Nowe państwo Katalonia?

Drukuj

Reportaż sfinansowany ze środków Fundacji Towarzystwa Dziennikarskiego „Fundusz Mediów”. Tekst ukazał się w XXIV numerze „LIBERTÉ!” „Czy praca ma przyszłość?” – w sprzedaży od 7 listopada. 

Już od 5 lat w Katalonii żyje się Diadą. Organizacje niepodległościowe przygotowują się do tego wydarzenia przez wiele miesięcy, robiąc wszystko, aby każdego roku ich działania znacząco przybliżały region do osiągnięcia upragnionej niepodległości. Otwarcie secesjonistyczny charakter tego wydarzenia powoduje, że środowiska przeciwne procesowi odłączenia nie czują się mile widziane na obchodach ich wspólnej ojczyzny. Ponadto unioniści, a także reszta Hiszpanii z roku na rok przyglądają się wrześniowym obchodom z coraz większym zaniepokojeniem, próbując oszacować, na ile plany nacjonalistów mogą się doczekać realizacji.

 

Rok 2016 jest dla Hiszpanii szczególnie trudny. Grudniowe wybory do parlamentu hiszpańskiego musiano powtórzyć w czerwcu, ponieważ partie, które weszły do Kortezów, nie były w stanie stworzyć koalicji rządzącej. Po kolejnych wyborach sytuacja nie uległa diametralnej zmianie. Liderzy czterech głównych ugrupowań, które wygrały wybory (Partia Ludowa, Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza, Podemos i Ciudadanos), do tej pory nie doszły do porozumienia w sprawie utworzenia rządu. Wielu komentatorów tłumaczy to brakiem tradycji koalicyjnych w polityce hiszpańskiej, która od transformacji demokratycznej w latach 70. wypracowała system rządów dwupartyjnych. Niemniej zbliżające się w drugiej połowie września wybory regionalne w dwóch kluczowych regionach – Galicji oraz Kraju Basków – pokazują, jak ważne dla osiągnięcia większości w Kortezach od zawsze było pozyskanie poparcia tzw. nacjonalistów peryferyjnych. Dlatego rozmowy koalicyjne w Madrycie zawieszono, a wszyscy liderzy pośpieszyli walczyć o głosy mieszkańców Galicji i Basków.

Katalonia jest regionem, na którego czele od czasów transformacji stoją nacjonaliści. Przez wiele lat rządziło się im wygodnie. Popierając w madryckich Kortezach poszukujących większości do rządzenia socjalistów czy ludowców, w zamian mieli zagwarantowaną wolną rękę dla swoich działań w regionie. Scena polityczna w Katalonii zaczęła doświadczać znacznych przeobrażeń w roku 2012, kiedy na horyzoncie pojawiły się nowe ugrupowania polityczne, których motorem wzrostu stał się Ruch Oburzonych. Proces ten objął zresztą całą Hiszpanię, zagrażając pozycji partii tradycyjnych oraz wypracowanego do tej pory modelu rządzenia.

Obecnie Katalonia – podobnie jak Madryt – przeżywa swój regionalny kryzys polityczny. Choć nacjonaliści po raz pierwszy w historii uzyskali większość w lokalnym parlamencie, nie przyśpieszyło to w wyraźny sposób realizacji ich procesu secesjonistycznego. Wszystkiemu winne są ogromne rozbieżności ideologiczne ugrupowań wchodzących w skład koalicji rządzącej. Do porozumienia muszą tu dojść politycy hołdujący wszelkim możliwym ideologiom: od liberałów, po antykapitalistów. Stąd o przesilenia polityczne nietrudno, a katalońscy wyborcy czują się coraz bardziej zmęczeni atmosferą braku kompromisu i stagnacją.

Tegoroczna Diada jak zawsze miała zmierzyć nastroje społeczne związane z kwestią niepodległości. Zgodnie z prognozami wypadła blado w porównaniu z eksplozją poparcia w latach poprzednich. Niemniej nacjonaliści nie wydają się takim wynikiem zrażeni i obiecują, że kolejna Diada odbędzie się już w Katalonii niepodległej.

Biorąc pod uwagę te czynniki, w czerwcu bieżącego roku udałam się do Katalonii, aby zbadać nastroje społeczne wobec kwestii niepodległości. Moja wizyta przypadła na moment bardzo newralgiczny. Chwilę wcześniej dokonał się Brexit, a Hiszpanie ponownie poszli do urn wyborczych. W mojej podróży po Katalonii towarzyszył mi zamysł niestawiania żadnych tez z góry i, o ile to możliwe, zachowania neutralnego podejścia, tak aby ostateczna ocena przedstawianego sporu należała do czytelnika.

Vic i Lleida – regiony, które chcą być niepodległe

Moim przewodnikiem po Vic jest Arnau. Zbliża się koniec czerwca, do Diady jeszcze dużo czasu, ale mój rozmówca już od trzech miesięcy ma ręce pełne roboty. Szczupły, na oko trzydziestokilkuletni, ubierający się alternatywnie jak wielu młodych Katalończyków. Jest członkiem Narodowego Zgromadzenia Katalońskiego (Asamblea Nacional Catalana – ANC) organizacji obywatelskiej, która według szacunków zrzesza około 80 tys. sympatyków niepodległości Katalonii. On sam stoi na czele lokalnej komórki tej organizacji, którą wraz z innymi aktywistami założył pięć lat temu w około stuczterdziestotysięcznym hiszpańskim odpowiedniku polskiego okręgu w gminie Vic. Samo miasto Vic od zawsze cieszyło się sławą bastionu katalanizmu, a od niedawna stało się otwarcie niepodległościowe. Zgodnie z danymi przytoczonymi przez Arnau mniej więcej 70 proc. głosów oddanych w zeszłorocznych wrześniowych wyborach autonomicznych w jego okręgu padło na partie nacjonalistyczne, których głównym punktem programu stało się uzyskanie przez Katalonię niepodległości.

W Lleidzie wita mnie Carles wraz z kolegą. Obaj na oko są rówieśnikami Arnau. Carles jest nauczycielem w lokalnej szkole publicznej, pochodzi z rodziny, w której zawsze mówiło się po katalońsku. Twierdzi, że większość ludzi, z którymi ma styczność na co dzień (rodzina, przyjaciele), jest za niepodległością. Przyznaje jednakże, że w sondażach kwestia jest bardziej wyrównana. W jego opinii nie prowadzi to do podziałów, o jakich mówią politycy. Carles tłumaczy, że szczególnie wśród klasy niższej, wywodzącej się z fali emigracji, która przybyła tu z południa, istnieje strach, że w niepodległej Katalonii staną się obywatelami drugiej kategorii. Jednak podkreśla, że ta tendencja powoli ulega zmianie, a coraz więcej dzieci emigrantów zaczyna popierać dążenia niepodległościowe. Przykład stanowi jego kolega, który siedzi z nami przy stole. Jest antropologiem, mieszka i pracuje w Lleidzie, do której jego rodzina przybyła z Andaluzji. Obaj przyznają, że sympatyzują z ideą niepodległościową.

Katalończyk – kto to?

