Nowy ład światowy

Drukuj

Każdy kto od jakiegoś czasu przygląda się stosunkom międzynarodowym zgodzi się, że pierwsza dekada XXI w. obfitowała w wystarczającą ilość wydarzeń aby zacząć mówić o wyłanianiu się nowego ładu na świecie. Uważam, że momentem, w którym zaczynał się rodzić nowy porządek był 11 września 2001 r. Od tej daty, aż do obecnej chwili, następowały kolejne wydarzenia mające niebagatelne implikacje dla naszej rzeczywistości.

Nie miejsce tu jednak by analizować skutki wojny w Afganistanie i Iraku czy też polityki Busha i rozwijającej się gospodarki chińskiej. W poniższym artykule chciałbym się skupić na trzech wydarzeniach z ostatnich miesięcy, które nawet sceptyków powinny przekonać, że na naszych oczach następuje przewartościowanie relacji na arenie międzynarodowej. Mowa tutaj o wojnie w Gruzji, kryzysie finansowym na świecie oraz o wyborze nowej głowy państwa w USA.

Konflikt gruziński

Na początku sierpnia konflikt w Osetii Południowej między separatystami osetyjskimi a wojskami gruzińskimi przerodził się w regularną wojnę, w której po stronie separatystów stanęła Rosja. Strategia prezydenta Gruzji, Micheila Saakaszwiliego, polegająca na zaskoczeniu Rosjan, całkowicie błędna w swych początkowych założeniach, szybko przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Konsekwencje konfliktu zbrojnego na Kaukazie, który de facto trwa jeszcze do dziś, są bardziej daleko idące niż mogłoby się to wydawać na początku.

Wydarzenia w Gruzji pokazały przede wszystkim prawdziwy paradygmat polityki zagranicznej Rosji, nie będący jak do tej pory oczywistym dla niektórych przywódców państw zachodnich. Mocarstwowa wizja Rosji i związana z tym polityka imperialna w całej swojej okazałości uwidoczniły się w momencie walki Rosji o swoją strefę wpływów . Jest ona gotowa zrobić wszystko, nie zwracając uwagi na prawo międzynarodowe, aby zagwarantować sobie możliwość głębokich ingerencji na terenach dla siebie strategicznych. Pytanie czy wizerunek Rosji na takiej grze w otwarte karty zyskał czy stracił jest kwestią wtórną, którą do rozważań pozastawiam innym. Z perspektywy postawionej na początku tezy, bardziej interesująca wydaje się kwestia reakcji społeczności międzynarodowej na poczynania Rosji.

Zastanówmy się w pierwszej kolejności nad stosunkiem USA do konfliktu na Kaukazie. Gruzja, która jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych na tym obszarze, rozpoczynając działania w Osetii Południowej liczyła na ich poparcie, a w razie problemów także na pomoc wojskową. Na samym początku konfliktu reakcja USA była nie tyle spóźniona, co praktycznie żadna. Dopiero wraz z uświadomieniem sobie, że konflikt kaukaski nie pozostanie tylko konfliktem lokalnym, ich reakcja zaczynała być trochę bardziej widoczna. Poza paroma mocnymi stwierdzeniami i upomnieniami dla obu stron, USA nie wykazały się większą inicjatywą. Tłumaczyć to można m. in. sytuacją „przedwyborczą”, kiedy to administracja Busha nie chciała się angażować w kolejną sporną kwestię w swojej polityce zagranicznej. Jednak jak na mocarstwo ogólnoświatowe, które w latach ’90 wypracowało sobie pozycję skutecznego arbitra, takiego wycofywania się z tej roli nie sposób potraktować inaczej, jak tylko oddaniem pola na jednobiegunowej scenie międzynarodowej.

