Nie istnieje esencja polskości

Drukuj

W XIV numerze „LIBERTÉ!” z Tomaszem Stryjkiem rozmawia Stefan Kabat.

Panie profesorze, zacznijmy może od teorii. Terminy: kultura, historia, pamięć zbiorowa, polityka pamięci, polityka historyczna, a wreszcie tożsamość i naród pojawiają się regularnie w badaniach nad problematyką nacjonalizmu, narodu i pamięci. Które z tych zjawisk jest najbardziej pierwotne? Które wynika z którego? Na ile poszczególne kategorie można rozpatrywać w perspektywie zbiorowości, a na ile – jednostki?

04'narodowy majonez i stefanTo bardzo trudne pytanie. Pojęcie kultury jest pewnie pojęciem najszerszym, jednak myślę, że do omówienia tej kwestii właściwszym specjalistą byłby socjolog. Odnosząc się do naszej części Europy, sądzę, iż wprawdzie wiele się w naszych wyborach identyfikacyjnych w ostatnich dekadach zmienia, to jednak podstawową kategorią pozostaje naród. Ja ów naród postrzegam jako wspólnotę tożsamościową. W związku z tym, nawiązując do pańskiego pytania – jednostka czy zbiorowość – droga rozumowania jest następująca. Naród istnieje obiektywnie, jednak jest wspólnotą, która powstaje subiektywnie. Najkrótsze i jednocześnie najbardziej trafne ujęcie narodu sprowadza się do twierdzenia, że jest to wielka grupa społeczna, której członkowie się z nią identyfikują, przy czym ich akty identyfikacji mają charakter indywidualny. To brzmi jak tautologia, ale gdy się zastanowimy nad tym, poprzez jakie wartości, symbole i uczucia ludzie się z Polską identyfikują i jakie miejsce zajmuje ona w całościowej strukturze ich tożsamości (innymi słowy – jak „sąsiaduje” z innymi identyfikacjami), jesteśmy w stanie zrozumieć, że naród jest swego rodzaju „ramą”, która łączy ludzi skądinąd należących do wielu zbiorowości różnego typu. Łączy właśnie dlatego, że każdy z nich dokonał na jej rzecz indywidualnego wyboru.

Jako wspólnota tożsamościowa naród istnieje zatem o tyle, o ile są ludzie, którzy chcą w nim uczestniczyć. Dla tego uczestnictwa nie ma żadnych kryteriów obiektywnych. Zamieszkiwanie jednego terytorium, posługiwanie się jednym językiem, przynależność do jednego Kościoła czy wspólne interesy ekonomiczne – to wszystko łączy ludzi w sposób obiektywny, jednak w zbiorowości innego typu. O narodzie mówimy natomiast jako o wspólnocie tożsamościowej, z którą się identyfikujemy niezależnie od przynależności do grup terytorialnych, lingwistycznych, religijnych czy gospodarczych. Metaforycznie można powiedzieć, że jest to wspólnota losu, która pełni istotne funkcje społeczne – pomaga jej uczestnikom zrozumieć przeszłość i z pewną dozą ufności (o ile to przy współczesnym tempie zmian jest w ogóle możliwe) oczekiwać przyszłości. Wybór na rzecz narodu, dokonany najczęściej na etapie dojrzewania, nie ma charakteru ostatecznego, może ulec zmianie. Tożsamość jednostki składa się z wielu identyfikacji – identyfikacja z narodem jest tylko jedną z nich – które kształtują się jako odpowiedź na zmieniające się okoliczności życiowe. W związku z tym można w polskości uczestniczyć, ale można się od niej też odsuwać na rzecz innej identyfikacji, a wreszcie ją całkowicie porzucić. Nie jesteśmy przypisani do wspólnoty raz na zawsze, bo uczestnictwo w niej nie zależy od kryteriów obiektywnych. Uczestniczymy w niej przez indywidualny wybór identyfikacyjny. Takie rozumienie narodu oznacza też, że można mieć więcej niż jedną identyfikację narodową, a także że można w żadnym narodzie nie uczestniczyć.