Pytany o tożsamość Arnau podkreśla, że Vic od dawna nie jest obszarem zamieszkałym tylko przez autochtonów. Duża fala emigrantów przybyła tu za pracą w latach 60. i 70. z borykającego się z biedą południa. Osiedli tu przede wszystkim przybysze z Andaluzji i Estremadury. W ostatnich latach kolejną falę emigracji stanowili Marokańczycy. W konsekwencji ludność napływowa w Vic to aż 20 proc. mieszkańców. „To dużo – zauważa Arnau – ale dzięki temu profil niepodległościowca stał się znacznie bardziej zróżnicowany. Jeszcze dziesięć, piętnaście lat temu «nacjonalista» mówił perfekcyjnie po katalońsku, jeździł trzy razy do roku do Montserrat (kataloński odpowiednik Częstochowy) i nosił barretinę, czyli tradycyjną czerwoną czapkę” – śmieje się Arnau. A już poważnie dodaje, że w przeszłości ruch niepodległościowy odwoływał się do emocji, kultury, języka, był trochę sekciarski. „Jeśli nie byłeś Katalończykiem w stu procentach, to twoją «czystość rasową» kwestionowano. Obserwujemy teraz wielki sukces nacjonalizmu – rozchmurza się. – Ideologicznie niepodległość przyciągnęła przeróżne ugrupowania polityczne: od liberałów, po antysystemowców. Etnicznie cieszymy się poparciem nie tylko Katalończyków z dziada pradziada, lecz także emigrantów, którzy przybyli tu za chlebem i zaczynają rozumieć, że niepodległość oznacza lepszą przyszłość dla ich dzieci i wnuków”.

Na pytanie o tożsamość moi rozmówcy z Lleidy tłumaczą, że tradycyjnie najbardziej katalońska jest wieś, bo napływ emigracji był tam mniejszy. Na wsi mieszkają ci, którzy pozostali, zachowali własność, tradycję, język. Stanowią 20–30 proc. wszystkich mieszkańców w regionie. „Nie można jednak zapominać, że Katalonia bez emigracji byłaby o połowę mniej liczna, dlatego trudno znaleźć kogoś, kto nie miałby rodziny w innych częściach Hiszpanii – dorzuca kolega Carlesa. – Bez nowego pokolenia, które przyjmuje idee niepodległościowe, cały proces byłby dużo trudniejszy. To raczej miastowi są motorem” – tłumaczą. – Te zmiany powodują, że wcześniej niepodległość była powiązana z językiem, teraz tak już nie jest – zauważa Carles i dodaje: – Odsetek osób mówiąc w domu po katalońsku spada”.

Pewien znany politolog z Barcelony podczas spotkania ze mną kreśli podobny obraz mapy niepodległościowej regionu. Chcę poznać jego opinię, choć od początku podkreśla, że nie będę mogła podać jego imienia i nazwiska. Tłumaczy, że jako pracownik instytucji publicznej za wiele może stracić. Niejako potwierdza, że rolnicze Girona i Lleida są tradycyjnie niepodległościowe, około 60–70 proc. mieszkańców tych regionów niezmiennie głosuje na partie nacjonalistyczne. „Inaczej jest w Barcelonie czy Tarragonie – dodaje – ale i to się zmienia, a idea niepodległościowa i tu zdobywa coraz więcej zwolenników. Dzieci emigrantów zachowują się bardzo różnie, są po obu stronach” – zauważa, choć przyznaje, że nacjonaliści zawsze starali się zjednać mieszkańców dla swej idei. Gorzej z emigrantami z Ameryki Łacińskiej, tym nie chciało się uczyć katalońskiego, bo kastylijski przywozili niejako z domu. Trudniej im było także sprzedać ten nacjonalistyczny dyskurs.

Pytany o spięcia na tle tożsamościowym przyznaje, że do tarć dochodzi, ale jak na razie sporadycznie. Według niego wszystko wskazuje na to, że może dojść do napięć na tle tożsamościowym, ale Katalonia jeszcze nie weszła w tę fazę. „Partia Ludowa używała katalanofobii, aby zwyciężać w innych częściach Hiszpanii, to tylko buduje podziały” – przyznaje i dopowiada, że cała ta sprawa ma podłoże emocjonalne, a argumentom brak racjonalności. Problem w tym – tłumaczy – że tożsamość hiszpańska nie ma jak się bronić, bo jej symbole zostały zawłaszczone przez frankizm i nigdy nie wyzwoliły się od pejoratywnych skojarzeń. Przy okazji nacjonaliści katalońscy w tym nie pomagają, kwalifikując każdą manifestację afiliacji prohiszpańskiej jako faszystowską”.

W Barcelonie spotykam się także z wiceprzewodniczącym Katalońskiego Stowarzyszenia Obywatelskiego (Societat Civil Catalana – SCC) – Joaquimem Collem. SCC jest organizacją o podobnym charakterze do ANC, ale ma przeciwstawne cele, tj. działa na rzecz wzmacniania dobrych relacji między Katalonią a Hiszpanią. Podczas naszej rozmowy Coll zwraca uwagę na problem tzw. białego dyktatu – koncepcji ukutej przez ikonę ruchu katalońskiego na emigracji w latach dyktatury frankistowskiej – Josepa Tarradellasa. Przybycie Tarradellasa do Katalonii i jego słynne słowa ja sóc aquí („już tu jestem”) dla wielu oznaczały symboliczny koniec frankizmu w Katalonii. Niemniej już wkrótce Tarradellas przekonał się, że na powstającej regionalnej scenie politycznej dla niego miejsca nie przewidziano, a główny lider – Jordi Pujol – zaczyna budować podwaliny sytemu, które stary opozycjonista określił mianem „białej dyktatury”. To właśnie do tej koncepcji odnosi się w rozmowie ze mną Coll, mówiąc o hegemonii mniejszości nad większością. „W takiej atmosferze osoby nieutożsamiające się z wizją separatystów czują się dyskryminowane – tłumaczy. – Na prowincji, gdzie kontrola społeczna jest dużo większa, a opcje niepodległościowe – silniejsze, przyjmuje to jeszcze bardziej odczuwalne formy – zapewnia. – Ludzie boją się mówić, co myślą, boją się zapisywać na listy wyborcze unionistów”. Coll nazywa to przemocą symboliczną i do niej zalicza chociażby wywieszanie w przestrzeni publicznej esteladas, czyli nieoficjalnych flag, które otwarcie odnoszą się do dążeń separatystycznych strony nacjonalistycznej. W jego ocenie obecnie władzę w regionalnym parlamencie sprawuje „mniejszość większościowa”, która stworzyła hegemonię kulturalną, dyskursywną i własną kosmowizję w taki sposób, aby inne opcje miały problem z przebiciem się. Kontroluje instytucje, choć nie ma poparcia większości społeczeństwa.

Kataloński dyskryminowany czy dyskryminujący?

