Nowoczesna – Kwestie ustrojowe

Drukuj

Każda partia polityczna, stawiająca kroki na rodzimej scenie po 1989 r., proponowała innowacje ustrojowe, zarówno przed, jak i po ustanowieniu polskiej konstytucji w 1997 r. Część z pomysłów traktowana była jako karta przetargowa w wyborach i niemal od początku nie traktowano ich inaczej, jak tylko haseł na sztandary. Część, nawet i hołubiona przez pomysłodawców, nigdy nie zyskała poparcia wystarczająco silnego, by można było dla jej realizacji nowelizować Konstytucję. Nowe propozycje rzucano jednak w takt wyborów i rzuca się je nadal, z tym że po okresie obecnych rządów PiS nic nie będzie już tak beztroskie, bo próba ustawowego podminowywania lub demontowania organów ustrojowych państwa połączona z obniżaniem autorytetu urzędów najwyższych nastąpiła teraz i szybko, i z nieznaną dotąd gwałtownością. Fundamenty państwa prawa i rozumienie Konstytucji, nie wbrew jej samej, zostały poświęcone na ołtarzu skuteczności przepełnionych pychą „wybrańców suwerena”. Jak słusznie wywodzą autorzy programu Nowoczesnej, Atak na Trybunał Konstytucyjny podważył trójpodział władzy i osłabił mechanizmy konstytucyjnej kontroli. Premier i prezydent są niesamodzielni. (…). To osłabianie, a nie wzmacnianie państwa (s. 11). Jeśli opozycja chciałaby te wyjątkowo zgubne trendy odwrócić, musi zmiany ustrojowo-prawne sygnalizować i wprowadzać inaczej. Przede wszystkim jednak opanować chęć wprowadzania reform krótkoterminowych i efemerycznych tam, gdzie bodaj najbardziej liczy się trwałość i wypracowywany dekadami uzus.

Autorzy programu zdają się rozumieć wagę utrzymania ustrojowego kontinuum i zadbania o to, by zapobiec demontażowi konstytucyjnego szkieletu państwa, zaufania do jego instytucji i ciągłości prawa. Ale nawet i tu, może ze względu na potrzebę wykazania się skonkretyzowanymi pomysłami i dojrzałością oferty programowej, a może ze względu na chęć zapobieżenia recydywie obecnych ustrojowych patologii w przyszłości, dążenie do reform przeważa nad potrzebą kontynuacji. Co prawda, proponowane zmiany określa się w programie jedynie jako korekty (s. 19), ich skala jest jednak szeroka. Nawet i liberalne kręgi porzuciły najwyraźniej fundamentalną myśl, nigdy zresztą dostatecznie dobrze nie zakorzenioną, że polska Konstytucja jest tworem dobrym, dookreślającym uprawnienia organów państwowych wystarczająco, a wszelkie gnębiące państwo aberracje wynikają z niemożności porozumienia się i z poniechania konsensusu przez uczestników dyskursu publicznego na eksponowanych stanowiskach. A przecież tylko takie zrozumienie dla dbałości o Konstytucję sprzyjało dostrzeżeniu wartości w utrzymaniu przepisów ustawy zasadniczej, potrzebę zmian przenosząc na poprawę wykonywania działań w jej granicach i na docieranie komunikacji między organami konstytucyjnymi różnych obozów.

Należy mieć to na uwadze, rozpatrując propozycje ustrojowe Nowoczesnej. Program sugeruje m.in. doprecyzowanie podziałów kompetencyjnych, co jest sensowne, ale powinno być traktowane i zadeklarowane jako utrzymanie (a może podkreślenie) linii orzeczniczej Trybunału Konstytucyjnego, który już w przeszłości wyrokował w podobnych sporach kompetencyjnych. Oddania wagi tych wydanych już uprzednio decyzji w omawianym programie ewidentnie brakuje.