A czym jest ów wybór identyfikacyjny? Tutaj dochodzimy do pojęcia kultury i historii. Wybór ten dokonuje się przez związek z pewnymi praktykami kulturowymi oraz przez nieobojętny stosunek do pewnej narracji historycznej – niekoniecznie pozytywny (a w każdym razie nie wobec wszystkich jej części pozytywny), ale nieobojętny. Ludzie żyjący w epoce nowoczesnej, tj. w XIX i XX w., przeważnie potrzebowali partykularnej opowieści o przeszłych losach zbiorowych, toczących się w długiej perspektywie czasowej, i traktowali ją jako coś własnego. Nie wydaje się, aby na progu XXI w. to się istotnie zmieniło (w każdym razie nie jest wcale pewne, czy w epoce ponowoczesności tę opowieść ostatecznie zastąpi narracja o dziejach gatunku ludzkiego). Jeśli nadal identyfikujemy się z tą partykularną opowieścią, nie przechodzimy obojętnie obok niej – choć wiele z epizodów wchodzących w jej skład nas irytuje – to znaczy, że uczestniczymy w narodowej wspólnocie tożsamościowej. Podkreślę jeszcze raz, iż uczestnictwo to jest kwestią indywidualnego wyboru. Oznacza to, iż każdy z nas inne wydarzenia z przeszłości może uważać za chwalebne, inne zaś za naganne. Pod tym względem różnimy się i póki będą istniały narody, póty będziemy się różnili. Łączy nas zaś to, że i jedne, i drugie wydarzenia uważamy za własne – nie zacieramy pamięci o nich, gotowi jesteśmy zastanawiać się nad tym, dlaczego do nich doszło, i oceniać zgodnie z przyjętymi kryteriami aksjologicznymi.

Naród jest zatem wspólnotą, która istnieje obiektywnie. Istnieje jednak nie wskutek naszej przynależności do wspomnianych zbiorowości obiektywnych, lecz przez naszą subiektywną deklarację uczestnictwa w nim. Będąc członkiem narodu, pozostajemy w stałej dyskusji z narracją o jego przeszłości, w której z interpretacją i oceną jednych wydarzeń się zgadzamy, a innych nie zgadzamy. Zasadnicze znaczenie ma nasza deklaracja – przyznania się do polskości bez względu na to, z czym dobrym i z czym złym ona się nam kojarzy. Pewne elementy kultury i pewne interpretacje wydarzeń z przeszłości mogą nam nie odpowiadać, ale wówczas próbujemy je zmienić, np. działając na rzecz zaniku niektórych postaw i obyczajów czy wyrażając negatywną ocenę działań ludzi, którzy też uważali się za Polaków. Czynimy tak właśnie dlatego, że całą kulturę i historię uważamy za coś własnego, a więc za coś, na czym nam zależy.

Podsumowując, uważam naród za centralną kategorię problematyki, którą pan poruszył. Mimo zawrotnego tempa zmian we współczesnym świecie naród pozostaje wspólnotą tożsamościową, która nadal silnie integruje ludzi. Dowody na to łatwo dostrzec w stosunkach międzynarodowych, także wewnątrz UE, której konstrukcja opiera się wszak na państwach narodowych. Większość mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej nadal mniej się określa tożsamościowo przez identyfikację z płcią, pokoleniem, grupą zawodową czy ideą, którą reprezentuje bliska im grupa dyskusyjna w internecie czy organizacja pozarządowa. Są to identyfikacje mające znaczenie szczególnie dla młodszych pokoleń, ale w debacie na temat tego, czego zbiorowo doświadczamy i co nas czeka w przyszłości, nadal zasadnicze miejsce zajmuje identyfikacja z narodem. Nie znaczy to, że będzie tak zawsze – naród jest wspólnotą historyczną, kiedyś się ukształtował i prawdopodobnie kiedyś zaniknie. Być może zastąpi go właśnie wspólnota europejska (nie sądzę natomiast, aby to była wspólnota światowa). Ale na razie pozostaje on na pierwszym planie w debacie tożsamościowej.

Zatrzymajmy się przy dwóch poruszonych przez pana kwestiach – nieobojętności wobec historii oraz identyfikowaniu się z polskością, jaka by ona nie była. Rozumiem to następująco: niezależnie od tego, jaka ta historia była, traktujemy ją jako swoją, a więc zarówno nosimy pewne brzemię związane z momentami wstydliwymi, jak i odczuwamy dumę z momentów chwalebnych. Jednak nie tak dawno mocno eksponowanym pojęciem była polityka historyczna, w której – w największym skrócie – chodziło o to, aby stworzyć tożsamość w oparciu o te momenty chwały. Jej rzecznikami byli ludzie, o których możemy powiedzieć, że są wśród najchętniej przyznających się do swojej polskości, a więc – znów uogólniając – przedstawiciele środowisk prawicowych, konserwatywnych. Zastanawiam się wobec tego: skoro osoby tak mocno przywiązane do tej identyfikacji narodowej mówią niemal wprost, że warto historię mitologizować, „ukorzystniać”, to czy nie burzy to nieco pańskiej koncepcji identyfikacyjnej?