Carles skarży się, że choć lekcje w szkole odbywają się w języku katalońskim i kadra nauczycielska także się w nim porozumiewa, to dzieci, wychodząc na przerwę, automatycznie zaczynają mówić po kastylijsku. To go martwi. Przyznaje, że „chociaż akceptuje się użycie dwóch języków, to kataloński nie przestaje być źródłem tożsamości”. Jednocześnie smucą go zarzuty Hiszpanii, że w katalońskich szkołach dzieci ulegają ideologii. Z jego doświadczenia wynika, że nie jest to prawdą, a oskarżenie uważa za niesprawiedliwe. „To, że mówimy po katalońsku, nie jest przecież kwestią polityczną” – wyjaśnia.

Jego kolega dopowiada, że obecnie w Katalonii coraz więcej osób mówi po katalońsku, ale konsolidacja języka w życiu codziennym nie jest tak trwała. „To ważne pytanie, czy polityka powinna interweniować, aby stworzyć trwalsze struktury do dyfuzji, rozwoju i konsolidacji języka, czy też nie. Madrytu nigdy nie interesował temat wielonarodowości i widać to coraz bardziej. Konwergencja i Unia (Convergència i Unió – CiU), partia utrzymująca władzę nieprzerwanie od 30 lat, zawsze realizowała politykę prokatalońską w szkołach, mediach itd. Choć w Barcelonie czy Tarragonie częściej słyszy się na ulicy kastylijski, to i tak mówi się, że z perspektywy całego regionu kataloński nigdy nie miał się lepiej. Mimo to nie możemy zapominać, że w Perpignan, na południu Francji, wystarczyły tylko dwa pokolenia, aby zniknął z życia codziennego” – dodaje.

Gdy o obecną sytuację w szkołach katalońskich pytam Joaquima Colla z SCC, ten stwierdza, że jest to jeden z przykładów utraty demokracji w regionie. Podkreśla, że zgodnie z ustawą 25 proc. nauczania powinno się odbywać po kastylijsku. Dzieje się inaczej, praktycznie cały program jest realizowany w języku katalońskim. W konsekwencji dzieci kastylijski rozumieją, ale już z pisaniem i mówieniem mają problemy. Rodzice, którzy się na to nie zgadzają, są zakrzykiwani przez rodziców organizowanych przez ANC i bardzo często decydują się na skierowanie podopiecznych do placówki prywatnej. Tym samym Coll podkreśla, że ten problem dotyczy tylko szkół publicznych, w prywatnych instytucjach, do których własne dzieci posyłają elity katalońskie, kastylijski jest dużo bardziej wyeksponowany. Mój rozmówca zapewnia mnie, że dzieci większości polityków nacjonalistycznych także wysyłane są do placówek niepublicznych. „Przez ten artefakt ideologiczny, zamiast tworzyć społeczeństwo dwu- lub trzyjęzyczne, wychowujemy pokolenie mówiące tylko jednym językiem mniejszościowym” – zaznacza. Coll nazywa ten proces tworzeniem „więzień tożsamościowych” (carceles identitarios). W dokumencie „Disidentes: el precio de la discrepancia en la Cataluña nacionalista” („Dysydenci: cena różnic w nacjonalistycznej Katalonii”), który obejrzałam przed podróżą do Katalonii, występuje szereg działaczy, dziennikarzy i profesorów. Wszystkie przedstawione postaci nie zgadzają się z kierunkiem, w jakim dąży Katalonia, i przez reżysera Frana Jurada nazywane są dysydentami. Obok osób medialnie aktywnych w filmie udział wzięli także: rodzic dziecka, który sprzeciwił się jego edukacji wyłącznie w języku katalońskim, nauczycielka, która nie zgodziła się na wyeliminowanie ze szkoły języka kastylijskiego, oraz dyrektorka podstawówki, która jako jedyna w całej Katalonii nie wyraziła zgody na wystawienie w jej placówce nielegalnych urn podczas konsultacji zorganizowanej przez ówczesnego premiera Artura Masa 9 listopada 2014 roku.

Wiele dygresji historycznych czyni w tym dokumencie Pepe Domingo – szef Impulsu Obywatelskiego (Impulso Ciudadano). Jego zdaniem proces implementacji katalońskiej kultury i języka w sferze publicznej, przy jednoczesnym dyskryminowaniu języka kastylijskiego, zaczął się bardzo wcześnie. Kierunek dla tych działań wyznaczył sam Pujol, mówiąc: „Jesteśmy narodem, bo mamy własną kulturę. Mamy własną kulturę, bo mamy własny język”. Domingo wskazuje na rok 1981 jako czas wybuchu protestów przeciwko nacjonalistycznej polityce rządu regionalnego. Opublikowano w tym czasie dokument broniący równych praw językowych w Katalonii, szerzej znany pod nazwą „Manifestu 2300”, który podpisało blisko 3 tys. intelektualistów. Manifest był bezpośrednią reakcją na usunięcie kastylijskiego ze szkół. Jak wyjaśnia Domingo, aparat budowany w tym czasie przez nacjonalistów zareagował z dużą brutalnością. Sygnatariuszy dokumentu poddano krytyce w mediach, a jednego z nich nieznani sprawcy porwali i postrzelili w kolano. W konsekwencji tysiące nauczycieli zdecydowało się na wyjazd. „Odpowiedź środowisk nacjonalistycznych okazała się miażdżąca” – podsumowuje swoją wypowiedź Domingo.

Do kogo należy narracja? 

W dokumencie występują także dziennikarze, którzy kilka lat temu zdecydowali się z podniesioną przyłbicą aktywnie sprzeciwiać idei niepodległości, choć zgodnie przyznają, że nie jest to zadanie łatwe. Pablo Planas, za którym stoi ogromny dorobek zawodowy, zaczyna mocno: „System medialny jest wielkim oszustwem. Oszustwem, które umacnia się na bujdzie, od momentu kiedy Pujol stwierdził, że od teraz o etyce będzie mówić tylko on, kiedy w tym samym czasie kwitła afera z Bankiem Katalonii”.

Do afery korupcyjnej, w której główną rolę odegrali wieloletni premier Katalonii i jego rodzina, Planas powraca raz jeszcze w bezpośredniej rozmowie ze mną. Dziennikarz bez ogródek wyjaśnia, że „podczas 30 lat rządów Jordi Pujol kradł, ile wlezie. Istniała niepisana zasada, zgodnie z którą firma ubiegająca się o kontrakt publiczny musiała zapłacić «rodzinie» 3 proc. prowizji, a zdobyte w ten sposób pieniądze klan ukrywał w rajach podatkowych” – wyjaśnia.

Mój rozmówca za największy sukces pujolizmu uważa stworzenie żelaznego systemu medialnego, który wyniósł ideologię nacjonalistów do poziomu państwowego. Stało się tak dzięki subwencjom, które rząd przyznawał wyłącznie mediom ideologicznie zgodnym z linią partii rządzącej. W konsekwencji dziennikarze zaczęli zachowywać się jak propagandziści, a katalońskie środki masowego przekazu zyskały charakter mediów reżimowych pokroju rosyjskiej „Prawdy” czy kubańskiej „Grandmy”. „To tłumaczy, dlaczego nacjonalizm w różnych wersjach był w stanie bez problemu rządzić przez ostanie trzy dekady mimo skandalicznych przypadków korupcji. Wszystko było zamiatane pod dywan przez media wierne nacjonalistom. Planas się skarży, że obecnie prasa nienacjonalistyczna nie ma szans. „Albo akceptujesz dyskurs, albo nie dostaniesz żadnych ogłoszeń rządowych ani patronatów. Jeśli mimo to zdołasz się utrzymać, bo masz wiernych czytelników i upierasz się przy niezależności, to wtedy przyczepią ci etykietkę unionisty i antykatalońskiego ekstremalnego prawicowca”.

