Nieznośna lekkość tworzenia mitów

Drukuj

Środowisko polityczne Prawa i Sprawiedliwości charakteryzuje się niewątpliwym talentem do tworzenia haseł, które w obiegu medialnym nabierają wyjątkowej żywotności. Hasła te nieraz celnie punktują niedostatki w funkcjonowaniu państwa, ale jeszcze częściej nie opisują rzeczywistości, lecz próbują ją zaklinać, tudzież tworzą jej fałszywy obraz – nieraz zyskujący szerokie grono wyznawców.

W sensie sprawności marketingowej jest to godna uznania umiejętność zmuszania politycznych konkurentów do reagowania na narzuconą narrację i wytrącania im inicjatywy do tworzenia własnej. Do przykładów najbardziej znanych przejawów tego fenomenu należą: słynny „dziadek z Wermachtu”, „Polska solidarna kontra Polska liberalna”, „resortowe dzieci kontra genetyczni patrioci”, „zamach smoleński”, a ostatnio „dobra zmiana”. Przepis na tworzenie tego typu sloganów wydaje się prosty niczym zasady wolnej amerykanki, a jednak nieosiągalny dla innych partii. Zdarzają się, co prawda, również nieliczne błędy w sztuce – hasła, których absurdalność okazała się zbyt rażąca, aby zyskać szersze grono zwolenników. Tu najlepszym przykładem są wyśmiewane slogany, takie jak „Polska w ruinie”, czy „Polska z dykty”. Mniej popularnym mitem propagowanym przez PiS, choć nadal rezonującym wśród komentatorów spraw międzynarodowych, był slogan o silnym przywiązaniu tej partii do tzw. doktryny Giedroycia. Na koncepcje paryskiej „Kultury” w swoich wypowiedziach powoływali się m.in. Lech Kaczyński, Kazimierz Michał Ujazdowski, Ryszard Czarnecki i Paweł Kowal (ten ostatni polityk jest obecnie już poza PiS).

O co chodzi z tym Giedroyciem?

Przypomnijmy, iż zmarły w 2000 r. Jerzy Giedroyc był twórcą i redaktorem naczelnym „Kultury” – najważniejszego pisma politycznego polskiej emigracji po II wojnie światowej. Na łamach tego wydawnictwa, głównie piórem Juliusza Mieroszewskiego, stworzono tzw. program wschodni, zwany skrótowo „ULB” (Ukraina, Litwa, Białoruś). Po 1989 r. doktryna ta, w nieco uproszczonej wersji, stała się podstawą polskiej polityki zagranicznej. Treść idei „ULB” można streścić w trzech punktach:

  • wspieranie niepodległości i niezależności naszych wschodnich sąsiadów – w tym akceptacja terytorialnego status-quo i wyrzeczenie się planów polskiej dominacji na tym obszarze
  • przeciwdziałanie imperializmowi zarówno sowieckiemu, jak i rosyjskiemu – przy jednoczesnym zaniechaniu rywalizacji na linii Warszawa – Moskwa, a także wspieranie ruchów wolnościowych i demokratycznych w Rosji
  • unormowanie i zbudowanie przyjaznych stosunków z Niemcami oraz integracja Polski z gospodarczymi i militarnymi strukturami świata zachodniego (wg twórców „Kultury” siła naszej sprawczości na Wschodzie była zależna od naszej pozycji na Zachodzie i odwrotnie)

Często w publicystyce dotyczącej spraw międzynarodowych zapomina się o tym trzecim punkcie – który czyni system kompletnym. Nie można bowiem mówić o polskiej polityce wschodniej w oderwaniu od polskiej polityki zachodniej – czy też europejskiej.

W czasie ostatniej kampanii wyborczej – parlamentarnej i prezydenckiej – jednym z postulatów PiS w odniesieniu do polityki zagranicznej był powrót do koncepcji Giedroycia-Mieroszewskiego – rzekomo porzuconych przez rząd koalicji PO-PSL. Przyglądając się jednak bliżej dotychczasowej praktyce politycznej, jak i retoryce ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego, można wymienić co najmniej sześć podstawowych błędów w rozumieniu idei paryskiej „Kultury”:

Błąd nr 1: postulat stałych sojuszy w polityce europejskiej

Politycy PiS opowiadają się za tzw. koncepcją jagiellońską – w myśl której polska polityka zagraniczna powinna być prowadzona w ramach bloku państw Europy Środkowo-Wschodniej, stanowiącego przeciwwagę wobec tzw. głównego unijnego nurtu reprezentowanego przez Niemcy i Francję. Koncepcja ta ma trzy podstawowe słabości:

