej swoich kwalifikacji w kraju bogatszym niż ich własny. W wypadku wielkich fal ludzi zmuszonych do migracji przez czynniki zewnętrzne takie jak wojna czy kataklizm mamy do czynienia z pełnym przekrojem społecznym ludzi, którzy nagle tracą wszystko (a ich status społeczny zostaje zupełnie zrównany) i muszą uciekać, by przetrwać i spróbować zacząć nowe życie w zupełnie innym miejscu. Spróbujmy jednak te skrajnie różne przykłady migracji rozpatrzeć z punktu widzenia ich dopuszczalności. Dopuszczalność tę zdefiniujmy w kontekście etyki i polityki, w kontekście pożądanych norm etycznych. Odnieśmy się też do łatwiej dla wielu zrozumiałego pragmatycznego kontekstu użyteczności. Spróbujmy więc odpowiedzieć na pytanie, czy swoboda migracji przynosi korzyści nie tylko migrantom, lecz także społeczeństwom krajów, których migracja dotyczy.

Kontekst liberalnej etyki polityki

6 Newsha Tavakolian, Ocalanʼs Angels, 2015Wolność jednostki obejmuje wszelką aktywność człowieka, jaka nie narusza praw innych osób. Nie ma żadnych powodów, by z wolności tych wyłączać wolność przemieszczania się – albo traktować ją jakoś specjalnie – nawet jeśli przemieszczanie to obejmuje tereny odmiennych jurysdykcji. Wraz z przekraczaniem granic państwowych zmieniać się mogą porządki prawne, ale nie uniwersalne zasady, wedle których powinniśmy rozpatrywać pożądane relacje między jednostką a państwem. Z drugiej strony istnieje warunek, aby korzystanie z wolności przez jednostkę nie naruszało praw osób postronnych, co oznacza, że nikt nie powinien ponosić negatywnych skutków (np. finansowych) czyjejś decyzji. Imigrant nie powinien więc oczekiwać, że będzie utrzymywany przez podatników kraju, do którego dociera. Tej ostatniej zasady nie powinniśmy jednak traktować z dogmatyzmem, bo są sytuacje nagłe, uzasadnione względami humanitarnymi, gdzie pewnego wysiłku można oczekiwać, jednak nawet wtedy skutki migracji dla podatnika muszą być minimalizowane – mowa zarówno o ich wymiarze, jak i czasie trwania.

Oparty na ideach libertariańskich argument przeciw migracji, zakładający, że to właściciel decyduje o przyjęciu gościa na swoje terytorium, jest w kontekście migracji fałszywy oraz stanowi tylko hipotetyczną konstrukcję, i to w duchu anarchizującym, a nie wolnościowym. Założenie, że każdy fragment przestrzeni miałby być prywatny (bez żadnych terenów wspólnych czy „niczyich”) nie wynika nawet z fundamentalnych w istocie aspektów libertarianizmu opartych na „minarchizmie”. Przestrzenie wspólne czy niczyje (nie jako całość, ale właśnie jako część zasobów: nieużytki, tereny leśne, elementy infrastruktury) to oczywiście tylko ta część terenów, co do której nikt nie ma roszczeń własności prywatnej i wyłączności. Jednakże zarówno w odniesieniu do terenów prywatnych, jak i wspólnych możemy mówić o jurysdykcji i terytorium państwa – dopóty, dopóki w proponowanej koncepcji państwa minimum państwo w ogóle istnieje. Jako że jest ono niezbędne do ochrony praw jednostki przed przemocą ze strony innych jednostek bądź sił zewnętrznych (choćby właśnie do ochrony prawa własności ziemi) – argument „anarchokapitalistyczny” – zakładający całkowity brak istnienia państwa i jego terytorium (a więc i także terenów wspólnych) – możemy pominąć jako wewnętrznie sprzeczny.

Dlaczego ludzie migrują?