Naród tym się różni od innych wspólnot, że niezwykle ważna jest dla niego historia. Nie sposób wyobrazić sobie narodu bez opowieści o długotrwałych dziejach wspólnoty. Problem polega na tym, jak tę historię opowiadać. Docieramy tu do następującej kwestii: historia to nie jest zbiór wydarzeń, o których prawdziwości możemy dowolnie orzekać. Oznacza to, iż nie możemy zaprzeczać faktom i w konsekwencji pomijać ich w opowieści o losach zbiorowych. Wynika z tego także, że różne obrazy tej samej przeszłości są bliższe lub dalsze od tego, co się faktycznie wydarzyło, z czego płynie wniosek, iż możemy je hierarchizować pod kątem stopnia wiarygodności. Historiografia, jako nauka na wskroś humanistyczna, wytwarza różne obrazy tych samych wydarzeń, różnie interpretuje ich przyczyny, w końcu w różnym stopniu przypisuje uczestnikom odpowiedzialność. Powtórzę: historiografia – a za nią opowieść o losach zbiorowych – nie może jednak zaprzeczać faktom. Nie może też godzić się na współczesne zacieranie wiedzy o nich.

A jednak niejednokrotnie mamy z czymś takim do czynienia – odkrywanie mrocznych kart przeszłości skutkuje zarzutami wobec badaczy o braki warsztatowe, a także deklaracjami w duchu „Polacy takich rzeczy nie robili”…

…albo, jeżeli robili, byli to ludzie reprezentujący tzw. margines społeczny bądź ludzie, których pchnęły do tego obce siły, zatem to nie oni ponoszą odpowiedzialność itd. Są to strategie polegające wprawdzie nie na prostym zaprzeczaniu faktom, ale na takiej dowolności interpretacyjnej okoliczności, motywów i skali działania, że granica między wiarygodną narracją historyczną a fikcją zostaje przekroczona. Wspomniał pan, że polityka historyczna była w połowie poprzedniej dekady hasłem niektórych sił politycznych prawicy, dążących do sprawowania władzy oraz do uformowania tożsamości polskiej w dużej mierze na nowo (tak się działo w istocie, choć argumentem było to, że chodzi o powrót do tożsamości we współczesnym świecie utraconej). Była w niej obecna próba pomijania i unieważniania tych wydarzeń z przeszłości, które zagrażają wizerunkowi narodu jako ofiary i bohatera oraz jednoczesnego wypromowania tych wydarzeń, które wzmacniają zbiorowe dobre samopoczucie Polaków. Była to strategia instrumentalnego traktowania przeszłości, służąca z jednej strony ugruntowaniu własnej przewagi na scenie politycznej i delegitymizacji historycznej przeciwników, z drugiej wzmocnieniu państwa na arenie międzynarodowej poprzez zwiększenie jego autorytetu moralnego, a w konsekwencji wzrost jego potencjału przywódczego w regionie.

Polityka pamięci to termin, który w ostatniej dekadzie zrobił ogromną karierę. Jednak kariera ta chyba powoli przemija – najprawdopodobniej pozostanie on w użyciu, ale raczej zejdzie na drugi plan. Popularność tego terminu nie jest zresztą charakterystyczna wyłącznie dla Polski, bo pierwsza dekada XXI w. to był także okres, kiedy owego terminu intensywnie używano w wielu krajach regionu, m.in. w Niemczech. To tam zaczęto debatować nad tym, czym jest polityka pamięci, tam też ukształtowało się przekonanie, że jest ona prowadzona zawsze – zarówno przez państwo, jak i przez pozostałych aktorów politycznych. Zgodnie z tym rozumowaniem, nawet jeśli państwo nie interesuje się przeszłością, to znaczy, że też prowadzi jakąś politykę wobec niej. Takie rozumienie polityki pamięci zapewne przetrwa – rzeczywiście, każde państwo ma jakiś stosunek do przeszłości. Przywiązuje do niej wagę lub nie. Jeśli przywiązuje, to jedne wydarzenia uwypukla i ceni, dając temu wyraz publicznie, inne natomiast pomija. Jeśli nie przywiązuje, cała przeszłość ulega „zapomnieniu”. W tym sensie każde państwo prowadzi politykę wobec przeszłości – niezależnie od tego, czy jest demokratyczne, czy totalitarne.