Naturalnym następcą w tej sytuacji powinna być Unia Europejska. I faktycznie już w pierwszych dniach konfliktu prezydencja francuska wydawała się konsekwentnie dążyć do zawieszenia walk. Wizyta ministra spraw zagranicznych Francji Bernarda Kouchnera w Tibilisi oraz wynegocjowany przez francuskiego prezydenta w Moskwie plan zakończenia wojny w Gruzji sprawiały wrażenie, że UE powoli wyrasta na skutecznego następcę USA w polityce międzynarodowej. Jednak szybko się okazało, że Medwiediew i Putin nie mają zamiaru realizować ustaleń przez siebie zawartych, tym samym pokazując, że najwyraźniej UE nie jest dla nich równorzędnym partnerem. Wypada się zastanowić nad takim zachowaniem Rosji, bo przecież do tej pory relacje Moskwy ze stolicami państw Europy Zachodniej opierały się na w miarę poprawnie rozumianej lojalności. Wydaje mi się, że kalkulacja duetu Medwiediew – Putin opierała się na dość prostych, a na pewno od dłuższego czasu widocznych przesłankach. Próba mediacji Nicolasa Sarkozy’ego podjęta na początku wojny nie była w rozumieniu prawa europejskiego oficjalnym stanowiskiem UE. Rosja mając dodatkowo pewność, że nieoficjalna inicjatywa nie jest popierana w jakikolwiek sposób przez USA, mogła bez żadnych konsekwencji realizować wybiórczo wynegocjowany plan Sarkozy’ego. Sytuacja ta w wyraźny sposób pokazała, że Wspólna Polityka Zagraniczna

i Bezpieczeństwa UE nie jest skuteczna w sytuacji nagłego konfliktu, gdzie aby działać efektywnie, potrzebna jest szybkość reakcji. W szerszym kontekście sytuacja w Gruzji pokazała, że UE pomimo strategicznego znaczenia dla niej rejonu Kaukazu nie ma tutaj wypracowanego konkretnego planu działania, czego nie można powiedzieć o Bliskim Wschodzie, który dla bezpieczeństwa energetycznego Unii ma wątpliwe znaczenie.

Do końca roku odbędzie się kilka istotnych spotkań (m. in. szczyt UE – Rosja czy szczyt Rady Europejskiej kończący prezydencję francuską), które zapewne w jakiś mniej lub bardziej efektywny sposób rozwiąże kilka kwestii związanych z konfliktem kaukaskim. Wydaje mi się, że jednak istotniejszych jest kilka spraw, które wojna w Gruzji podkreśliła i w mojej opinii utwierdziła na długi czas. Społeczność międzynarodowa zyskała pewność co do prawdziwych intencji Rosji, zarysowało się wyraźnie osłabienie potencjału mocarstwowego Stanów Zjednoczonych oraz nieefektywność instytucjonalna II filara UE, która w znacznej mierze wyklucza jej aspiracje do przejęcia pałeczki mocarstwa po USA.

Czy kapitalizm umarł?

Jak zła jest sytuacja na rynkach finansowych, opinia publiczna uzmysłowiła sobie dopiero w połowie września b. r., kiedy to w telewizji cały świat zobaczył jak upada Lehman Brothers, jeden z największych banków inwestycyjnych w Ameryce. Oliwy do ognia dolały informacje z kolejnych dni, które ogłaszały przejęcie kolejnego banku inwestycyjnego Merrill Lynch przez Bank of America, nacjonalizację największego ubezpieczyciela na świecie AIG oraz przejęcie dwóch firm ubezpieczeniowo-pożyczkowych Fannie Mae i Freddie Mac wraz z ich miliardowymi długami. Skala kryzysu finansowego, chociaż była do przewidzenia, spadła na świat jak grom z jasnego nieba.