Zdaniem mojego rozmówcy innym czynnikiem, który tłumaczy sukces postulatów nacjonalistycznych w regionie, jest fakt, że zarówno Partia Ludowa, jak i Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza, dwie główne partie w Hiszpanii, były zależne podczas wielu legislatur od wsparcia baskijskich i katalońskich sił nacjonalistycznych, aby móc osiągnąć większość w hiszpańskich Kortezach, i pozwoliły, aby w tych regionach szerzyła się polityka lingwistyczna, kulturalna i ekonomiczna na usługi secesji. „Szkolnictwo, środki masowego przekazu i przedsiębiorstwa zostały przejęte przez nacjonalistów za pieniądze hiszpańskiego podatnika, podczas gdy prawica i lewica udawały, że tego nie widzą, dlatego można ich uznać za współwinnych i współodpowiedzialnych za obecną sytuację!” – podkreśla z emfazą.

Andrea Mármol to młoda, energiczna dziennikarka należąca do nielicznej grupy tych, którzy blisko 4 lata temu zaczęli własną, niezależną działalność, wyłamując się tym samym z dominującego dyskursu. W dokumencie Frana Jurada Mármol zwróciła uwagę na fakt, że nie tylko media katalońskie, lecz także prasa krajowa prezentuje Hiszpanię i Katalonię jako dwie odległe od siebie tożsamości. „Odpowiedzialnością dziennikarza jest przeanalizowanie treści, którą chce przekazać obywatelom. W praktyce tak się nie dzieje, media bezpośrednio podają wiadomość w kontekście specjalnie do tego stworzonym przez nacjonalistów – ubolewa. – To się przyczynia do umacniania w świadomości obywateli, również tych mieszkających poza granicami naszego regionu, poczucia, że Katalonia jest czymś dalekim. Hiszpanie z innych części kraju zaczynają mówić o tym, jaka będzie niepodległa Katalonia, a to wszystko jest fikcją” – podkreśla.

Andrea przywołuje także problem karykatur i komiksów pojawiających się w prasie katalońskiej. Często pokazują one Hiszpanów przebranych za faszystów. W licznych historyjkach Hiszpan to zawsze głupek, któremu przeciwstawiany jest mądry Katalończyk. Zdaniem Andrei to kolejna próba budowania świadomości. „To jest śmieszne, więc trzeba się śmiać”. Moja rozmówczyni przyznaje, że jej osobiście nie jest do śmiechu.

Andrea mówi mi, że całe to niepodległościowe „przyśpieszenie” zmobilizowało ją do działania. Przyznaje, że takich jak ona nie jest wielu, ale próbują „odkręcić” dyskurs niepodległościowców. Od kilku lat ona i inni niezależni dziennikarze chodzą na debaty i spotkania publicystyczne, starając się odpierać retorykę separatystów, ukazywać własne argumenty za pozostaniem przy Hiszpanii. Andrea przyznaje, że nie jest łatwo. „Nie dosyć, że przychodzę rozmontować ich narrację, to do tego jestem młodą dziewczyną. Czasami jest bardzo ciężko, ale nie ma innego wyjścia, trzeba to robić, a do hejtu i pogróżek jakoś się przyzwyczaić” – zwierza się podczas naszej rozmowy.

Nacho Martín Blanco to kolejny przykład politologa i dziennikarza po trzydziestce, który angażuje się w dyskurs antyniepodległościowy. Tak jak Andrea jest aktywnym publicystą i udziela się w programach oraz debatach. „Czytając gazety, masz wrażenie, że rzeczywistość jest taka, jak malują ją nacjonaliści. Ale na ulicy widzisz, że ludzie są dużo bardziej normalni niż politycy katalońscy czy oficjalna polityka Katalonii”.

Podczas naszej rozmowy przyznaje, że po którejś z debat w mediach publicznych jeden z jego kolegów o zapatrywaniach niepodległościowych podszedł do niego i powiedział, że Nacho mógłby bardziej się zgadzać z resztą, bo tak się stawiając, psuje klimat, a przecież chodzi o to, żeby atmosfera programu była przyjemna.

Sprawa hejtu to temat, do którego podczas moich rozmów wracają zarówno Andrea, jak i Nacho. Według ekspertki od komunikacji Montse Garcíi ruch niepodległościowy wydaje dużo pieniędzy i angażuje sporo ludzi do powielania informacji zgodnych z ich linią ideologiczną. Kiedy jakiś lider separatystyczny wypuszcza tweeta, jest on wielokrotnie podawany dalej przez tzw. partyjne doły i aktywistów, natomiast kiedy ktoś ośmieli się złamać obowiązujące tabu, pada ofiarą hejtu i pogróżek, tak aby następnym razem zastanowił się dwa razy, czy chce się publicznie dzielić swoimi opiniami.

Argumenty za wyjściem – kasa czy coś jeszcze?

Zdaniem Arnau zwolenników niepodległości przybywa. Dzieje się tak, bo – jak uważa – od jakiegoś czasu kluczowe stały się argumenty ekonomiczne. „Ludzie zdali sobie sprawę, że będzie nam lepiej zarządzać naszymi podatkami na miejscu. Katalończycy widzą, że niepodległość przyniesie większy dobrobyt i stabilność gospodarczą w regionie – zapewnia. – W tym Hiszpania zawsze nam pomagała – śmieje się Arnau. – Inwestowanie w szybką kolej do miejsc mało uczęszczanych, które są deficytowe, budowanie lotnisk, których się nie oddaje, utrzymywanie opłat na autostradach, gdy w innych częściach Hiszpanii są przeważnie darmowe” – wylicza.

Carles także wymienia kryzys ekonomiczny jako główny powód wzrostu poparcia dla idei niepodległościowej, ale już na drugim miejscu stawia poczucie krzywdy, które spowodowane zostało dyskryminującymi relacjami z rządami Aznara, Rajoya, a wcześniej Zapatero, który obiecał Katalonii statut, ale słowa nie dotrzymał.