  • Potencjał, zarówno gospodarczy, jak i militarny państw Międzymorza jest zupełnie nieporównywalny do potencjału „europejskiego centrum”. Politycy PiS są do pewnego stopnia tego świadomi, stąd pomysł wzmocnienia tego jagiellońskiego bloku ścisłym sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi. Problem w tym, że w obecnych uwarunkowaniach Waszyngton nie jest zainteresowany tworzeniem bytów osłabiających pozycję Niemiec, które pod wodzą Anegli Merkel stały się ponownie bliskim sojusznikiem USA. Ponadto, nawet gdyby Amerykanie – w wyniku np. zmiany władzy w Berlinie – szukali alternatywy dla dotychczasowych bliskich relacji z RFN, to sojusz militarny i polityczny z Waszyngtonem nie zastąpi więzów gospodarczych, które Polskę łączą z największymi państwami unijnymi.
  • Kraje Europy Środkowo-Wschodniej niekoniecznie są zainteresowane sojuszem pod polskim przywództwem. Z różnych względów – w dużej mierze ekonomicznych –orientują swoją politykę na bardziej wpływowych partnerów niż Warszawa – m.in. na Berlin. Część z tych państw zupełnie inaczej postrzega też kwestie bezpieczeństwa – nie podzielając polskich obaw przed Moskwą i naszego wsparcia dla Kijowa. Ponadto, współcześni piewcy doktryny jagiellońskiej nie dostrzegają jeszcze jednego czynnika, który już ponad 40 lat temu zauważył Juliusz Mieroszewski – to co dla Polaków było doświadczeniem braterstwa narodów wschodnioeuropejskich, dla naszych partnerów często bywało przejawem polskiego imperializmu i dominacji.
  • Polityka wewnątrz-unijna nie funkcjonuje w oparciu o stałe sojusze, lecz o koalicje zawiązywane wokół konkretnego problemu w grupie państw, dla których dane zagadnienie jest przedmiotem zainteresowania. Alianse te zmieniają się wraz ze zmianą tematu na unijnej agendzie. Budowanie stałej koalicji państw wobec tak silnego zróżnicowania interesów, jakie występuje w obrębie UE jest nie tylko niepraktyczne ale stanowi również zaprzeczenie koncepcji „Kultury”, której twórcy niejednokrotnie dawali wyraz elastyczności i sprzeciwu wobec myślenia dogmatycznego.

Błąd nr 2: pojmowanie polityki wschodniej w kategoriach zero-jedynkowych.

Dla polityków PiS dobre relacje z Federacją Rosyjską zdają się wykluczać bliskie kontakty z krajami ULB i na odwrót. Zdaniem wielu prawicowych strategów rozbieżność interesów Warszawy i Moskwy jest tak olbrzymia, iż jedyne, co można zrobić, to otoczyć Rosję kordonem bezpieczeństwa i skupić się wyłącznie na relacjach z – wybijającymi się na niezależność – byłymi republikami sowieckimi. Podejście to jest po dwakroć sprzeczne z ideami laffitańskimi:

  • Jest to myślenie życzeniowe: odgrodzimy się od Rosji murem i problem zniknie. Podczas gdy oczywiste jest, że żadna bariera nie zmieni naszego położenia geograficznego i Rosja pozostanie naszym sąsiadem, z którym nasze drogi wciąż będą się krzyżować.
  • Giedroyc i Mieroszewski nigdy nie traktowali Europy Wschodniej jako przedmurza, lecz jako pomost. Twórcy „Kultury” zawsze łączyli wsparcie dla niepodległości naszych wschodnich sąsiadów z postulatem dialogu z Rosją – również ze środowiskami opozycyjnymi. Należy pamiętać, iż Mieroszewski odrzucał – tak dziś powszechny na polskiej prawicy – fatalizm głoszący tezę, iż totalizm i imperializm są w Rosji zjawiskiem wiecznym i nie ma co liczyć na pojawienie się partnerów demokratycznych.

Błąd nr 3: silny czynnik emocjonalny w polityce zagranicznej.

Jak celnie zauważył Piotr Buras, niechęć i podejrzliwość polityków partii Jarosława Kaczyńskiego wobec Niemiec bazuje nie tyle na chłodnej analizie politycznej, co ma silne podłoże emocjonalne. Trudno bowiem znaleźć rozumne argumenty na rzecz odwracania się plecami wobec najsilniejszego państwa w Unii Europejskiego. Jest to przykład szerszego problemu trapiącego kierownictwo PiS – polegającego na skłonności do doszukiwania różnego rodzaju spisków i nieformalnych układów sterujących biegiem wydarzeń zarówno na scenie krajowej, jak i międzynarodowej. Idzie to w parze z niezdolnością do przedstawienia wiarygodnych dowodów na istnienie takowych powiązań. Nie sposób tu nie przypomnieć, iż działalność paryskiej „Kultury” polegała na promowaniu koncepcji politycznych opartych na argumentach racjonalnych, a nie emocjonalnych i sentymentalnych.