Będziemy się zastanawiać nad ekonomicznymi skutkami migracji, analizując racjonalny, egoistyczny interes jednostki oraz interes państwa imigracji oraz emigracji. Weźmy więc wpierw pod uwagę przyczyny migracji. Te mogą być zarówno ekonomiczne, jak i pozaekonomiczne. Motywacja ekonomiczna w największym uproszczeniu sprowadza się do chęci zapewnienia poprawy warunków materialnych przez jednostkę sobie i/lub swoim najbliższym. Możemy wyróżnić tu przypadki, w których z powodu różnic w poziomie życia między danymi państwami z jednego kraju do drugiego przenoszą się pojedynczy ludzie lub całe grupy ludności (często wręcz tzw. „fale”). Czasem chodzi o migrację z państw średnio rozwiniętych do państw bogatych, zwłaszcza w obliczu relaksacji warunków migracji. Z tą sytuacją mieliśmy do czynienia po rozszerzeniu Unii Europejskiej w połowie zeszłej dekady. Czasami bardziej gwałtowne formy przybiera migracja z krajów biednych, gdy migranci, poświęcając naprawdę wiele, legalnie lub nielegalnie przenoszą się do tego, co uważają za lepszy świat. Często tę drogę wybierają ludzie bez kwalifikacji lub, przeciwnie, wykwalifikowani, ale gotowi podjąć pracę wymagającą o wiele mniejszych umiejętności, ale za to znacznie lepiej płatną. Inni chcą swe kwalifikacje podnosić właśnie w miejscu docelowym. Najmniej korzystnie wygląda sytuacja tych, którzy docierają do miejsca docelowego, licząc na hojność danego kraju i jego systemów socjalnych.

Inną motywacją migracji, wciąż ekonomiczną, są sytuacje, w których pracownicy o danych specjalnościach zdobywanych w jednym kraju emigrują tam, gdzie ich kapitał ludzki może być wynagradzany efektywniej, nawet jeśli różnice w ogólnym poziomie życia pomiędzy krajami nie są znaczne. Niektóre kraje specjalizują się w poszczególnych działach produkcji czy usług, a inne – w kształceniu.

Poszerzenie granic rynku pracy

Wszystkie przyczyny ekonomiczne migracji sprowadzają się jednak do równoważenia popytu na pracę i jej podaży. Pracodawcy są zainteresowani jak najtańszym pozyskaniem siły roboczej (co uzasadnia chęć do zatrudniania migrantów z krajów uboższych) i/lub pozyskaniem siły roboczej jak najwyższej jakości, dopasowanej do ich potrzeb, z odpowiednim zakresem umiejętności czy doświadczenia (co tłumaczy zatrudnianie zagranicznych specjalistów). Pracownicy zaś – którzy tworzą podaż siły roboczej – chcą jak najwyższych płac i jak najlepszych warunków pracy. Warto zauważyć, że gdy mówimy o jak najwyższych płacach, to oczywiście bierzemy pod uwagę ich realną wysokość, uwzględniającą siłę nabywczą pieniądza w kraju, do którego migrujemy (przecież poziom cen może być tam wyższy niż w kraju ojczystym). Wynika to z faktu, że migranci mogą być zainteresowani wysyłaniem zarobionych pieniędzy swoim rodzinom albo oszczędzaniem, gdy myślą o powrocie do kraju w jakiejś perspektywie czasowej. Gdy połączymy interesy pracodawców kraju imigracji i pracowników z krajów, z których się emigruje, możemy zaobserwować, jak tworzy się czy rozwija rynek.

Jeśli już do migracji dochodzi i pracownicy znajdują zatrudnienie poza granicami swojego kraju, to ich pensje, warunki bytowe, ale przede wszystkim sytuacja w subiektywnym odczuciu, się poprawiają. Oznacza to też uznanie przez pracodawcę, że zatrudnienie imigranta jest dla niego korzystne i przełoży się na oszczędności albo pracę bardziej produktywną. Mamy więc oczywiście do czynienia z klasycznym przykładem tego, jak po poszerzeniu rynku zyskują obie strony kontraktu. Mniej rzuca się jednak w oczy bezwzględna konsekwencja tej oczywistości: jakiekolwiek ograniczenia w migracji są z ekonomicznego punktu widzenia niekorzystne, bo prowadzą do sytuacji, w której pracodawca ma mniejsze pole wyboru potencjalnych pracowników (wyższy koszt takiej samej pracy lub niższa jej jakość), a zagraniczny pracownik – mniejsze możliwości znalezienia pracy, w której mógłby wykorzystać swoje umiejętności, oraz mniej perspektyw na pracę dobrze płatną. Nie ma tu żadnej sprzeczności między oczekiwaniem niższego kosztu pracy przez pracodawcę z kraju imigracji oraz oczekiwaniem wyższej płacy przez zagranicznego pracownika – jeśli tylko poziomy płac w tych dwóch krajach są różne, to ich oczekiwania mogą się spotkać.