Myślę jednak, że okres najintensywniejszego prowadzenia tej polityki mamy już za sobą, tak samo jak czas największego zainteresowania badaczy tym zagadnieniem. W pierwszej dekadzie XXI w. to się wiązało przede wszystkim z koncentracją uwagi na II wojnie światowej i jej konsekwencjach oraz na rządach komunistycznych w Europie Środkowo-Wschodniej. Kluczowe były pytania o role poszczególnych narodów w latach 1939–1989, które z nich były twórcami reżimów totalitarnych i sprawcami masowych zbrodni, a które ich ofiarami. W Polsce szczyt tego zainteresowania wiązał się z projektem Czwartej Rzeczpospolitej i przypadł mniej więcej na lata prezydentury Lecha Kaczyńskiego, a jednocześnie na okres pierwszego pięciolecia uczestnictwa Polski i jej sąsiadów w Unii Europejskiej. Należy bowiem pamiętać, że do tych prób mitologizacji historii, budowania na niej wspólnoty i podnoszenia autorytetu państwa przyczyniło się nie tylko zwycięstwo wyborcze prawicy w 2005 r., lecz także wejście Polski do Wspólnoty. Reprezentanci państw naszego regionu – głównie państw bałtyckich, ale także Polski – m.in. w Parlamencie Europejskim podjęli próbę wprowadzenia do europejskiej narracji historycznej poglądu o równorzędności zła wyrządzonego im przez dwa totalitaryzmy w XX w.

Słynny „The Soviet Story”.

Tak. To ten film, powstały w 2008 r., był najbardziej jaskrawą próbą skłonienia zachodnich Europejczyków do myślenia o sowietyzmie jako o złu historycznym równym hitleryzmowi. Jego łotewscy autorzy (reż. Edvīns Šnore) posunęli się bardzo daleko, m.in. wskazali na rasistowskie aspekty marksizmu. Z pewnością ich interpretacje ideologiczne komunizmu oraz sytuacji politycznej we współczesnej Rosji miały charakter, łagodnie mówiąc, jednostronny.

Patrząc z perspektywy 2013 r., można powiedzieć, że w latach 2005–2010 mieliśmy do czynienia z międzynarodowymi zmaganiami o interpretację wydarzeń II wojny światowej, a w związku z tym także o historię komunizmu w Europie. Sprzyjał temu pewien układ prezydentów rządzących w krajach naszego regionu. W Polsce był to prezydent Kaczyński, na Litwie Valdas Adamkus, na Ukrainie Wiktor Juszczenko. Reprezentowali oni podobny kierunek myślenia – dążyli do koncentracji opowieści o historii narodowej wokół pojęcia bohatera i ofiary, przy jednoczesnej marginalizacji roli sprawcy lub współsprawcy zbrodni i prześladowań w stosunku do przedstawicieli innych narodów. Wskazywali także – i w tym ich polityki pamięci odnajdywały wspólny grunt – na winę sił zewnętrznych: dwóch wielkich okupantów. Ostrze tej polityki było skierowane przede wszystkim przeciw Rosji, ale także przeciw Niemcom. W samych Niemczech u schyłku lat 90. zarysowała się tendencja do zmiany pamięci zbiorowej, do potraktowania narodu niemieckiego jako jednej z ofiar wojny i komunizmu, niejako obok (lub nawet zamiast) bycia sprawcą zbrodni i konfliktu na skalę światową. To wyzwanie niemieckie przyczyniło się do wypłynięcia problematyki pamięci na pierwszy plan polityki, aczkolwiek wyraźnie tylko w Polsce i Czechach.

Z pewnością państwa w Europie nadal prowadzą jakąś politykę pamięci – jak wspomniałem wcześniej, nawet nieprzywiązywanie wagi do tej problematyki jest jakąś jej formą – i dopóty będą ją uprawiały, dopóki narody będą podstawą konstrukcji politycznej Europy[L1] . Ale coś istotnego się w ostatnich latach zmieniło. Problematyka II wojny światowej przestała odgrywać tak znaczącą rolę, co wiąże się z jednej strony z tym, że jest coraz mniej tych, którzy jeszcze ją pamiętają, z drugiej strony zaś z kryzysem gospodarczym i problemami strefy euro. Współcześnie problematyka finansowa niejako przesłania debatę nad przeszłością Europy.

A może ten obecny kryzys UE sprawił, że promujący ideę polityki pamięci w Polsce uznali, iż pewne zagrożenie zniknęło. Wszak Unia często przedstawiana była i jest przez prawicę – znów uogólniając – jako potencjalne zagrożenie dla tożsamości narodowych. Położenie nacisku na politykę pamięci mogło być więc odruchem obronnym po naszym wejściu do Wspólnoty. 

