Odkrywanie Gdańska

Drukuj

W Gdańsku źle, obco, czuło się przez kilka dekad po 1945 r. wielu przyjeżdżających tu z wizytą Polaków. Dotyczyło to szczególnie mieszkańców sąsiednich miejscowości – Gdyni czy dzisiejszych powiatów wejherowskiego i puckiego. Ich dyskomfort i zdecydowana niechęć wobec perspektywy ewentualnej przeprowadzki miały nietrudne do odgadnięcia przyczyny. Żywy w ich pamięci był Gdańsk niemiecki, a krzywdy, jakich oni sami lub ich bliscy nader często doznali z rąk niemieckiego narodowosocjalistycznego okupanta – potworne. Gdańsk mimochodem przywoływał koszmarne wspomnienia, nadal budził w pewnym sensie irracjonalną obawę. Być może w tym właśnie tkwiło źródło pewnego dystansu, jaki wyraźnie zarysował się pomiędzy gdynianami a nowymi, polskimi już, gdańszczanami. Ci ostatni często przyjeżdżali z dawnych kresów wschodnich Drugiej Rzeczpospolitej, gdzie w latach 1939–1945 doświadczyli dwóch różnych okupacji i w większości wypadków nie tę niemiecką byli skłonni uznać za bardziej dotkliwą. Niezależnie od tego reakcje polskich Pomorzan na Gdańsk od pokoleń były autentycznym świadectwem prawdy o tożsamości tego miasta, którą komunistyczna propaganda usiłowała skazać na zapomnienie i zakryć własną, sztuczną narracją. Naturalnie bezskutecznie.

Skuteczność strategii tożsamościowej nowego reżimu byłaby być może większa, gdyby w drugiej połowie lat 40. inaczej potoczyła się debata o kształcie odbudowy Gdańska. Nie brakowało w niej silnych głosów, sugerujących zrównanie z ziemią „starego” Gdańska, przeniesienie centrum na tereny pomiędzy Nowym Portem a Wrzeszczem i przekształcenie okolic Długiego Targu i Motławy w tereny zielone. Oczywiście, nowe centrum miało być całkowicie podporządkowane funkcjom produkcyjnym miasta, jak na miejsce życia klasy robotniczej przystało. A jednak ta opcja debatę przegrała, a górę wzięła koncepcja odbudowy Gdańska przedwojennego, rozumianego jako uniwersalne dobro kultury europejskiej. Dzieła tego dokonano ze zmiennym powodzeniem. Specjaliści po dzień dzisiejszy dyskutują, czy był to architektoniczny sukces, czy jednak w znacznej mierze klęska. Niezależnie od tego daleko idące przywrócenie miastu przedwojennego oblicza stanowiło z propagandowego punktu widzenia prawdziwe wyzwanie. Władze lokalne i centralne w kolejnych dekadach włożyły niezwykle wiele wysiłku w promowanie historiozoficznej narracji, na której kanwie umocowany miał zostać mit Gdańska jako miasta „zawsze polskiego/słowiańskiego”, które na przestrzeni wielu stuleci bohatersko stawiało opór germańskiej presji terytorialnej, acz nie zawsze potrafiło uniknąć porażki i „kolonizacji” przez Niemców. Stał się Gdańsk perłą w koronie tzw. Ziem Odzyskanych, oficjalna nomenklatura mówiła o roku 1945 jako o jego „powrocie do Macierzy”. Bezwstydnie manipulowano historią miasta, przypisując polskość każdemu w gruncie rzeczy słynnemu gdańszczaninowi, który żył w stuleciach poprzedzających XIX-wieczny wynalazek nacjonalizmu, a który nie był już w zupełnie oczywisty sposób Niemcem (Johannes Hevelius, Joachim Pastorius, Jeremiasz Falck). W 1947 r. z odpowiednią pompą obchodzono w Gdańsku 950. rocznicę pierwszej wzmianki o słowiańskiej osadzie na terenie zbliżonym do Gdańska. Przy tej okazji po raz pierwszy ujawnił się zresztą pewien dysonans pomiędzy władzami lokalnymi a aparatem centralnym. Program uroczystości zmieniono na rozkaz Bolesława Bieruta, tak aby był mniej mieszczański i całkowicie areligijny. Mieszczański Gdańsk przywoływał bowiem skojarzenia bezsprzecznie niemieckie. Każda akcja powoduje reakcję i także dlatego Gdańsk miał szczególnego pecha. Mit „zawsze polskiego” Gdańska nie był bowiem pierwszą próbą zafałszowania tożsamości miasta.