Warto także zauważyć – to argument, który trafić powinien nawet do wyznawców ideologii „sprawiedliwości społecznej” – że wolny rynek pracy w kontekście międzynarodowym może sprzyjać niwelowaniu nierówności dochodowych pomiędzy krajami. Tyle że w przeciwieństwie do polityk protekcjonistycznych czy redystrybucyjnych wolny rynek połączony ze swobodną migracją oznacza „równanie w górę”. Dzieje się tak dlatego, że swobodna migracja i poszerzanie rynku prowadzi jednocześnie do wzrostu jego efektywności. Gospodarka kraju imigracji zyskuje jako całość (nawet jeśli pracownicy krajowi są poddani większej konkurencji i presji na niższe płace), obniżając swoje koszty, mogąc produkować więcej, bardziej innowacyjnie i szybciej. To zaś ponownie prowadzi do wzrostu płac – nie z powodu restrykcji czy żądań związków, ale dzięki rozwojowi gospodarczemu, który sprzyja pracownikom. Gospodarka kraju emigracji też nie jest stratna – ona „eksportuje” pracę, jej pracownicy zwiększają swoją siłę nabywczą dzięki wyższym płacom z zagranicy i kapitałowi, który ze sobą przywożą. Również społeczeństwo bogaci się jako całość, jeśli ograniczenie rynku w postaci blokady przepływu pracy zostaje wyeliminowane.

Niewykwalifikowana siła robocza – nie taka straszna

Co więc z sytuacją, kiedy przemieszczają się pomiędzy krajami liczne grupy migrantów ekonomicznych, którzy nie mają zapewnionego zatrudnienia? W ocenie korzystności migracji właściwie niewiele się zmienia dopóty, dopóki motywacją dla nich jest realna chęć znalezienia pracy (albo i świadczenia usług jako przedsiębiorcy, co też jest powszechną praktyką), a nie życie z zasiłków i pomocy społecznej kraju przyjmującego. Nawet słabo wykwalifikowani migranci dość szybko znajdują pracę, o ile podejmują ku temu działania (nauka języka, aktywne poszukiwanie zatrudnienia). Często jest to praca prosta i gorzej płatna niż typowa dla społeczeństwa kraju imigracji, ale i tak zadowalająca w porównaniu z perspektywami w kraju pochodzenia. Migracja staje się masowa właśnie tam, gdzie zapotrzebowanie na siłę roboczą jest największe. Jeśliby migrowano tam, gdzie rynek pracy jest nasycony, wśród potencjalnych migrantów rozniesie się wieść, że kierunek tej migracji nie jest już najlepszy. To zaś zniechęci nowych pracowników do wyjazdu albo zachęci ich do poszukiwania innych kierunków.

Trafny jest natomiast argument przeciw migracji obliczonej na „życie z socjalu”. Migracja nastawiona na hojność podatników kraju, który migrantów przyjmuje, nie przynosi żadnych korzyści ekonomicznych krajowi docelowemu. Przeciwnie, stanowi obciążenie fiskalne i sprowadza się w istocie do transferu pieniężnego kosztem produktywnych mieszkańców tego kraju na rzecz migrantów ekonomicznie biernych. Nie mamy tu więc sytuacji rynkowej (gdzie dwie strony kontraktu zawierają obustronnie korzystną umowę), ale przykład tzw. gry o sumie zerowej (a uwzględniając koszty transferów socjalnych, nawet sumie ujemnej). Takie przykłady zdarzają się najczęściej w rozwiniętych społeczeństwach Europy Zachodniej. Przykłady te stają się też pretekstem do podjęcia antyimigracyjnej retoryki i wzrostu tendencji populistycznych. Nieuczciwy zabieg retoryczny antyimigracyjnych populistów składa się jednak z dwóch manipulacji.