Błąd nr 4: przecenianie roli USA w polityce europejskiej.

Nie ulega wątpliwości, że Stany Zjednoczone są największą potęgą militarną na świecie i trudno sobie wyobrazić rozstrzygnięcie bez pomocy Waszyngtonu jakiekolwiek konfliktu militarnego, w który zaangażowane byłyby państwa NATO. Bliski sojusz z Ameryką leży w polskim interesie i jest jednym z fundamentów naszego bezpieczeństwa. Niemniej nawet najlepsze relacje z USA nie zastąpią aktywnej polityki europejskiej. Nasza gospodarka funkcjonuje przede wszystkim w obrębie organizmu unijnego, a nie amerykańskiego.

Sam Juliusz Mieroszewski wielokrotnie przestrzegał przed wiązaniem się z jednym silnym protektorem – niezależnie czy byłby to Związek Sowiecki, czy Stany Zjednoczone. Znów wraca tu temat elastyczności i zdolności do gry na wielu „fortepianach” – zamiast dogmatycznego opierania się na sojuszu państw Międzymorza pod patronatem amerykańskim.

Błąd nr 5: pomniejszanie polskiej soft power

Twórcy paryskiej „Kultury” – częściowo z braku innych narzędzi – przywiązywali olbrzymią wagę do miękkich form oddziaływania politycznego. Przeciwieństwem tego podejścia jest metoda kreowania napięć międzynarodowych, gróźb i szantażu (również moralnego). Zgodnie z myślą Mieroszewskiego, zadaniem polskiej dyplomacji jest finezyjna gra w ramach struktur europejskich i wykorzystywanie ich do realizacji polskich interesów. Jednym z nich jest  utrzymanie otwartych drzwi dla Ukrainy (a w przyszłości również dla Białorusi) do organizacji świata zachodniego, których częścią stała się Rzeczpospolita. Historia polskiego sukcesu w integracji ze strukturami euro-atlantyckimi jest swoistym drogowskazem dla tych krajów.

Obecny demontaż podstaw liberalnej demokracji w Polsce (m.in. paraliż Trybunału Konstytucyjnego, i likwidacja niezależności mediów publicznych) skutkujący falą zaniepokojenia w zachodnich instytucjach politycznych, finansowych i medialnych nie tylko osłabia siłę polskiego głosu wewnątrz UE, ale również szkodzi wizerunkowi naszego kraju w oczach wschodnich sąsiadów. Tracimy siłę przyciągania jako wzorzec godnej naśladowania transformacji ustrojowej.

Błąd nr 6: niszczenie jedności europejskiej

Jednym ze sposobów odzyskiwania imperialnej pozycji Rosji na arenie międzynarodowej są  działania wymierzone w jedność krajów członkowskich Unii i NATO, a w ślad za tym osłabienie skuteczności tych organizacji. Procesom tym sprzyjają wszelkiego rodzaju kryzysy trapiące wspólnotę transatlantycką. Dziś PiS wykreował kolejny kryzys, tym razem z Polską w roli głównej, która z cudownego dziecka liberalnych reform staje się enfant terrible europejskiej rodziny. Trudno nie zauważyć, iż napięcia między Polską a jej zachodnimi partnerami są na rękę moskiewskim decydentom, którzy ostatnie wydarzenia traktują  jako potwierdzenie swojej narracji o „nie całkiem poważnym kraju nad Wisłą”. Zastanawiające jest również to, iż politycy PiS, broniąc się przed krytyką Zachodu, basują kremlowskiej propagandzie, mówiąc o rzekomych liberalnych dziwactwach i moralnym upadku zachodniej części kontynentu. Trudno to uznać za wypełnienie testamentu Jerzego Giedroycia.

***

W czasie niedawnego spotkania w Brukseli przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk zwrócił się do prezydenta Andrzeja Dudy mówiąc, że „naprawdę zawsze jest czas, żeby przejść na jasną stronę mocy”. Tym półżartem były premier przypomniał głowie państwa polskiego o obowiązku wierności konstytucji. Wydaje się, że słowa przewodniczącego Tuska mogłyby mieć również zastosowanie jako wezwanie do refleksji nad polityką zagraniczną polskiego rządu, w tym również ponownego namysłu nad spuścizną Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego.

Czytaj również
O autorze
*
MarcinFrenkel
Absolwent WSMiP Uniwersytetu Łódzkiego, przygotowuje doktorat o roli paryskiej „Kultury” w kształtowaniu polskiej polityki wschodniej.