Na pewno był taki związek. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzimy, że skutki naszego wejścia do Unii były paradoksalne. Nie doszło do osłabienia tożsamości narodowej, lecz – przeciwnie – do jej wzmocnienia, co wyraziło się m.in. w silnym rozwoju popularnych zainteresowań wydarzeniami odpowiadającymi zbiorowemu wizerunkowi ofiary i bohatera. W polskim przypadku była jeszcze jedna przyczyna, dla której w poprzedniej dekadzie kwestia polityki pamięci tak mocno zyskała na wadze. Było to zakończenie okresu przejściowego po upadku komunizmu, który zamknął się w momencie naszego wejścia do Unii. Byliśmy już państwem w pełni demokratycznym, rynkowym, spełniającym określone kryteria, a akcesja stała się swoistym dowodem ukończenia procesów reformatorskich. W tym momencie po prawej stronie sceny politycznej doszła do głosu potrzeba dokonania przemian także w warstwie symbolicznej. Oznaczało to między innymi powrót koncepcji dekomunizacyjnych, oczyszczenia sfery publicznej i symbolicznej z pozostałości poprzedniego systemu. Mamy więc nakładające się czynniki wewnętrzne i międzynarodowe, które doprowadziły do skupienia się na problematyce pamięci.

W tej chwili mamy jednak do czynienia z wyraźnym odwrotem. Nie jestem nawet pewien, czy termin „polityka pamięci” („polityka historyczna”) w ogóle przetrwa – i w debacie publicznej, i w języku humanistów, którzy już szykowali się do ustanowienia osobnej subdyscypliny badań. Być może zaniknie na rzecz terminu „polityka tożsamości”, odnoszącego się do zjawiska szerszego, obejmującego nie tylko sferę, o której rozmawiamy, lecz także działania wobec kultury i edukacji. A przez to, że nie będziemy już tak silnie koncentrować się na historii epoki 1939–1989, być może nie zajdzie potrzeba wyodrębniania pamięci jako osobnego przedmiotu działań państwa i innych aktorów politycznych na rzecz kształtowania tożsamości zbiorowej.

Mimo wszystko będę się jeszcze przez chwilę trzymał tej potencjalnie przemijającej mody na politykę historyczną. Otóż wspomniał pan, że nie możemy tak manipulować historią, by przeczyć faktom. A może jednak wcale nie jest to takie trudne, jeśli mamy do czynienia ze „zwartym frontem”. Zacznijmy od państw – wspominał pan o Juszczence, który poruszył tematy ostrożnie traktowane przez wcześniejsze władze Ukrainy (choćby zachodnioukraińskie tradycje niepodległościowe i nacjonalistyczne) czy też mocno unarodowił dyskurs wokół Wielkiego Głodu. Kolejną kwestią jest zjawisko nazywane memory boom. Mam na myśli to, że w ostatnich dwóch dekadach przeszłością intensywnie zaczęli się zajmować nie tylko historycy i politycy, lecz także publicyści. Doszło do sytuacji, w której niemal każdy jest graczem na polu dyskusji o sposobie rozumienia historii. W efekcie bardzo łatwo o przesuwanie różnych granic. Koronnym przykładem jest tu całkowita dowolność w operowaniu terminem ludobójstwo, abstrahująca od tego, że istnieje pewna definicja tego pojęcia, że jest to kategoria prawna. W naszych warunkach najczęściej termin ten łączy się z Katyniem oraz Wołyniem, podczas gdy w świetle definicji – jak krytycznie byśmy do niej nie podchodzili, choćby ze względu na polityczne ustępstwa wobec ZSRR poczynione przez państwa zachodnie w 1948 r. przy jej kształtowaniu – istnieją poważne wątpliwości, czy powinien być tu zastosowany. A badania opinii najprawdopodobniej wykazałyby, że mało który Polak uważa mord katyński za cokolwiek innego niż ludobójstwo właśnie.

Tak, ma pan rację. Nastąpiła inflacja tego pojęcia, rozszerzenie jego znaczenia – stało się ono oskarżycielskim epitetem, tracąc pierwotną, prawnie zdefiniowaną treść. Interesująco rozwiązał ten problem Timothy Snyder w „Skrwawionych ziemiach”. Przedmiotem książki są masowe zbrodnie popełnione w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1932–1953, ale termin ludobójstwo w ogóle w niej nie pada. Dopiero z aneksu dowiadujemy się, że autor świadomie tego terminu nie użył – z tego względu, że jego stosowanie w debacie publicznej w krajach regionu w ostatniej dekadzie do niczego sensownego nie doprowadziło, ani w płaszczyźnie poznawczej (historiografii), ani moralnej (pojednania), ani stosunków międzynarodowych. Historyk ów trafnie zinterpretował proces, w którego ramach w ostatniej dekadzie w konfliktach o pamięć toczących się w naszym regionie oskarżenie o popełnienie zbrodni ludobójstwa wysuwano wobec coraz to nowych wydarzeń, nie przybliżając zadośćuczynienia zasadom sprawiedliwości, a jedynie potęgując napięcie w stosunkach wewnętrznych i międzynarodowych.