O ile imperatywowi zabezpieczenia praw i wolności obywatelskich oraz rzeczywiście demokratycznego procesu sprawowania władzy w kraju nie sprzeciwia się wpisany w program postulat przekazania pełnej odpowiedzialności (sc. władzy) opcji zwycięskiej w wyborach, zwłaszcza wobec zamierzonego jednocześnie podniesienia kontroli sprawowania władzy, o tyle precyzujący go pomysł systemu kanclerskiego (premierowskiego) przy zmniejszeniu roli prezydenta, otwiera kolejny problem konstytucyjny. Brzmi znajomo, to prawda, ale sam w sobie – podważając sporą część przepisów ustawy zasadniczej – nie niesie żadnego lekarstwa. Przypomnijmy, że tam gdzie Andrzej Duda najdotkliwiej godzi w polski porządek prawny, robi to nie tyle w granicach swoich prezydenckich prerogatyw, ale poza nimi (zaprzysięganie sędziów). System skupiony na prezesie rady ministrów sam w sobie nie chroni przed kolejnymi pokusami autogolpe, przywłaszczania sobie i wykonywania większego zakresu władzy niż się w istocie posiada. Lepsze uporządkowanie kompetencji władzy wykonawczej jest ważne, ale zmniejszenie pozycji prezydenta, przy jednoczesnym, cokolwiek nielogicznym i jakby na pocieszenie, utrzymaniu jego powszechnej elekcji, nie jest odpowiedzią na problemy poprzednich lat, a odbyłoby się ze szkodą dla ustrojowej równowagi. Tymczasem nacisk należałoby położyć na kulturę kohabitacji, umiejętność współrządzenia przez różne opcje w granicach istniejących obecnie uprawnień. Styk potencjalnie najbardziej newralgicznych kompetencji, choćby w odniesieniu do reprezentacji zagranicą, jest już, przypomnijmy to raz jeszcze, dawno uregulowany orzeczeniami TK.

Na marginesie warto odnotować pierwszy raz podkreślaną tak bardzo przez partię o liberalnym charakterze chęć podkreślenia reprezentacyjnych aspektów funkcjonowania prezydenta, „jego symbolicznej roli jako głowy państwa i symbolu tradycji polskiej państwowości”. To szczytne, ale i trudne do realizacji, chyba że za postulatem podążyłaby całą grupa następnych, których nie da się tak prosto ująć w ustawy: szacunek dla głowy państwa wybranej przez inną większość, wybór kandydatów z innego niż dotąd kręgu osób (autorytety prawne i intelektualne, a nie liderzy partyjni i ich substytucje, czyli raczej Zoll, Łętowska i Bartoszewski niż Tusk, Ogórek, Duda). Prezydentura symboliczna, pomysł cokolwiek nienowoczesny w programie Nowoczesnej, opiera się najwyraźniej na resentymentach z ostatnich kilkunastu lat, na wyrażonej jasno konstatacji fiaska prezydentury ponadpartyjnej, na obawie, że prezydent albo realizuje interesy swojej partii albo przeszkadza w rządzeniu. To nazbyt krzywdzące dla ćwierćwiecza III RP, ale i wewnętrznie sprzeczne. To monarchia parlamentarna bez monarchy, a jeśli tak, to lepsza byłaby już rzeczywista monarchia parlamentarna w stylu, powiedzmy, skandynawskim.

Nie dziwi obszerne miejsce, poświęcone zmianom ustrojowo-ustawodawczym, to część polskiej polityki bez wątpienia domagająca się naprawy, ale także i tu nie wszystkie zmiany wydają się iść w dobrym kierunku. Starania o poprawienie jakości legislacji odpowiadają sugestiom wyrażanym od dawna, ale rola planowanego w związku z tym Centrum Studiów Strategicznych jest niejasna i nie jest niczym ponad nośne hasło. Czy ma to być bowiem instytucja analityczna, dostarczająca rządzącym potwierdzenia albo zaprzeczenia możliwości wdrożenia tego czy innego rozwiązania, thinktank na zapleczu rady ministrów i premiera czy też superbiuro legislacyjne opracowujące ustawy? Jego publiczny charakter to trochę za mało, by nie odnieść wrażenia, że część pracy parlamentarnej/gabinetowej może być przeniesiona do innej instytucji o mniejszej do tego legitymacji – a to nie podniesie przecież samo w sobie jakości działania parlamentu. Trzeba doceniać dążenie (mocno przez Nowoczesną podnoszone) do tworzenia prawa nie ze względu na popularność sondażową, a długoterminowe potrzeby państwa, niemniej tworzenie kolejnego podmiotu politycznego winno być znacznie szerzej rozpisane i przemyślane. Rewolucyjny w kontekście polityki wprowadzania prawa jest natomiast, poprowadzony wzorcem kanadyjskim, postulat przyjmowania nowej ustawy przy jednoczesnym likwidowaniu poprzedniej (s. 86). Ma on znaczenie nie tylko w kontekście upraszczania systemu prawnego – winien, odpowiednio wyrażony w ustawach, budować świadomość uchwalania prawa na czas dłuższy i wpływać na rzetelność stanowienia przepisów prawa; podobnie może zadziałać, sygnalizowana tuż obok, uprzednia i następcza ocena skutków zmiany stanu prawnego.