Po pierwsze, utożsamia stosunkowo nieliczną grupę leniwych imigrantów nastawionych na korzystanie z pomocy socjalnej z całą populacją imigrantów. Po drugie, wtedy, kiedy faktycznie migranci są motywowani chęcią życia z pomocy społecznej, a nie z własnej pracy czy przedsiębiorczości, winę za tę sytuację ponoszą nie sami migranci, lecz politycy, którzy ten socjalny system stworzyli. Imigracja sama w sobie nie prowadzi do ekonomicznej bierności (jest wręcz dokładnie odwrotnie) – prowadzi do niej socjaldemokratyczny model państwa opiekuńczego. Prawidłową odpowiedzią na opisywany tu problem nie jest więc ani nagonka na imigrantów i sztuczne ograniczanie migracji, ani nawet punktowe wyłączanie migrantów z przywilejów socjalnych, ale konsekwentne ograniczanie tych przywilejów dla ogółu społeczeństwa (zarówno dla migrantów, jak i miejscowych).

Uchodźcy – dlaczego powinniśmy na nich patrzeć łaskawszym okiem

W wielu wypadkach do przyczyn ekonomicznych dochodzą (albo je wręcz zastępują) czynniki pozaekonomiczne. Czasem są to wypadki losowe czy ściśle indywidualne, trudne do jakiejkolwiek klasyfikacji. Jeśli chodzi o fale migracyjne, to o takie klasyfikacje jest już łatwiej. I tak najczęściej mówimy o przypadkach politycznych – niegdyś emigracji z krajów komunistycznych do kapitalistycznych lub nagłych rezultatach klęsk żywiołowych. I wreszcie zbliżamy się do sytuacji, o której najgłośniej w ostatnich dwóch latach. Mówimy tu o motywacjach nagłych i skrajnych, dotykających dużych grup ludzi uciekających – najczęściej przed wojną, represjami lub klęskami żywiołowymi – których życie jest bezpośrednio zagrożone. Uchodźcy z Syrii uciekali (i robią to nadal) przed terrorem Baszara al-Asada, terroryzmem tzw. Państwa Islamskiego i wreszcie przed konfliktem, w który dodatkowo zaangażowała się Rosja, by realizować swoje własne interesy.

Gdy dodamy do tego warunki klimatyczne Syrii i kompletnie zniszczoną infrastrukturę, nie można mieć wątpliwości – wbrew rasistowskiej retoryce populistów – że ucieczka do Europy jest dla tych ludzi jedynym sposobem na przetrwanie. I faktycznie, takie sytuacje ekstremalne dają usprawiedliwienie dla pewnego łagodzenia stanowiska zakładającego, że każdy musi sobie radzić sam. O ile migrant ekonomiczny samodzielnie powinien ponosić pełne ryzyko swoich decyzji, by nigdy nie stać się obciążeniem socjalnym dla podatników kraju przyjmującego (a przynajmniej nie większym niż mieszkańcy tych krajów), o tyle w wypadku rzeczywistych uchodźców musimy się liczyć z choćby minimalnym zakresem pomocy. Nie będę się rozwodził nad oczywistą moralną koniecznością przyjmowania uchodźców1 – nadmienię tylko, że nawet daleko idący liberalizm pozwala na pomoc publiczną w sytuacjach ekstremalnych i wyjątkowych. Skupmy się jednak na tym, że pomoc uchodźcom może być traktowana przez społeczeństwo przyjmujące jako inwestycja, a nie tylko jako koszt. Pozostawienie uchodźców samym sobie może rodzić problemy takie jak wzrost przestępczości, a jednocześnie odebrać im jakąkolwiek szansę na to, by stali się produktywni w sensie aktywności ekonomicznej.