Ostatnie dwie, trzy dekady – bo tę tendencję na Zachodzie obserwować mogliśmy już w latach 80. – to czas stopniowego wypierania historii jako obrazu prezentowanego przez profesjonalistów przez pamięć jako wizję przeszłości funkcjonującą w popularnych przekonaniach. Jest to związane z rozwojem nowych mediów, a w konsekwencji demokratyzacją dostępu do przeszłości. Obecnie „wejście na trybunę” i przedstawienie własnej interpretacji przeszłości, w końcu zyskanie dla niej zwolenników – przede wszystkim za pośrednictwem internetu – jest rzeczą łatwą, dostępną niemal dla każdego. Nie oznacza to oczywiście, że historycy akademiccy zostali całkowicie wyparci z pozycji tych, którzy mają wiarygodny klucz do przeszłości. O ocenę swych ustaleń na temat przeszłości muszą już jednak konkurować z uczestnikami wydarzeń i ich spadkobiercami oraz ludźmi zainteresowanymi danymi tematami i w związku z tym prowadzącymi strony internetowe, grupy dyskusyjne czy działalność rekonstrukcyjną. Te wszystkie interpretacje dzisiaj są już równo dostępne (ta pierwsza niegdyś dominująca, może nawet najmniej!), co więcej zmierzamy do tego, że mogą zacząć być równoważne.

Jednym ze środowisk nieakademickich, które intensywnie zajmują się dziś historią, są dziennikarze. Ostatnio nastąpiła eksplozja rozmaitych dodatków historycznych do prasy – tygodników, a nawet dzienników. Istotnym motywem publikujących w nich autorów jest popularyzacja wiedzy historycznej. Wielu z nich stara się zresztą mniej lub bardziej powoływać na publikacje naukowe, jest jednak oczywiste, że w większości przypadków nie oddzielają oni tego, co piszą o przeszłości, od swych orientacji ideologicznych i politycznych, powiązanych z macierzystymi redakcjami. Wybór tematyki i sposób jej naświetlania przeważnie nie spełnia wymogu bezstronności badawczej. A jest to środowisko, które dziś ma chyba największy wpływ na kształtowanie tego, co najczęściej rozumiemy pod pojęciem pamięci zbiorowej. Sytuuje się ono gdzieś między profesjonalnymi historykami a wspomnianymi miłośnikami przeszłości oraz rekonstruktorami.

Mamy więc do czynienia z całym spektrum środowisk, które tyleż z sobą konkurują, ile się wzajemnie przenikają. Szczególnie akademicy są dziś, w epoce medializacji wszelkich dokonań, narażeni na pokusę popularyzacji swych ustaleń, co może (ale nie musi!) prowadzić do niedochowania przez nich zasady nieulegania przez naukę popularnym modom i oczekiwaniom. W ten sposób ekspansja pamięci zawęża pole oddziaływania historiografii. A pamięć – podobnie jak tożsamość (tyle że bardziej dynamicznie) – ulega zmianie. Zatem obraz przeszłości w pamięci zbiorowej zmienia się w zależności od tego, w którą stronę kieruje się debata publiczna i zmierzają nastroje społeczne.

Historyków, którzy się bezpośrednio angażują w politykę partyjną, nie jest w Polsce chyba wielu, jednak już sam udział, np. w dyskusji telewizyjnej, często znacząco spłyca problem – nawet wówczas, gdy dany historyk dysponuje pogłębioną wiedzą na dyskutowany temat.

Zwłaszcza kiedy te programy są konstruowane na zasadzie opozycyjności dwóch stanowisk, co jest zresztą wpisane w charakter współczesnych mediów i konkurencji między nimi. Spór ma charakter widowiskowy, a ponadto taka dramaturgia jest zgodna ze skądinąd słusznym założeniem, że media powinny wzmacniać zaangażowanie w życie publiczne, konfrontując różne punkty widzenia. Ale studio telewizyjne to nie jest najlepsze miejsce do analizy źródeł historycznych. Ten sposób reżyserowania debaty o przeszłości, w szczególności dla widza nieposiadającego własnej wiedzy na dany temat, może się kończyć wybraniem jednej z dwóch skrajnych opcji. Nie mając odpowiednich kompetencji, nie jest on w stanie zbudować sobie własnego obrazu poprzez wybór i połączenie najbardziej wiarygodnych argumentów z dwu przeciwstawnych stanowisk. Niestety, coraz więcej historyków uczestniczy w takich programach. Skłania ich do tego m.in. ich sytuacja zawodowa. Pracują w końcu na uczelniach, które zabiegają o studentów. W jakiejś mierze (oczywiście nieformalnie) rozliczani są w pracy nie tylko z tego, jak uczą, co badają i gdzie publikują, lecz także z tego, jak często są do mediów zapraszani.