Najbardziej bodaj nietrafionym pomysłem ustrojowym Nowoczesnej jest ograniczenie liczby kadencji poselskich i senatorskich do dwóch. To wyraz tej samej linii polityki i tego samego sposobu rozumienia państwa, co myśl „nie róbmy polityki, budujmy stadiony”, to przejaw głębokiej nieufności polityków wobec samych siebie. Wypominanie, co czyni się w programie na marginesie odnośnej strony, że poseł o najdłuższym stażu znajduje się w sejmie od 25 lat, to wyraz niezrozumienia wagi doświadczenia i właściwie podważanie zaufania do własnego państwa. Nie brzmi liberalnie – pachnie populizmem. Owszem, część elity politycznej Polski wymaga wymiany i przewietrzenia, ale żadne rozsądne państwo nie powinno pozbawiać się szansy posiadania korpusu wykształconych i doświadczonych parlamentarzystów, którzy przepracowali kilka kadencji w izbach ustawodawczych. Weryfikacja powinna następować poprzez dobrze skonstruowaną ordynację wyborczą, niepremiującą a priori partyjnych bonzów, a kontrola zmierzająca do wyeliminowania nadużyć i nepotyzmu powinna działać nieprzerwanie, ale ograniczenia i karencje są środkiem zbyt ostrym, desperackim. Z podobnej bezradności wychodzi też zresztą najwyraźniej kuriozalny pomysł likwidacji urzędu wojewody, potrzebnego nawet jeśliby Polska miała stać się krajem całkowicie zdecentralizowanym, jako reprezentant rządu w danej części kraju. Nasuwa się tu zresztą kolejna sprzeczność, bo skoro pozycja rządu i premiera ma ulec wzmocnieniu, to eliminacja ich wojewódzkiego reprezentanta zdaje się iść wbrew ogólnej idei zmian.

Pomysł urządzania wyborów do senatu na półmetku kadencji sejmu – to właśnie jedna z tych idei, które mogłyby przewietrzyć polską scenę polityczną, wzbogacając krajowy bikameralizm, więdnący zwłaszcza od niesławnego pomysłu jednomandatowych okręgów w wyborach do izby wyższej. Cieszy, że nie ponawia się błędu Platformy Obywatelskiej sprzed lat, chcącej utrącić dwuizbowość w ogóle. Mantrę „izba refleksji” podkreślają od lat wszyscy, ale pomysłów ożywienia Senatu, wzmocnienia jego podmiotowości nadal brak. Nowoczesnej także, bo podnosi zgrany pomysł wprowadzania samorządowców do izby, jak gdyby nie zdawała sobie sprawy, że samorządy wymagają przynajmniej w części jeszcze większej sanacji niż parlament. To zresztą nie najważniejsze: jeśli senat ma mieć znaczenie, to nie na potrzeby lokalnych partykularyzmów, tylko na rzecz pozapartyjnego, globalnego spojrzenia na polską rację stanu. Wachlarz możliwości jest znaczny, od wprowadzania do izby wirylistów, poprzez włączanie w pewnej liczbie przedstawicieli szkół wyższych, po taki sposób wyłaniania senatorów, który wybije senat raz na zawsze z roli echa sejmowego i cienia w polityce międzypartyjnej. Można tylko wyrazić żal, że pomysłodawcy nie wyszli tu poza nieobiecującą rutynę polityczną.

Z zadowoleniem przychodzi skwitować pomysł podniesienia rangi i ustrojowego przemyślenia roli Trybunału Stanu, jak też deklarowane osobno przekonanie o potrzebie rugowania z życia państwowego osób winnych przestępstw politycznych i kryminalnych. Rzeczywiste narzędzie umożliwiające pociągać polityków do odpowiedzialności karnej byłoby nie tylko wskazane, ale stałoby się bez wątpliwości jednym z najskuteczniejszych mechanizmów kontroli. Jego znaczenie mogłoby być, i zapewne byłoby, nie tylko następcze, ale i zapobiegające. Tu jednak znowu niedosyt – brakuje jakichkolwiek szczegółów, które przecież wydają się dość oczywiste przy takim postawieniu sprawy. Trybunał Stanu powinien zostać odpolityczniony, a jego zależność ustrojowa od sejmu – przerwana. Przed tak pomyślanym ciałem stanąłby problem legitymizmu jego wysokich uprawnień, i to też trzeba przemyśleć, a następnie jasno zwerbalizować. Inaczej pomysł, w tak amorficznym kształcie, nie jest niczym jak tylko życzeniem dość niepoważnie i niewyraźnie wyrażonym. A przecież w ciągu najbliższych kilkunastu lat czeka nas przynajmniej jeden rzeczywisty, fundamentalnej rangi, proces przed TS. Nie może być do tego czasu żadnych wątpliwości odnośnie do kompetencji, umocowania i demokratycznej formy działania tego gremium.