Integracja społeczna migrantów ekonomicznych jest czymś naturalnym – oni sami podejmują decyzję o opuszczeniu swojego kraju i poszukiwaniu szczęścia gdzie indziej, mają możliwość przygotowania się i zainwestowania w siebie. Uchodźcy opuszczający swój kraj nagle i zmuszeni do tej decyzji, takich szans nie mają. Trudno od nich oczekiwać np. wcześniejszej nauki języka czy analizy, jakie umiejętności będą im przydatne w nowym kraju. I właśnie na integrację społeczną i tworzenie podstawowych umiejętności wśród uchodźców należy przeznaczać środki w krajach ich przyjmujących. Musi to być pomoc ograniczona i w skali, i w czasie, aby była motywująca do jak najszybszego uzyskania samodzielności. W ten sposób początkowe negatywne skutki finansowe przyjęcia uchodźców z czasem zaprocentują uzyskaniem nowej grupy o cechach zbliżonych do – ekonomicznie korzystnych, jak wykazywaliśmy wcześniej – imigrantów ekonomicznych. W dłuższej perspektywie możemy więc liczyć na to, że nawet efekt fiskalny przyjęcia uchodźców będzie neutralny czy pozytywny – po udanej integracji także oni, jeśli nie wrócą do siebie, zaczną tworzyć gospodarkę swojego nowego kraju. Z racji zaś niekontrolowanego charakteru wypadków nieprzewidywalnych (takich jak wojny) zupełnie uzasadnione są współpraca i dzielenie się pomocą i tymi właśnie kosztami początkowymi pomiędzy krajami rozwiniętymi. W tym kontekście racjonalny wydaje się – tak krytykowany przez rasistowskich czy populistycznych polityków – mechanizm relokacji uchodźców wewnątrz UE, jaki proponował niemiecki rząd Angeli Merkel.

Potęga kraju imigrantów i antyimigrancki populizm

Ludzie migrowali od niepamiętnych czasów i właściwie każdą epokę historyczną można by opisywać w tych kategoriach. A jednak szczególnie ciekawy wydaje się przykład powstania Stanów Zjednoczonych. Kraj stworzony niemal wyłącznie z imigrantów (ludność rdzenna stanowi jego niewielki ułamek) – to jeszcze nic nietypowego. Wielokulturowość tego kraju imigrantów, który właśnie z imigracji stworzył swój mit założycielski i symbol wolności, jest jednak uderzająca. Statua Wolności stała się symbolem powitania wszystkich chętnych do rozpoczęcia nowego życia w Ameryce z wyjątkiem… pracowników kontraktowych. Przybywając na wyspę Ellis nieopodal Manhattanu jeszcze na przełomie XIX i XX w., trzeba było zadeklarować, że jest się zdolnym do pracy i że zaraz się ją znajdzie. Miało to gwarantować, że z jednej strony każdy będzie samowystarczalny (nie stanie się obciążeniem dla podatnika), z z drugiej strony nie obniży się nadmiernie płac poprzez kontraktowanie tańszych pracowników z Europy. Poza tym prawa wjazdu odmawiano tylko osobom uznanym za niebezpieczne. To się jednak później radykalnie zmieniło i liczbę imigrantów w kraju – powtórzmy to: złożonym niemal wyłącznie z imigrantów i ich potomków – radykalnie ograniczano, aż polityka imigracyjna Stanów Zjednoczonych stała się jedną z najbardziej restrykcyjnych na świecie. Smucić musiała ostatnia kampania prezydencka w USA, gdzie jedną z głównych deklaracji późniejszego zwycięzcy Donalda Trumpa stała się obietnica wybudowania muru na granicy z Meksykiem i deportacji kilku milionów nielegalnych imigrantów. Gdyby do tego doszło, byłaby to nie tylko życiowa tragedia dla tych imigrantów, lecz także strata dla gospodarki zarówno Meksyku, jak i, a może przede wszystkim, Stanów Zjednoczonych.