To chyba dobry moment, by przejść do tematu przewodniego niniejszego numeru – kompleksu polskiego. Postrzeganie Polaków jako wyłącznie bohaterów lub wyłącznie ofiary zła jest podzielane najczęściej przez ludzi, którzy dzisiejszą Polskę widzą jako państwo słabe, niezaradne, nieskuteczne na arenie międzynarodowej. Czy ta mitologizacja przeszłości nie jest pewną próbą uzyskania rekompensaty? Wspomniał pan, że identyfikując się jako Polak, robię to na dobre i na złe. Logika nakazuje więc tym środowiskom uzyskanie jakiegoś odszkodowania, skoro muszę znosić tak kiepskie państwo.

Owszem, w jakiejś mierze tak właśnie jest. Warto się jednak zastanowić, dlaczego w Polsce tego rodzaju postawy są wyjątkowo nasilone. Na tle Europy Środkowo-Wschodniej Polska jest, po pierwsze, państwem największym; po drugie, państwem, którego bilans ról bohatera, ofiary i sprawcy w historii XX w., przy ogólnym spojrzeniu, wydaje się dość korzystny. Bo przecież – argumentuje się – Polska była pierwszą ofiarą Niemiec hitlerowskich, upadła wskutek paktu Ribbentrop-Mołotow i doświadczyła dwóch okupacji. Była też krajem, w którym nie istniały ani zorganizowana kolaboracja polityczna z Niemcami hitlerowskimi, ani jednostki wojskowe przez nie powołane. Polska była w końcu państwem ze stosunkowo silnym ruchem oporu wobec komunizmu po wojnie, a potem z kilkoma kryzysami społecznymi wyrażającymi sprzeciw wobec niedemokratycznej władzy.

Jest więc parę atutów historycznych, którymi albo nie dysponują nasi sąsiedzi, albo dysponują w mniejszym stopniu. W związku z tym w Polsce występuje wyjątkowo silna skłonność do utożsamiania się z rolą bohatera. Z kolei rola sprawcy przeważnie interpretowana jest następująco: może i takie zachowania występowały, ale nie były reprezentatywne dla ogółu, gdyż dotyczyły jednostek, niepełniących funkcji publicznych. Przecież – przekonuje się – Państwo Podziemne nie przyłożyło ręki do Zagłady ani też nie skalało się próbą porozumienia z którymkolwiek z okupantów. Jednocześnie natychmiast przywołuje się przykłady ruchów niepodległościowych narodów sąsiednich: ukraińskiego, łotewskiego, litewskiego i estońskiego jako organizatorów szerokiego poparcia politycznego dla Trzeciej Rzeszy w latach 1941–1944.

Próba zmitologizowania historii najnowszej w Polsce polega w dużej mierze na przypisywaniu działaniom rodzimych sprawców zbrodni i prześladowań (chodzi tu nie tylko o udział w Holokauście, lecz także o represje wobec mniejszości narodowych w Drugiej Rzeczpospolitej) drugorzędnego znaczenia, a także na wskazywaniu na ich łagodniejszy charakter i ograniczony zasięg w porównaniu z działaniami podjętymi wobec Żydów i Polaków przez naszych wschodnich sąsiadów. Sądzę, iż trzeba patrzeć na to w sposób następujący. Historia rzeczywiście dała Polsce pewne atuty. Faktycznie – udział Polaków w mordowaniu Żydów w czasie wojny był mniejszy niż udział Litwinów, Łotyszy i zachodnich Ukraińców. Ale trzeba widzieć to nie jako jakąś szczególną zasługę związaną z cechami polskości, lecz sytuacyjnie. Bieg wydarzeń był taki, że do 1939 r. Polska miała swoje niepodległe państwo, które następnie padło ofiarą agresji Trzeciej Rzeszy. To od razu ustawiło polski ruch narodowy w innej pozycji, z innym układem sojuszników – z orientacją na Wielką Brytanię, Francję i USA, a nie na Niemcy, jak w przypadku ruchu ukraińskiego i ruchów narodów bałtyckich po odebraniu im przez Związek Radziecki niepodległości w roku 1940. Wszystkie te ruchy narodowe w stosunku do Żydów, a także Niemców i Rosjan, nie różniły się wiele między sobą, ale w latach 1939–1941 znalazły się w innej sytuacji historycznej, która skłoniła ich członków i sympatyków do takiego, a nie innego działania. To, że Polacy w 1941 r. nie przyłożyli ręki do Holokaustu w tym stopniu co Ukraińcy i narody bałtyckie, nie wyniknęło ze szczególnego charakteru polskości, ale z ówczesnej sytuacji, z pewnych perspektyw politycznych, które były dane polskiemu ruchowi niepodległościowemu, a nie był dane litewskiemu czy ukraińskiemu.