Biorąc pod uwagę kluczową rolę, jaką w obronie ładu państwowego w Polsce odgrywa ostatnio Trybunał Konstytucyjny, dziwi stosunkowo odległe miejsce, w którym autorzy programu w lapidarny sposób zapewniają o przywróceniu Trybunałowi odpowiedniego miejsca w strukturach instytucjonalnych państwa i potwierdzają konieczność uznawania powszechnego obowiązywania i ostatecznego charakteru wyroków (s. 20 i 28). Nowoczesna ma niewątpliwe zasługi w obronie TK, które winny być pamiętane i które dodają wiarygodności wyrażonej tu deklaracji. Miejsce w tej części programu można też uzasadnić systematyką wewnętrzną Konstytucji. Warto by jednak, tym niemniej, właśnie ze względu na obecny bezprecedensowo silny i barbarzyński atak na Trybunał, na Sąd Najwyższy i na Rzecznika Praw Obywatelskich, szerzej i wcześniej podjąć wątek, któremu przecież ta akurat partia poświęciła wiele uwagi i starań. Więcej jeszcze: należałoby również, nawet w tak skrótowej ofercie, odnieść się do pata ustawowego, zadeklarować (co wiemy z generalnej polityki .N) potrzebę restitutio in integrum w odniesieniu do kwestii trybunalskiej mocniej jeszcze niż tylko w punktach planu na pierwszych 12 miesięcy rządzenia (s. 120), potępić ponowioną kilkukrotnie niekonstytucyjność ustaw o TK przyjętych przez obóz „dobrej zmiany”. To jednak tylko kwestia detali i ujęcia – generalna wymowa jest szczęśliwie silna i nie pozostawia wątpliwości co do wyznawanego stanowiska.

Osobnego podsumowania wymaga wyrażona w ostatnim punkcie trzynastu postulatów ustrojowych dążność do delegalizacji bądź ograniczania działania organizacji cechujących się rasizmem, szowinizmem i nienawiścią, z osobnym oznaczeniem organizacji anarchistycznych i przeciwpaństwowych. Jak długo takie narzędzie znajduje się w rękach osób o liberalnym i otwartym światopoglądzie, można nie bać się o wolność słowa i bezpieczeństwo przed ekstremistami. Trzeba by tylko tak sformułować oczekiwane przepisy, by w razie ponownego dojścia do władzy środowisk nieliberalnych, albo, nie daj Boże, kręgów skrajnych i radykalnych, nie mogły być one użyte do gromienia opozycji i światopoglądów uznawanych za skrajne z pozycji skrajnej prawicy (co w praktyce oznacza środek, środowiska wolnomyślicielskie, organizacje mniejszościowe itp.). Sam jednak postulat urzeczywistnienia i poszerzenia zapisów istniejących już przecież w naszej Konstytucji należy ocenić pozytywnie. Zwłaszcza w obecnej sytuacji w Polsce i Europie, wobec nasilenia postaw rasistowskich, ksenofobicznych i nietolerancyjnych przy jednoczesnych próbach usprawiedliwiania tego rodzaju zachowań, oswajania z nimi społeczeństw oraz celowego, demagogicznego zrównywania nacjonalizmu z patriotyzmem.

Program Nowoczesnej nie niesie zatem rewolucji ustrojowej, tyleż nierealnej i niepotrzebnej, co i nawet niewskazanej przy obecnej próbie poniżenia i demontażu ustawy zasadniczej z 1997 r. Sądzę, że do zmian tych rozdziałów Konstytucji, które regulują działanie głównych instytucji państwowych, nie należy wracać, dopóki polski dyskurs polityczny nie odzyska zdolności przeprowadzania zmian w uzgodnieniu z oponentami, przy szerszej zgodzie między stronnictwami politycznymi. Dobrze, że nie wracają z nową partią stare pomysły ustrojowe Platformy Obywatelskiej, szkoda natomiast, że nowe propozycje nie są bardziej dopracowane. W tej sytuacji brak radykalizmu jest dodatkową zaletą.

Czytaj również
O autorze
*
AndrzejKompa