Odpowiedzią rządu USA była zapowiedź wykupienia przez niego tzw. toksycznych długów banków. Plan ratunkowy pod nazwą „planu Paulsona” (od nazwiska sekretarza skarbu) przewidywał przeznaczenie na ten cel ogromnej kwoty 700 mld dolarów. W tym czasie kryzys przeniósł się do Europy. Rządy Niemiec oraz Belgii zagwarantowały swoim głównym bankom gwarancje depozytów w nich ulokowanych. W kolejnych dniach poszczególne państwa ogłaszały programy ratunkowe, które opierały się na rozwiązaniach przyjętych w Ameryce. Premier Wielkiej Brytanii ogłosił plan nacjonalizacji trzech banków oraz ok. 320 mld euro na gwarancje dla kredytów międzybankowych. Przywódcy Niemiec, Francji i Włoch w sumie na ratowanie instytucji finansowych w swoich krajach przeznaczyli łączną kwotę prawie jednego biliona euro.

Po ostatnim szczycie UE wiemy już, że w wśród przywódców państw członkowskich panuje zgoda na przebudowę międzynarodowych rynków kapitałowych. Zarówno w tym przypadku jak i w sytuacji „planu Paulsona” mamy do czynienia ze zgodą, iż obecna neoliberalna doktryna ekonomiczna się nie sprawdziła i potrzebne jest państwo oraz jego instytucje kontroli aby przywrócić rynek do stanu równowagi. Na potwierdzenie takiej tezy jej zwolennicy przytaczają słowa byłego szefa Rezerwy Federalnej USA Alana Greenspana, że doktryna neoliberalna, w którą wierzył, po prostu zawiodła.

Powszechna od kryzysu lat ’70 doktryna monetaryzmu ukuta przez Miltona Friedmana stała się dominującym sposobem myślenia o ekonomii, zastępując skompromitowany keynesizm. Teoretycznie obecny kryzys ma mieć swoje przyczyny w złych założeniach neoliberalnej gospodarki, jednak warto się zastanowić czy rzeczywiście u jego źródeł leży postępowanie wierne tym zasadom tj. prywatna własność, odpowiedzialność, antyetatyzm i wiara w mechanizmy rynkowe, na których opiera się liberalizm ekonomiczny. Zarzewie obecnych problemów znajdowało się w Stanach Zjednoczonych w relacjach występujących między trzema podmiotami działającymi na rynkach finansowych: bankiem centralnym, bankami inwestycyjnymi i ubezpieczeniowo-inwestycyjnymi oraz instytucjami raitingowymi. Polityka banku centralnego i jego szefa Alana Greenspana polegająca na utrzymywaniu niskich stóp procentowych, spowodowała ogromny wzrost zaciąganych kredytów i tym samym, w przypadku USA, wzrost cen nieruchomości. Na tej sytuacji korzystały instytucje inwestycyjne, niejednokrotnie o charakterze państwowym (tj. Fannie Mae i Freddie Mac), których kadra zarządzająca, kierowana chęcią łatwego zysku, nie brała odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Udzielanie kredytów, które niejednokrotnie nie miały najmniejszej gwarancji, że zostaną spłacone, byłoby nie do przyjęcia w firmach, w których decydują akcjonariusze odpowiadający za to własnym majątkiem. W przypadku USA, jak czytamy na blogu Instytutu Misesa, władze konsekwentnie wysyłały sygnały, że w razie problemów państwowe regulacje zabezpieczą upadające biznesy. Z kolei agencje raitingowe, które w Stanach Zjednoczonych należą do kartelu agencji założonego przez amerykańską komisję papierów wartościowych, poprzez patologiczny system oceny inwestycji, gdzie zainteresowany płaci za ocenę, w łatwy sposób gwarantowały zdolność kredytową banków. Na czym to polegało? Banki płaciły agencjom aby oceniały ryzyko związane z emitowanymi przez nie papierami wartościowymi (będącymi tak naprawdę kredytami hipotecznymi o dużej wartości ryzyka), które następnie były sprzedawane.