Pierwszy raz lokalna historia Gdańska została potraktowana instrumentalnie przez świat polityki w roku 1919, gdy ważyły się losy ustaleń traktatu wersalskiego. Obie strony manipulowały przeszłością, próbując przeciągnąć Gdańsk to na jedną, to na drugą stronę granicy. Stworzyło to, niestety, optymalny grunt pod narodowosocjalistyczną manipulację tożsamością miasta w latach 30., gdy Wolne Miasto Gdańsk – jako naturalny front walki o zwiększenie „przestrzeni życiowej” – stało się jednym z priorytetów polityki kulturowej Berlina. Niemieckość Gdańska – dotąd zjawisko po prostu istniejące jako fakt, ale niejako mimochodem, jedno z wielu w życiu miasta – stało się czynnikiem definiującym dla jego racji bytu i centralnym w jego uprzednio raczej mieszczańsko-kapitalistycznej tożsamości. Peter Oliver Loew pisze o „sakralizacji” niemieckości, w której ramach oczywiście usilnie marginalizowano nieniemieckie elementy miejskiej tożsamości.

Tak oto rysowały się dwie sprzeczne z sobą narracje tożsamościowe, jednakowo fałszywe, narzucone gdańszczanom w latach „krótkiego XX w.”. PRL-owska narracja była swoistym połączeniem nacjonalizmu i komunizmu, dlatego łatwo było przewidzieć trudności z jej odrzuceniem po przełomie roku 1989. Prawicy nie jest łatwo wojować z akcentami nacjonalistycznymi, skoro sama deklaruje silne przywiązanie do wartości narodowych i gorliwie przeżywa swój patriotyzm. Mimo to fałszywość i sztuczność tożsamości zrodzonej z mitu „zawsze polskiego” Gdańska była tak ewidentna, że także gdańscy konserwatyści odegrali ważną rolę w porządkowaniu obrazu lokalnego świata. Nieco łatwiejsze zadanie stanęło przed gdańskimi liberałami i innymi przedstawicielami zaangażowanego w antykomunistyczną opozycję politycznego centrum. Dla tych środowisk narracja „zawsze polskiego” Gdańska była nie do przyjęcia ze względu na jej symbiotyczne zespolenie z wizją miasta przyznającego „przewodnią rolę klasie robotniczej”. Pierwotnym źródłem zainteresowania autentyczną tożsamością miejsca i jego lokalną historią było pragnienie przywrócenia do życia tego Gdańska z etosu warstwy mieszczańskiej wraz z jego kapitalistycznym duchem portu tętniącego handlem, otwartego na cały świat poprzez „wrota do morza”. To za pośrednictwem tych społeczno-ekonomicznych wątków elity miejskie coraz śmielej poczęły ponownie wyciągać na światło dziennie aspekty narodowościowe Gdańska i odważniej o nich mówić. Do działań tych zalicza się nie tylko dzieła literackie Stefana Chwina i Pawła Huellego, lecz także znaną nawet poza Pomorzem (gdyż wydaną z inicjatywy Donalda Tuska) serię albumów fotografii przedwojennego Gdańska pod tytułem „Był sobie Gdańsk”, serię artykułów publicystycznych giganta gdańskiej polonistyki prof. Jerzego Sampa, który o prawdziwej historii miasta pisał bez tabu i uprzedzeń i docierał z tym do masowego odbiorcy, oraz niestrudzoną pracę prof. Andrzeja Januszajtisa na rzecz dalszej rekonstrukcji autentyzmu Gdańska w warstwie architektonicznej, przestrzennej i zabytkowej.