Europejski wymiar migracji

4 Newsha Tavakolian, Ocalanʼs Angels, 2015Wewnątrz Unii Europejskiej mamy tzw. cztery swobody wspólnego rynku: swoboda przepływu osób, usług, towarów i kapitału. Ta pierwsza oznacza możliwość nieograniczonej migracji pomiędzy państwami członkowskimi, a trzy pozostałe sprzyjają urzeczywistnieniu tego braku ograniczeń. I tak każdy obywatel UE może podjąć pracę, świadczyć usługi, prowadzić swój biznes na terenie każdego innego kraju członkowskiego, tak jak obywatel tego kraju. Dotyczy to nie tylko migracji sensu stricto, ale także aktywności mających pewne cechy migracji, np. praca transgraniczna czy studia za granicą (te ostatnie są wręcz wspierane poprzez programy wymian studenckich, co przynosi korzyści nie tylko ekonomiczne czy naukowe, lecz także kulturowe). Dodatkowo większość krajów UE (i kilka spoza niej) jest sygnatariuszami porozumienia z Schengen, dzięki któremu podróże między krajami odbywają się nawet bez kontroli granicznych. Mamy więc do czynienia z nieobserwowaną dotąd w Europie mobilnością.

Z wielkimi falami migracji spotkaliśmy się wewnątrz Unii Europejskiej po jej rozszerzeniu w latach 2004 i 2007 po (stopniowym) otwarciu rynków pracy. Znamienne jest, że kwestia swobody przepływu pracy była przedmiotem negocjacji akcesyjnych, a wobec obywateli krajów przystępujących do UE w roku 2004 państwa tzw. starej UE mogły wprowadzić restrykcje zatrudnienia na dwa, pięć lub siedem lat. Tylko Irlandia, Wielka Brytania i Szwecja otworzyły swój rynek pracy od razu, pozostałe państwa twardo obstawały przy okresach przejściowych. Masowa fala migracji ruszyła więc wpierw do tych trzech krajów. Dopiero gdy okazało się, że te państwa na fali imigracji skorzystały (poprzez wypełnienie luk na rynku pracy), pozostałe kraje zdecydowały o przyśpieszeniu otwierania swoich rynków pracy (choć Austria i Niemcy wykorzystały maksymalny siedmioletni okres przejściowy). Od maja 2011 r., gdy obywatele nowych państw UE mogą już pracować we wszystkich krajach UE, obserwowaliśmy oczywiście zmiany w kierunkach migracji, ale żaden kraj na przypływie migrantów nie stracił. Mimo to Rumunia, Bułgaria, a potem Chorwacja i tak spotykały się z trudnymi negocjacjami i populistycznymi wezwaniami do ograniczeń. Nieprawdziwe tezy o zabieraniu miejsc pracy przez imigrantów nie tracą popularności, mimo że nie mają one ani potwierdzenia w faktach, ani nawet w podstawach teoretycznych. Migranci, którzy przybywają do nowego kraju, nie tylko poprawiają efektywność rynku pracy i zarabiają pieniądze, lecz także pieniądze te wydają. Sami więc tworzą popyt, kupują rozmaite dobra i tak jak mieszkańcy swoich nowych ojczyzn przyczyniają się w ten sposób do… tworzenia tam kolejnych miejsc pracy.

Kwestia migracji w Europie nie dotyczy jednak wyłącznie rynku wewnętrznego Unii Europejskiej. Polska jest w miarę jednokulturowa (choć to zapewne będzie się zmieniać), ale pozostałe państwa członkowskie mają całkiem liczne populacje przybyszów z innych, często odległych krajów, a także ludność obcego pochodzenia w kolejnych już pokoleniach. I tak na przykład kilka milionów osób pochodzenia tureckiego żyje w Niemczech, a jeszcze więcej ludzi o korzeniach arabskich i północnoafrykańskich – we Francji. Wielka Brytania zaś jest prawdziwym tyglem kultur, gdzie obok siebie funkcjonują np. populacje o korzeniach hinduskich, pakistańskich, bengalskich, jamajskich obok tych europejskich: irlandzkich czy polskich. Podejście do asymilacji lub multikulturalizmu jest różne (asymilacyjne podejście Francji jest zupełnie inne od polityki brytyjskiej czy niemieckiej bliższych multikulturalizmowi). Wspólną cechę tych krajów stanowi jednak traktowanie imigrantów i ich potomków jako integralnej części społeczeństw. Nawet teraz, w erze podsycanych przez ekstremistycznych polityków tendencji ksenofobicznych czy wręcz rasistowskich wymierzonych w nowych przybyszów z Syrii, nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić gospodarek państw Europy Zachodniej bez imigrantów. I faktycznie, gospodarki te bez nich po prostu nie byłyby w stanie funkcjonować.