Przyglądając się uważnie sytuacji, która doprowadziła do kryzysu widzimy, że zasady, które tam panowały bynajmniej nie były zbieżne z ideologią liberalną. Jeżeli tak postawimy sprawę to niedorzecznym wydaje się mówienie o śmierci kapitalizmu, a już co najmniej wątpliwa jest diagnoza w konsekwencji prowadząca do poddania rynku finansowego jeszcze większej kontroli ze strony sfery państwowej. Na pewno obecny kryzys wywoła istotne zmiany ekonomiczne, polityczne i społeczne mające konsekwencje na najbliższe dziesięciolecia. Ciężko ocenić czy akurat wzmocnienie kontroli rynków finansowych będzie lekiem na całe zło wyrządzone przez nieodpowiednią politykę grupy ludzi. Jedno jest pewne – wolny rynek nie został zdyskredytowany i jak do tej pory to on był najlepszym „regulatorem” gospodarki.

Nowy przywódca świata

Ostatnią kwestią, którą chciałbym tu omówić, a która ma ogromne znaczenie dla nowej sytuacji na świecie, są wybory nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wydarzenie to ma wpływ na dwa poprzednia zagadnienia, po pierwsze z powodu znacznej roli, którą odgrywa w nich Ameryka i po drugie dlatego, że może ono w pewien sposób stanowić dla nich rozwiązanie.

Kampania zarówno prawyborcza, jak i ta właściwa, były jednym z najbardziej emocjonujących pojedynków w dziejach demokracji amerykańskiej. Zarówno John McCain, jak i Barack Obama, byli gwarantami zupełnie innej polityki niż ta, którą prowadził Biały Dom przez ostatnie osiem lat. McCain był jedyną nadzieją dla skompromitowanych administracją Busha Republikanów. Z kolei Barack Obama stał się nie tylko nadzieją Partii Demokratycznej ale także, jak się okazało w dniu wyborów, wszystkich Amerykanów niezadowolonych z obecnej sytuacji politycznej. Nie miejsce tu rozwodzić się, czy pierwszego pogrążyła negatywnie odbierana postać George Bush, czy też drugi zwyciężył, bo stał się po prostu atrakcyjnym produktem marketingowym. Powinniśmy raczej zastanowić się, który z tych kandydatów byłby lepszym przywódcą jedynego istniejącego mocarstwa na świecie, jakim są Stany Zjednoczone i jednocześnie będzie najlepszym gwarantem utrzymania w miarę pokojowych relacji między narodami. Dla nas, jako Polaków i członków Unii Europejskiej ta optyka powinna być dominująca w ocenie amerykańskich wyborów.

Chciałbym się teraz przyjrzeć dwóm zagadnieniom z programu wyborczego obu kandydatów, które to traktują szerzej o kwestiach opisywanych w poniższym tekście. Konkretnie mam na myślę politykę zagraniczną i poglądy na sprawy gospodarcze. Zacznijmy od spraw gospodarczych.

Republikanin McCain, jako neokonserwatysta, w sprawach gospodarczych reprezentował tą samą linię działania co administracja Busha, która w „niewidzialnej ręce” rynku widziała jedynego „regulatora” gospodarki. W odpowiedzi na kryzys finansowy konsekwentnie opowiadał się za rozwiązaniami proponowanymi przez Biały Dom. 4 listopada okazało się, że wizja gospodarki prezentowana przez Obamę, wizja – mówiąc wprost -socjalistyczna, w obecnej, kryzysowej sytuacji, jest bardziej trafna niż kiedykolwiek indziej. Co do tego, że swoje przekonania gospodarcze Obama będzie chciał wcielić w życie nie powinniśmy mieć wątpliwości, nam w takiej sytuacji pozostaje jedynie obserwować czy jednak sprawdzona doktryna liberalnej gospodarki nie okaże się bardziej odpowiednia.