Pablo Planas podkreśla, że nacjonaliści katalońscy są ekspertami w propagandzie totalitarnej. Przyznaje, że media wybrały Pujola na najwyższego przedstawiciela katalanizmu, a system medialny kupował dyskurs Pujola o narodzie i agresji na Katalonię, jakiej dopuszczała się Hiszpania. „Choćby osiągnęli złe wyniki wyborcze, a okoliczności im nie sprzyjały, ich propaganda zawsze przekuje to na wygraną. Hasło «Hiszpania kradnie» można porównać z «Rzym – złodziej» Ligii Północnej lub sloganów używanych przez Borisa Johnsona czy Nigela Farage’a, w celu uzasadnienia Brexitu – podkreśla. – Prawica katalońska, CDC i lewica, od umiarkowanej (ERC), po radykalną (En Comú Podem i CUP), podzielają tezę, że Katalonii byłoby lepiej poza Hiszpanią. To jest «święte» tabu, którego nie można podawać w wątpliwość, ale w rzeczywistości kataloński rząd jest finansowo uzależniony od transferów ekonomicznych Madrytu, który tak zdecydowanie zwalcza. Z pieniędzy hisz- pańskich Generalitat opłaca pensje urzędników, koszty służby zdrowia, propagandy separatystycznej, służby dyplomatyczne zagranicą, własny urząd podatkowy, środki przekazu i propagandy, a nawet służby policyjne i szpiegowskie. W zamian osiągnęli to, że społeczeństwo – bardziej uprzemysłowione niż w innych regionach Hiszpanii – odczuło efekty światowego kryzysu ekonomicznego z taką samą intensywnością. To jest powód wzrostu poparcia dla opcji populistycznych z radykalnej lewicy (En Comú Podem i CUP), które domagają się komunizmu jako systemu politycznego i marksizmu jako doktryny ekonomicznej. W wypadku prawicy nacjonalistycznej odnośnikiem dla nich jest ekstremalna prawica austriacka, holenderska, francuska i angielska”.

Arnau w celach zawodowych często jeździ do Francji, a tam denerwuje się, że ludzie wytykają Katalończykom, że nie są solidarni, że chodzi im tylko o kasę. „Tak wcale nie jest! – zapala się. – To też kwestia godności i honoru! Wszystko to wina Hiszpanii. Gdyby w latach 90. wypracowała z nami relacje bazujące na szacunku dla naszego języka, uczuć, kultury, byłoby inaczej” – mówi Arnau i zaczyna wyliczać. Wspomina kwestię kadry narodowej, którą Katalonia chciała wystawić niezależnie od Hiszpanii na igrzyskach olimpijskich, ale rząd w Madrycie się nie zgodził. Mówi, że po wprowadzeniu nowych tablic rejestracyjnych zgodnie z zarządzeniami unijnymi rząd Aznara nie wyraził zgody na wprowadzenie flag regionalnych obok narodowych. Wymienia mnóstwo tematów związanych z infrastrukturą, która jest przestarzała i celowo niemodernizowana. No i oczywiście sprawa statutu z 2006 r. „Kiedy Zapatero obiecał nam, że Madryt podpisze wszystko, na co wyrazimy zgodę w drodze referendum, i nie dotrzymał słowa, to była potwarz! Wtedy wielu Katalończyków zrozumiało, że rozwód jest nieunikniony i lepiej będzie nam osobno” – tłumaczy.

Przystanek „Niepodległość” – czy to już blisko?

Arnau przyznaje, że oczekiwania są wysokie. „Naszą działalność zaczęliśmy we wrześniu 2011 r., w 2016 r. minie już 5 lat bardzo intensywnej pracy. Udało nam się osiągnąć wiele. Myślę, że 5 lat temu trudno byłoby nam uwierzyć, że tak daleko zajdziemy. Ale jesteśmy już mocno zmęczeni. Ciągną to te same osoby, które zaczynały wraz ze mną. Robimy to za darmo, kosztem rodziny, pracy, tracimy dużo pieniędzy. Tym, co nam podcina skrzydła, jest brak jedności między partiami niepodległościowymi. Referendum byłoby nowym celem. Zapewniłoby nam siłę, żeby dać z siebie wszystko – wyjaśnia. – Ludzie, którzy nie angażują się tak jak my, także popierają niepodległość. Problemy między partiami im się pewnie nie podobają, ale jeśli dojdzie do głosowania, to wszyscy na nie pójdą, pod tym względem nie ubywa poparcia – zapewnia. – Zaczęliśmy i trzeba to doprowadzić do końca. Jeśli tym końcem jest referendum, to tak to trzeba będzie zrobić” – podkreśla.

Manifestacje organizowane przez ANC podczas Diady Arnau porównuje ze świętem. W jego ocenie to wielki sukces. „W krótkim czasie udało nam się stworzyć ruch, który jest pokojowy. Maszerujemy z uśmiechem na ustach. Starsi ludzie dołączają na wózkach, żeby nie przegapić tego momentu. Gdyby był to ruch bazujący na przemocy, restrykcyjny, ludzie nie braliby w nim udziału, ale te wrześniowe marsze to nasz wielki sukces i dlatego uważam, ze zwyciężymy”.

Arnau podkreśla, że każdego roku ANC poprzez organizację Diady stara się zrealizować jakiś cel. „W zeszłym roku wkrótce po Diadzie mieliśmy wybory autonomiczne, w 2014 r. szykowaliśmy się do konsultacji w sprawie niepodległości 9 listopada, w roku 2013 agitowaliśmy za tym, aby konsultacja w ogóle się odbyła – wylicza. – A w roku 2012 – jego twarz się rozchmurza – to była wielka niespodzianka! Pierwsza taka manifestacja, mnóstwo autokarów z całego regionu. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że jest nas wielu i możemy robić wielkie rzeczy!”.

W tym roku Arnau martwi brak stabilizacji politycznej. ANC pracuje nad organizacją Diady już od 3 miesięcy, ale narracja cały czas się zmienia. „Jeśli będzie zgoda między partiami, że celem jest referendum unilateralne, to pewnie dyskurs pójdzie w tym kierunku. Powinno być mocno” – podkreśla i dodaje, że tegoroczna Diada musi być początkiem kampanii na rzecz zwycięstwa w referendum. Zapewnia, że ANC tworzą demokraci, dlatego za każdym razem, kiedy stawiane są urny wyborcze, starają się je wypełniać, najlepiej głosami popierającymi niepodległość. W sprawie ostatnich wyborów do parlamentu centralnego, które odbyły się w czerwcu, Arnau wypowiada się z dystansem. Podkreśla, że ruch niepodległościowy nie jest do końca zaangażowany w wybory. „W tych czerwcowych nic nie robiliśmy” – przyznaje. Pytany o świetne wyniki En Comú Podem podkreśla, że jego niepodległościowe ANC traktuje Podemos jako sprzymierzeńców, przede wszystkim ze względu na ich demokratyczny charakter. „Proponują referendum jako polityczne wyjście z problemu, z jakim się zmagamy w Katalonii. Jeśli zdecydujemy, że nasza droga do osiągnięcia niepodległości wymaga organizacji referendum, to myślę, że dojdziemy tam razem. My i oni. Postrzegam ich jako towarzyszy podróży i nie widzę problemu, by zajęli pierwsze miejsce w wyborach” – zapewnia.

Kolega Carlesa zauważa, że od transformacji temat niepodległości był podnoszony przede wszystkim przez katalońską prawicę. „Katalońska lewica, ERC, odgrywała do niedawna niewielką rolę. Byli bardziej federalistami niż niepodległościowcami. Ja osobiście nadal nie wierzę, że stali się separatystami. Myślę, że to jedna z pułapek, które stoją za procesem. My, ludzie lewicy, którzy wierzymy w niepodległość, nie wiemy, do jakiego stopnia wierzyć w to, co mówią. Na ile to prawda, że są niepodległościowcami, a wcześniej wielokrotnie negocjowali z Partią Ludową. Nie wierzę w niepodległość z rąk Konwergencji – rządzącej przez trzy dekady Katalonią partii Pujola – bo jeśli chodzi o pogląd na świat, to dużo więcej wspólnego ma z Partią Ludową niż z antysystemowym CUP, z którym tworzy rząd. Nie sadzę, żeby przemawiały za nimi uczucia, raczej racje ekonomiczne”.