Czy zysk krajów imigracji oznacza stratę krajów emigracji?

Gdy już zdamy sobie sprawę, że imigracja w warunkach swobody przemieszczania się jest praktycznie zawsze korzystna zarówno dla krajów docelowych, jak i w przytłaczającej większości dla samych migrantów, pojawia się naturalne pytanie: „Czy w takim razie społeczeństwa krajów, z których migranci wyjeżdżają, nie są poszkodowane?”. Często przytaczane są przykłady drenażu siły roboczej, i to z reguły ludzi bardziej przedsiębiorczych czy lepiej wykwalifikowanych. W istocie, czasami dochodzi do takich sytuacji – w Polsce na przykład coraz trudniej o lekarzy czy pielęgniarki, bo wielu przedstawicieli tych grup zawodowych wyjechało na Zachód.

Trudno jednak uznać migrację za przyczynę ubożenia społeczeństw. Emigracja raczej uwidacznia istniejące problemy kraju, z którego ludzie masowo wyjeżdżają, niż je tworzy. Wachlarz tych problemów może być bardzo szeroki: począwszy od stosunkowo niskich płac, nadmiernej biurokracji (jedno i drugie dotyczyło polskiej fali emigracji po wejściu do UE), poprzez zbyt wysokie obciążenia fiskalne czy regulacyjne (uzasadniają zwłaszcza migracje przedsiębiorców tam, gdzie istnieje w miarę swobodny przepływ osób czy usług), po czynniki polityczne (które obok poziomu życia uzupełniały przyczyny wieloletnich fal migracyjnych z krajów obozu socjalistycznego do krajów kapitalistycznych). Są wreszcie przyczyny ekstremalne, nie zawsze polityczne, które skutkują falami uchodźców. Cechą wspólną jest jednak to, że ludzie migrują z miejsca, gdzie żyje się gorzej, do miejsca, gdzie żyje się lepiej. Nie oznacza to więc automatycznie, że sytuacja kraju pochodzenia w wyniku emigracji się pogorszy ani też, że się poprawi. Poprawić się jednak może, jeśli migracja wywoła zmiany w kraju pochodzenia, które usuną przyczynę migracji. To zaś może się odbyć zarówno w sposób rynkowy, jak i polityczny.

Jeśli przykładowo przyczyną emigracji są niskie płace, to specjaliści z tego kraju migrują w poszukiwaniu lepszych zajęć, a rynek pracy jest w miarę wolny. Niedobór specjalistów spowoduje presję na wzrost płac, aż gospodarka wróci do równowagi. To przykład rynkowy. Rozwiązanie polityczne może zaś dotyczyć zaadresowania przyczyn wywołanych przez rząd. I tak masowa emigracja z powodu słabości gospodarki związanej z nadmierną regulacją czy fiskalizmem może być problemem demograficznym (ten zaś może jeszcze bardziej obciążać podatników w przyszłości poprzez presję na system emerytalny). Jeśli jednak polityka odpowie na masową emigrację tak, że stworzy lepsze środowisko do życia i inwestowania, np. obniżając podatki, zmniejszając biurokrację, tendencja ta może się odwrócić. Wtedy dotychczasowy kraj emigracji może zachęcać nie tylko do powrotu swoich obywateli, lecz także do przyjazdu obywateli z krajów sąsiednich. Nie brakuje zresztą przykładów, kiedy otwarcie się na imigrantów z innych krajów może się stać najlepszym sposobem na zaadresowanie problemu braków siły roboczej, spowodowanego przez wcześniejszą emigrację. Z tą właśnie sytuacją mamy obecnie do czynienia w Polsce, gdzie przedsiębiorcy nawołują (całkiem słusznie) do otwarcia polskiego rynku pracy na pracowników z Ukrainy czy innych krajów Europy Wschodniej. Pytanie tylko, czy wobec pogarszającej się sytuacji politycznej i ekonomicznej w Polsce – i zdecydowanie antyrynkowej polityce gospodarczej – można oczekiwać, że Polska będzie atrakcyjnym rynkiem dla pożądanej większej liczby pracowników ze Wschodu.