Pogląd obu kandydatów na sprawy międzynarodowe jest znacznie ciekawszym tematem przede wszystkim dlatego, że ma bardzo widoczne przełożenie na rzeczywistość międzynarodową i tym samym na nowy ład na świecie. John McCain, tak jak odchodzący prezydent uważa, że Ameryka powinna stać na straży demokracji i praworządności międzynarodowej i w razie czego jest uprawniona do podjęcia samodzielnej decyzji o użycia siły zbrojnej. Politykę dyplomacji opartej na realnej sile zbrojnej państwa, McCain przedkłada nad politykę szukania konsensusu. Polityka proponowana przez Republikanina mimo tego, że poniosła w ostatnich kilku latach druzgocącą klęskę, to jednak nadal nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy w nadchodzących latach akurat ona nie będzie skuteczną przeciwwagą dla mocarstwowych dążeń innych państw, których aspiracje do tego miana są co najmniej moralnie, wątpliwe. Zwycięska wizja prowadzenia polityki zagranicznej firmowana przez Obamę daje zupełnie odmienny obraz. Propozycja Demokraty jest próbą oparcia wskaźników obecnej polityki zagranicznej na paradygmatach, na których opierała się ona w latach ’90 XX w. Chodzi tutaj o prowadzenie konsensualnej polityki zagranicznej w oparciu o system organizacji międzynarodowych , gwarantowanej pozycją i rolą państwa, które ją prowadzi. Daje to nadzieję na odbudowę wizerunku USA jako odpowiedzialnego gracza, korzystającego z dotychczasowych i skutecznych rozwiązań instytucjonalnych, dzięki którym w obecnym świecie panuje względny pokój. Z drugiej strony wizja Obamy może się okazać za słaba na powstrzymanie mocarstwowych aspiracji takich krajów jak Rosja, Chiny czy Indie i tym samym może doprowadzić do wypchnięcia USA z czołówki państw decydujących o polityce międzynarodowej.

W moim przekonaniu, żaden z kandydatów na prezydenta USA nie jest stuprocentowym gwarantem dla odnowy wizerunku USA i przywrócenia im roli światowego mocarstwa. Jeżeli jednak zdaliśmy się na mądrość i racjonalność demosu amerykańskiego to, jako społeczeństwo żyjące w Pax Americana, mamy prawo oczekiwać od Stanów Zjednoczonych i ich przywódcy, że nie zrezygnuje z roli międzynarodowego żandarma i nie skupi się na nowej polityce izolacjonistycznej.

Z powyższych przemyśleń na temat trzech wydarzeń uznanych przeze mnie za istotne, wynika jeden niepowtarzalny fakt – zauważalne jest słabnięcie potencjału mocarstwowego Stanów Zjednoczonych. Kryzys w Gruzji pokazał, że nowe państwa ambitnie przymierzają się do zajęcia dotychczasowego miejsca Ameryki na scenie międzynarodowej. Kryzys finansowy swoje źródła posiadał właśnie w USA, co tym samym postawiło pod znakiem zapytania dotychczasową ideologię, według której kształtowano gospodarkę państw. Trzecie wydarzenie jest wskaźnikiem potwierdzającym złą sytuację USA, zarazem jednak daje pewną nadzieję, że wraz z nowym prezydentem kraj odzyska swoją nadwątloną pozycję unilateralnego mocarstwa. Analizując głębiej również inne wydarzenia, które wpłynęły na obecną pozycję Stanów Zjednoczonych możemy znaleźć analogię do czynników zewnętrznych i wewnętrznych będących przyczyną upadku różnych mocarstw w historii świata. Trudno przewidzieć co czeka Amerykę, natomiast to czego możemy być pewni to, że w najbliższej przyszłości będziemy świadkami kształtowania się nowego ładu na naszym globie. Ładu odpowiedzialności za pokój, w którym lepiej żeby mające posłuch Stany Zjednoczone ściśle współdziałały z Unią Europejską niż, żeby ich miejsce zajęły egoistyczne i krótkowzroczne w swojej polityce państwa, prowadząc nasz świat w stronę niekończącego się chaosu.

Czytaj również
  • http://liberte.pl sdfg

    sdg
    nie czaje wogole tej strony cos innego wyskakuje cos innego pisze :D

*
MichałDulak