Carles dodaje, że CaixaBank i inne duże firmy katalońskie na razie są przeciwne. To, że partia, która zawsze żyła blisko z dużymi firmami, teraz znalazła się po drugiej stronie, jest podejrzane. „Ja też trochę im nie ufam” – przyznaje. Co do intencji Podemos, także zachowuje duży dystans. „Ugrupowanie Iglesiasa, lidera Podemos, traktuje sprawę Katalonii jak przysłowiową kiełbasę wyborczą, chce, żeby ludzie na nich głosowali. Ale niepodległość zależy od Katalończyków, wtedy wytworzy się presja międzynarodowa, która zmusi

Madryt do negocjacji i zrobi referendum tak jak w Szkocji”. 

Jak dotąd wszystko wskazuje na to, że Katalończycy nie dostaną zgody z Madrytu i planowane referendum będzie musiało być ogłoszone jednostronnie. Arnau to nie zraża. Podkreśla, że wiele katalońskich sił politycznych od dawna mówi, że nie ma innego wyjścia. Trzeba działać samemu i nie oglądać się na Madryt. Wymienia CUP oraz ERC i dodaje nawet Demócratas de Cataluña – partię, która powstała w wyniku podziałów w Unii, dawnej koalicjantce Konwergencji. Choć ideologicznie są to liberałowie, oni także popierają takie rozwiązanie.

Arnau przyznaje, że obecnie ANC także rozważa poparcie tej idei. I tłumaczy zalety takiej opcji: „Obecnie dialog polityczny partii niepodległościowych jest bardzo trudny ze względu na różnice ideologiczne, które je dzielą. Na katalońskiej scenie politycznej mamy dziś praktycznie wszystkie spektra: od liberałów, po antykapitalistów, co powoduje spore problemy w zarządzaniu regionem na co dzień. Ze względu na organizację referendum unilateralnego odkładamy na bok różnice ideologiczne i koncentrujemy się tylko na jednej kwestii: niepodległość – tak czy nie? I możemy osiągnąć tę jedność. To jedna zaleta, kolejną jest to, że do tej podróży możemy zaprosić En Comú Podem, ponieważ dążyć do wypowiedzianej jednostronnie niepodległości to jedno, a zorganizować referendum, żeby ludzie mogli się wypowiedzieć, to zupełnie co innego. W tym wypadku uważam, że będą musieli do nas dołączyć, bo ich głównym hasłem jest demokracja partycypacyjna”.

Carles mówi, że „wszyscy mamy prawo do rozwodu, tylko że ta metafora nie podoba się Hiszpanom, bo dla nich stanowimy jeden organizm. Dla nich to jakby odjęcie ręki. Problem w tym, że niepodległość przeciwstawia się obecnemu prawu. Aby ją osiągnąć, trzeba być bardzo odważnym, podjąć ryzyko i złamać obecne normy. Takie kroki podejmują tylko partie, których głównym celem jest niepodległość. Partie, które mówią o samostanowieniu jako możliwości teoretycznej, nie doprowadzą do niepodległości nigdy, ponieważ nie będzie w Hiszpanii większości pozwalającej na przeprowadzenie referendum. To musi wyjść ze strony katalońskiej. Tak więc albo my Katalończycy zaczniemy się starać o niepodległość i później będziemy negocjować referendum z Madrytem, albo będzie to niemożliwe”.

Carles robi krótką pauzę i dodaje z żalem: „Niepodległość, zdaniem Madrytu, była wymysłem Artura Masa, jakby on sam zwariował, użył telewizji i szkoły, żeby przekonać do tej idei Katalończyków z dnia na dzień, ale proces katalanizacji jest dużo starszy i bardziej zróżnicowany. Proces ten popierają nie tylko stara burżuazja katalońska, lecz także różne środowiska lewicowe. Niepodległość nie jest wymysłem jednej osoby” – dodaje.

Pablo Planes powodów zrywu niepodległościowego dopatruje się gdzie indziej. Uważa on, że rozpoczęcie procesu separatystycznego w dużym stopniu wynikało z chęci ukrycia korupcji wśród liderów Konwergencji. Partia zdecydowała się „uciec do przodu” i tym samym zaczęła podbijać niepodległościowy dyskurs, który „wywołał podział w społeczeństwie katalońskim, zerwanie z porozumieniami doby transformacji oraz marginalizację części społeczeństwa, która posługuje się dwoma językami (kastylijskim i katalońskim), ma rodzinę w innej części Hiszpanii, nie chce utracić obywatelstwa hiszpańskiego i poczuła się więźniem systemu stworzonego przez nacjonalistów” – wylicza.

Planes dodaje, że zgodnie z danymi sondaży opinii oraz wynikami czerwcowych wyborów zarówno regionalnych, jak i krajowych nastroje dzielą się niemal po połowie, z małą przewagą po stronie unionistów. Procentowo oraz biorąc pod uwagę liczbę głosów, w wyborach krajowych z czerwca En Comú Podem i CDC pogorszyły wynik, choć utrzymały taką samą liczbę mandatów. CUP nie bierze udziału w wyborach krajowych, ponieważ uważa, że nie dotyczą jej ojczyzny.

W jego ocenie ruch niepodległościowy czeka na tegoroczny 11 września, mają nadzieję, że uda im się powtórzyć wybuch masowego poparcia podsycany przez publiczne media katalońskie oraz regionalne instytucje publiczne (Generalitat oraz urzędy miast, w których większość stanowią separatyści), ale odczuwa się duże zmęczenie tzw. „dołów” ciągłym odkładaniem w czasie momentu ogłoszenia niepodległości. Dzieje się tak, ponieważ większość działań ma bardziej charakter symboliczny niż praktyczny i prawdziwy. Ponadto Puigdemont i sprzymierzeńcy procesu separatystycznego nigdy nie przegrywają, choćby dostali mniej głosów i nie wypełnili żadnej z obietnic wyborczych. Zgodnie z początkowymi założeniami ich planu separatystycznego Katalonia powinna być niepodległa od roku 2014, kiedy zorganizowali nielegalne referendum 9 listopada, o które obecnie jest oskarżony Artur Mas, były premier Generalitat” – przypomina Planas.

Brexit wpływ ma, ale jaki?

Umawiam się na rozmowę z nowo wybraną wiceprzewodniczącą ANC – Natàlią Esteve. W jej ocenie społeczeństwo brytyjskie zaskoczyło wszystkich swoją dojrzałością. „Wygrała demokracja bezpośrednia, to dzięki niej obywatele mogą rzeczywiście wpływać na politykę makroekonomiczną państw” – rozwija raz podjętą myśl. Przykład Wielkiej Brytanii pokazuje, że niepotrzebne jest ani 50 proc. partycypacji, ani większość kwalifikowana, aby rezultat był uznany. „Są to kwestie powszechnie akceptowane zgodnie z dobrymi praktykami referendum wypracowanymi w Wenecji. Dla naszej sprawy to ważne, że do takiego podejścia w sprawie referendum i jego uznawalności doszło nie tyle gdzieś na świecie, ile tuż obok”.