To, jak się ludzie zachowują w momentach wielkich przełomów – czy stają się sprawcami lub współsprawcami zbrodni, czy nie – nie jest związane z esencją tej czy innej narodowości, ale z przekonaniami, wśród których się oni ukształtowali, oraz z okolicznościami, jakie wtedy wystąpiły. Trzeba interpretacje wydarzeń historycznych oddzielić od myślenia w kategoriach esencjonalnych. Od takiego myślenia, iż istnieje esencja polskości, która składa się z cech jednoznacznie moralnie pozytywnych i jako taka chroni osoby w niej uczestniczące przed popełnianiem czynów niegodnych. I jednocześnie, że esencja litewskości i ukraińskości (a także niemieckości i rosyjskości) jest z moralnego punktu widzenia gorsza, zatem tego rodzaju ochrony nie generuje. Jeśli naród istnieje „tylko” jako wspólnota tożsamościowa, powstała, a następnie podtrzymywana „jedynie” mocą indywidualnych wyborów jego uczestników, żadnej esencji mieć nie może. Tożsamość jednostki jest czymś zmiennym, podobnie niestałe jest to, co łączy ludzi w naród, a historia narodowa toczy się na trajektorii zbiorowego losu, który zależy od dużej liczby różnych czynników. Natura ludzka jest uniwersalna, a uczestnictwo w żadnym narodzie nie chroni przed popełnianiem zbrodni. Jest to kwestia indywidualna, zależna nie od tego, jakiej wspólnoty narodowej jesteśmy członkami, lecz od naszych decyzji podejmowanych pod wpływem tego, co na nas w danych okolicznościach oddziałuje i od naszych predyspozycji jednostkowych.

Gdyby istniała jakaś esencja narodowości, która przed czymś chroni, do czegoś innego natomiast skłania, to powojenne Niemcy nie mogłyby dokonać tego przezwyciężenia swojej przeszłości, którego dokonały (do dyskusji jest oczywiście to, czy ten proces można uznać za zakończony). Byłyby one niejako zdeterminowane do tego, aby nadal wywoływać konflikty i popełniać zbrodnie. A przecież wiemy, że dzisiejsza niemieckość jest czymś zupełnie innym niż niemieckość lat 30. i 40. ubiegłego stulecia. Zbiorowym wysiłkiem przeciwstawienia się fatum samym Niemcom po wojnie udało się zasadniczo zmienić trajektorię losu, po której przemieszczali się jako wspólnota od końca XIX w.

O esencjonalności narodu nie można więc mówić. Można natomiast mówić o tożsamości wspólnoty, która w efekcie zbiorowego wysiłku ulega fundamentalnej zmianie. Odbywa się to poprzez oddanie wydarzeń z przeszłości pod osąd uniwersalnych kryteriów etycznych. Warunkiem powodzenia tej pracy jest uznanie przez jednostki całego dziedzictwa przeszłości i równie krytyczne przemyślenie (w perspektywie sytuacyjnej) tego, co przynosi wspólnocie wstyd i chwałę.

Tomasz Stryjek, dr hab.- historyk, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN. Jest autorem książek: Ukraińska idea narodowa okresu międzywojennego. Analiza wybranych koncepcji (Wrocław 2000) oraz Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość? Interpretacje dziejów narodowych w historiografii i debacie publicznej na Ukrainie 1991-2004 (Warszawa 2007). Inne jego publikacje dotyczą historiografii ukraińskiej i ideologii ukraińskich w XX w., interpretacji dziejów Europy Wschodniej stworzonych przez historyków państw tego regionu oraz teorii narodu i nacjonalizmu.

Czytaj również
O autorze
*
TomaszStryjek
Dr hab., historyk, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN. Jest autorem książek: "Ukraińska idea narodowa okresu międzywojennego. Analiza wybranych koncepcji" (Wrocław 2000), "Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość? Interpretacje dziejów narodowych w historiografii i debacie publicznej na Ukrainie 1991-2004" (Warszawa 2007) oraz "Ukraina przed końcem historii" (Warszawa 2014). Inne jego publikacje dotyczą historiografii ukraińskiej i ideologii ukraińskich w XX w., interpretacji dziejów Europy Wschodniej stworzonych przez historyków państw tego regionu oraz teorii narodu i nacjonalizmu.