Nie bójmy się migracji

Szczucie przeciwko migrantom i rozumowanie w trybalistycznym wymiarze nasi versus obcy jest zagrywką polityczną łatwą i popularną. Często też skuteczną, o czym świadczy wykorzystanie haseł przeciwko imigrantom czy uchodźcom w ostatnich latach m.in. w: kampanii przed wyborami parlamentarnymi w Polsce przez ugrupowania PiS, Kukiz’15 i – z mniejszym sukcesem – KORWiN, retoryce rządu Orbána na Węgrzech, kampanii UKIP na rzecz brexitu, retoryce Donalda Trumpa przeciw Meksykanom, narracji politycznej Alternatywy dla Niemiec i francuskiego Frontu Narodowego. Zagrywki te występowały w tej czy innej formie od dziesięcioleci, a podobna retoryka prowadziła w przeszłości nawet do totalitaryzmów. Oparte są one jednak zawsze na irracjonalnym wzbudzaniu strachu, a nie na rzeczywistych argumentach. Widzimy to właśnie teraz, gdzie problem terroryzmu – niemający wiele wspólnego z liczbą migrantów czy uchodźców, ale z radykalnymi ideologiami – sprowadzany jest w retoryce właśnie do polityki migracyjnej i wzywania do zamknięcia granic czy miejsc pracy dla „obcych”. Prawo do przemieszczania się i wyboru miejsca zamieszkania jest fundamentalnym prawem jednostki, dlatego moralna i etyczna polityka powinna się skupiać na urzeczywistnianiu tego prawa poprzez liberalizację przepisów dotyczących migracji. Oczywiście, aby to było możliwe, wola polityczna potrzebna jest w wielu krajach członkowskich, a najlepiej we wszystkich, trudno bowiem realizować to wyłącznie przez decyzje unilateralne.

Dobrym sposobem są umowy i organizacje międzynarodowe, czego doskonałą egzemplifikacją jest wspólny rynek UE. Jeśli jednak zasięg swobodnego przemieszczania się będzie się powiększał, a przepisy migracyjne na świecie się zliberalizują, to przyczyni się to nie tylko do realizacji praw jednostki i ochrony jej interesów, lecz także przyniesie praktyczne korzyści z migracji państwom w nią zaangażowanym. Imigracja ekonomiczna jest szczególnie korzystna, sprzyja bowiem większej konkurencyjności rynku pracy zarówno w kraju pochodzenia, jak i w docelowym, powoduje także niwelowanie sztucznego rozwarstwienia dochodowego między państwami. Daje także wartość informacyjną co do jakości polityk, gdyż ludzie zawsze będą migrować tam, gdzie będzie się żyło lepiej.

Tak więc to właśnie kierunki migracji pokażą, gdzie polityka prowadzi do poprawy jakości życia. Należy natomiast zwracać szczególną uwagę, by migracja była nastawiona na działalność produktywną, a nie na korzystanie z hojności polityk socjalnych. Nie ma bowiem wielu powodów, by przyjmowanie imigrantów wiązało się z obciążeniem podatników. Od tej reguły można czynić wyjątek wyłącznie z nagłej potrzeby udzielenia pomocy uchodźcom, ale nawet wtedy polityka ich przyjmowania musi być nastawiona na to, by goście jak najszybciej stawali się samowystarczalni.

1  Jeśli kogoś interesuje moje zdanie na temat rasistów i ksenofobów, dla których życie uchodźców nie jest nic warte, zachęcam do lektury tekstu „Plaga terroryzmu i plaga rasizmu”, który pisałem tuż po zamachach w Paryżu: < http://bartyzel.liberte.pl/plaga-terroryzmu-i-plaga-rasizmu/>.

Czytaj również
O autorze
*
Jacek WładysławBartyzel
Liberał, ateista, racjonalista, zwolennik wolnego rynku, świeckiego państwa i autonomii jednostki.
@ bartyzel