Na pytanie o referendum jako formie rozwiązania problemu katalońskiego rozmawiam także z wiceprzewodniczącym SCC – Joaquimem Collem. W jego ocenie przykład Brexitu dostatecznie dyskredytuje referendum jako takie, a tym bardziej ukazuje, że jest dalekie od bycia „świętem demokracji”. „Nie jest dobrze, gdy kwestie dzielące społeczeństwo niemal na pół, rozwiązuje się poprzez «tak» lub «nie». Misją polityki jest tworzenie porozumień, które później są poparte głosem społeczeństwa. Ale nie można rozwiązywać problemów, poddając pod referendum kwestie nierozwiązane. W demokracji referendum służy sprawom konkretnym, lokalnym. Gdy się używa referendum w innych warunkach, to dyskurs przejmują populiści” – tłumaczy. Zdaniem Colla referendum jako narzędzie przechodzi kryzys, a rozwiązaniem byłoby stworzenie nowej konstytucji i poddanie jej pod referendum.

Brexit dokonał się na chwilę przed czerwcowymi wyborami w Hiszpanii. O wpływie tego wydarzenia na wyniki wyborów rozmawiałam także z Pablem Planasem. Jego zdaniem Brexit stał się powodem wzrostu poparcia dla Partii Ludowej w całej Hiszpanii, utrzymania wyników przez Hiszpańską Socjalistyczną Partię Robotniczą, obniżenia się notowań lewicy populistycznej i nacjonalizmu w Katalonii. Przy tej okazji Planas wytknął niekonsekwencje w narracji nacjonalistów dotyczące tego zdarzenia. Zauważył, że pierwszą reakcją premiera Generalitat Carlsa Puigdemonta po ogłoszeniu wyników referendum w Wielkiej Brytanii było powiedzenie, że istnieje życie poza Unią Europejską, aby jednocześnie podkreślić, że Unia Europejska przyjmie Katalonię jako kraj niepodległy z otwartymi ramionami.

Czy niepodległość jest rozwiązaniem?

Joaquim Coll wypowiada się w następującym tonie: „Jako Katalończycy nie mamy problemu z wolnością, używaniem języka, kultury, nie padamy ofiarą dyskryminacji. Zarówno w Hiszpanii, jak i w Katalonii mamy przypadki korupcji, borykamy się z problemem jakości demokracji, podobnie jak wiele krajów w Europie. Nie ma problemu dopasowania Katalonii do Hiszpanii, ona pasuje, mieści się w tych ramach. Istnieje natomiast problem modelu terytorialnego, który dotyka wszystkich regionów autonomicznych (finansowanie, rozdział kompetencji itd.). Wyjątkowość Katalonii jest faktem, ale jaka część tej wyjątkowości nie została do tej pory uznana? Problem jest natury wewnętrznej. Musimy zdać sobie sprawę, że tą drogą donikąd nie dojdziemy. Trzeba przezwyciężyć metafizykę nacjonalistyczną zanieczyszczającą nasz język. Społeczeństwo katalońskie jest społeczeństwem otwartym. Ufam, że dojrzejemy, nie możemy przez cały czas toczyć tej samej debaty. Quebec i Kraj Basków świadczą o tym, że można z tego wyjść”.

Natàlia Esteve stwierdza: „Poziom demokracji w Katalonii jest zbliżony do poziomu demokracji w Quebecu i Szkocji. Jednak poziom demokracji w państwie hiszpańskim nie przypomina poziomu demokracji w Wielkiej Brytanii czy Kanadzie. Dlatego rozwiązaniem jest referendum. Jesteśmy oddaleni od Hiszpanii kulturowo, mamy inną politykę społeczną. Unioniści często mówią o tożsamości, dla nas zaś są to kwestie drugorzędne. To nie jest projekt z XIX w., tu nie chodzi o pokrewieństwo. To, skąd są moi rodzice czy dziadkowie, nie ma nic do rzeczy. Z powodu związków rodzinnych nie chcą skłonić się do decyzji bardziej racjonalnej. A niepodległość Katalonii mogłaby pomóc Hiszpanii poprawić jej poziom demokracji. Nasza niepodległość mogłaby być lustrem, które otworzy wiele drzwi. Nas jednoczy dojrzałość demokratyczna, jesteśmy społeczeństwem o wyjątkowym charakterze społecznym i ekonomicznym, nie rozumiemy, jak w Hiszpanii może wygrywać ugrupowanie, które jest oskarżane o korupcję”.

„Niepodległość Katalonii… – zaczyna kolega Carlsa: – Staram się o tym nie myśleć, raczej traktuję to w kategorii science fiction. Chociaż robi się wiele, by ją osiągnąć, to wydaje mi się, że ta historia nie ma tak jasnego końca. Chciałbym, aby było to miejsce otwarte. Wszystko, czego się nam odmawia, można by osiągnąć łatwiej. Tolerancja, otwartość, społeczeństwo dużo bardziej lewicowe, państwo silniej zaangażowane wobec osób biedniejszych. Byłaby szansa na pogłębienie charakteru socjalnego. Szansa nie na zerwanie z Hiszpanią, bo nie ma co jej demonizować. Moja rodzina pochodzi z Andaluzji. Ale projekt, który proponuje, mnie osobiście się nie podoba. Niepodległość to wielka szansa dla przyszłych pokoleń”.

Jeszcze inaczej sprawę widzi Nacho: „Problem współżycia istnieje w Katalonii, a nie między Katalonią a resztą Hiszpanii. Problem, który musimy rozwiązać, ma charakter wewnętrzny”.

„A może by zrobić to referendum tak jak w Szkocji? – pytam swojego kolegę politologa. – Jeśli przegracie, to na kilka lat musicie ustąpić”. Przecząco kiwa głową. „To, co się ustala w Madrycie, w Barcelonie nie obowiązuje, ponieważ większość mają tam nacjonaliści. Zakończyłoby się to ogromnym podziałem, rozłamem społecznym. Gdyby choć pytania były proste, na które da się odpowiedzieć «tak» lub «nie», zwyciężyłoby «nie», ale pytania są konstruowane inaczej. Nie wiem, jak rozwiązać ten problem – przyznaje. – To, że Madryt nie pozwala głosować, w Katalonii jest odbierane jako ograniczanie wolności. Wielu chce referendum, żeby to się wreszcie skończyło, bo od 6 lat o niczym innym się tu nie gada. Ludzie mają dość. Ale problem jest szerszy: dekompozycja systemu dwupartyjnego w Hiszpanii, wartości europejskich w UE, wraz z Trumpem i Putinem tworzą całość, która przyjmuje coraz ciemniejsze barwy. Aż strach o tym myśleć” – kończy posępnie mój rozmówca.

Polskie analogie?

Hiszpania – kraj, do którego nieustannie wracam od ponad dekady, by badać zachodzące tam procesy społeczne i polityczne – jest dla mnie punktem odniesienia, dzięki któremu z większą jasnością rysują się przede mną procesy regionalnie i globalne. Hiszpańskie doświadczenia pozwalają mi spojrzeć z dystansu na własny kraj, choć zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to absurdalnie. Hiszpania i Polska – jak się wydaje – reprezentują dwa przeciwstawne wektory. Jednak dla mnie kraj leżący na drugim krańcu Europy od zawsze stanowił rodzaj lustra, dzięki któremu widzę Polskę ostrzej, dokładniej. Im jestem dalej, tym mi łatwiej – dzięki uzyskanej perspektywie – objąć to, co się dzieje u nas.

W Polsce mamy rzesze „skrzywdzonych”, w Hiszpanii zaś – falę „upokorzonych”. Istnienie jednych i drugich bez wątpienia świadczy o tym, że społeczeństwo (lub duża jego część) przestało się czuć reprezentowane przez elity rządzące. Można przywołać wiele przewinień: korupcję u nich i ośmiorniczki u nas. Jednak prawdziwym powodem frustracji jest kryzys ekonomiczny, który choć w Hiszpanii oficjalnie został zażegnany, a w Polsce nigdy się nie pojawił, zmienił na zawsze oblicze Unii Europejskiej – organizacji, której członkom po latach powojennego zaciskania pasa żyło się coraz lepiej, a my, nowo przyjęci, jeździliśmy na Zachód, aby podglądać, jak będzie u nas już za chwileczkę. Kryzys pokazał Hiszpanom raz na zawsze, że prosperity skończyło się na pokoleniu ich rodziców. Dla nich standard, w którym się wychowali, w dużej mierze będzie już nie do osiągnięcia. My także zrozumieliśmy, że pensje nie będą rosnąć w nieskończoność, co innego ceny w sklepach. Nasze marzenie o wielkiej europejskiej stabilizacji prysło, jednak dla elit politycznych świat wydawał się taki sam. Pobierali podobne uposażenie, jadali w tych samych drogich restauracjach. Ba! – na kryzysie można było jeszcze dobrze zarobić. To zadecydowało o naszym rozżaleniu. Hiszpanie nie mogli znieść kolejnych afer korupcyjnych, gdy banki zabierały im mieszkania, a ludzie lądowali na ulicy. Gdy społeczeństwo stawało się coraz bardziej solidarne, łącząc się w niedoli, politycy nie potrafili nawet zmienić prawa pozwalającego wyrzucać ludzi na bruk. W Polsce, my, którzy wierzyliśmy ślepo w „europejską przyszłość narodu”, będąc tym samym motorem zmian i głównym zapleczem Platformy, straciliśmy jasność celu, nasz entuzjazm zaczął gasnąć. Ostatnim rozdziałem naszej „złotej ery” stała się nominacja Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej, później coraz mocniej zaczęły się budzić polskie strachy, które doszczętnie opanowały nasze „tu i teraz”, pchając nas w ksenofobiczną bajkę prawicowego dyktatu, której Polska nigdy w pełni nie zaznała.

Hiszpania równie silnie rozczarowana mrzonkami o ekonomicznej stabilizacji, którą miał jej zapewnić liberalny model rozwoju, zwraca się w kierunku komunistycznych ideałów, których nigdy nie dane jej było w pełni zakosztować. Podemos otwarcie deklaruje swoje podstawy ideologiczne. Coraz więcej na hiszpańskiej scenie politycznej ugrupowań antysystemowych, które w nadchodzących latach mają szansę zdominować dyskurs. Javier Cercas na łamach „El País” pyta: „Dokąd zaprowadzą nas zachowania tak ekstremalnie podszyte populizmem?”. Niestety, w obu wypadkach nasze frustracje oraz lęki wykorzystują populiści. My liczymy na społeczną zmianę, a tym, co obserwujemy, jest wymiana elit u sterów władzy. Cercas zauważa, że „zmiana na górze” niczego nie odwróci, bo tym, co należy naprawiać, jest system, a przecież wiadomo, że z reguły to system zmienia tych, którzy do niego weszli.

Frustracja, poczucie dyskryminacji, upokorzenia – na tych emocjach rósł w siłę kataloński ruch niepodległościowy Pujola. Do tego niezbędny był proces socjalizacji poprzez szkołę, media publiczne, kulturę, uniwersytet, w którego ramach kształtowano światopogląd wygodny dla nacjonalistów. Temat kompletnie zaniedbany przez instytucje demokratyczne zarówno w Hiszpanii, jak i w Polsce. W Katalonii tę lukę wykorzystał Pujol, w Polsce świadomi wagi procesu socjalizacji są – jak się wydaje – Kaczyński i jego ekipa przejmująca władzę.

Jednak są to przykłady raczej wzbudzające złe skojarzenia, ponieważ kreowane przez nich język i narracja mają charakter wykluczający, bardziej dzielą niż łączą. Uwagę na ten proces zwraca profesor Magdalena Środa. W jej ocenie „kto uzyskuje zdolność przedefiniowania znaczeń, zyskuje siłę i prędzej czy później staje się hegemonem. Władza tkwi w języku. I jest to większa władza niż umiejętnej propagandy […] nie tylko nad semantyką, ale i funkcją mitotwórczą, symboliczną, tożsamościową”. Kontekst wypowiedzi Środy jest związany z rządami PiS-u. Filozofka przekonuje, że stworzył on ramy narracji, do których każdy się odnosi, tym samym opozycja, chcąc nie chcąc, sama się w nie wpasowała. Środa zwraca uwagę na fakt, że „PiS przekonstruował rzeczywistość: dyskursywną, symboliczną, a nawet faktyczną w sensie historii, którą tworzy teraz”.

Jednak budowanie narracji, w której występujemy „my i oni”, nie prowadzi chyba do niczego innego jak tylko do pogłębienia podziałów tak groźnych dla społeczeństwa obywatelskiego. Coraz częściej rozważamy, czy w demokracji jest miejsce dla dyktatu mniejszości, czy nie chodzi raczej o budowę kompromisów, o które obecnie tak trudno. Zastanawiamy się nad rolą referendum. Czy demokracja bezpośrednia i poddawanie pod głosowanie nierozwiązanych problemów jest wyjściem? Czy to forma zażegnania sporu, czy też zagrożenie jeszcze gorszymi podziałami?

Odpowiedzi na te pytania nie są łatwe. Tak jak wspomniał mój kataloński kolega, najpewniej „czekają nas ciemne czasy”. Katalonia może być dla nas zwierciadłem, w którym warto się przejrzeć. Być może nie jesteśmy od siebie tak różni i pora zacząć odbudowywać mosty i poszukiwać kompromisów, dzięki którym nikt nie będzie syty, ale wszyscy pozostaną przy stole.

Czytaj również
O autorze
*
MagdaMelnyk
politolog, absolwentka WSMiP na Uniwersytecie Łódzkim, specjalizuje się w obszarze krajów hispanojęzycznych, ruchów społecznych i transformacji ustrojowych.
@ magda_melnyk