Lange Bruecke - Gdańsk (1945)
Lange Bruecke – Gdańsk (1945)

Wspólnota wartości mieszczańskich, etosu pracy w kapitalizmie i ich uniwersalizm w europejskim kręgu kulturowym są faktem bezsprzecznym. W przypadku Gdańska, w sprzyjających warunkach odrzucenia systemu realnego socjalizmu, okazało się, że ten aksjologiczny rezerwuar ma potencjał na tyle poważny, że stał się alternatywą identyfikacyjną dla prostej wspólnoty narodowej. Dodatkowo upływ lat (i pokoleń) od zakończenia II wojny światowej, zmieniająca się sytuacja geopolityczna i coraz liczniejsze przejawy skuteczności w procesie pojednania polsko-niemieckiego z jednej strony oraz zwyczajna uczciwość wobec prawdy historycznej o kształcie tożsamości miasta przed 1914 r. z drugiej strony skłoniły elity miejskie do odrzucenia propozycji kontynuowania narracji mitu „zawsze polskiego” Gdańska także w rzeczywistości Trzeciej Rzeczpospolitej. PRL-owska wizja tożsamości Gdańska nie mogła przetrwać, ponieważ jej nieprawdziwość była nadmiernie rażąca, wręcz obrażająca inteligencję. Nie oznacza to, że nie była ona w latach 90., a nawet jeszcze w pierwszych latach XXI w., promowana w zmodyfikowanej formie. Elementem lokalnego kolorytu była dostrzegalna nie tylko między wierszami niechęć redakcji lewicowego „Głosu Wybrzeża” do odkrywania niemieckiej przeszłości miasta, obecna także w kręgach szeregowych aktywistów SLD. Z zajadłym oporem spotykały się próby rzucenia nieco mocniejszego światła na zachowanie żołnierzy Armii Czerwonej w mieście i regionie po przetoczeniu się frontu w 1945 r. Centrum i prawica (poza tą radykalną) okazały się tymi siłami politycznymi, w których gotowość do postawy otwartości i pewnej dozy wielkomiejskiego kosmopolityzmu ujawniły się wyraźniej, choć przecież to nie one wypisywały sobie onegdaj te wartości na czerwonych sztandarach.

Dość nietypowym zjawiskiem było więc zajmowanie akurat przez lewicę pozycji nacjonalistycznych w sferze debat o kulturowej tożsamości lokalnej. Ta „narodowo-postkomunistyczna” narracja traciła wpływy powoli, ale w sytuacji zorientowania się całej Polski na integrację z NATO i UE jasne dla wszystkich uczestników debaty było chyba to, że – jako oczywisty relikt historii – jest na porażkę skazana. Otwarte pozostawało pytanie – i do pewnego stopnia do dziś jeszcze pozostaje – jaka tożsamość w najlepszy sposób odda ducha tego miasta w XXI w., pozostając w zgodzie z faktami lokalnej historii. W dyskusjach, artykułach, publikacjach i oficjalnych wystąpieniach władz miasta zarysowały się dwie alternatywy, które z logicznego punktu widzenia alternatywami w czystej postaci nie są, ponieważ częściowo się zazębiają, a także z roku na rok rośnie przekonanie, że mogą i będą koegzystować.

Ich punktem stycznym jest oczywiście uwypuklenie najnowszej historii miasta i dumnej roli, jaką ono odegrało jako główna arena przemian demokratycznych lat 1980–1989, ze smutnym preludium roku 1970 włącznie. „Miasto wolności”, „miasto solidarności”, „zaczęło się w Gdańsku” to piękne hasła, które z marketingowego punktu widzenia zapewne mają swój potencjał. To jednak relatywnie łatwe wybory, jeśli chodzi o kształtowanie tożsamości. Więcej kontrowersji budzić muszą omawiane tu problemy narodowościowej historii Gdańska i budowania w tym kontekście jego tożsamości na podstawie autentyczności, prawdy oraz naturalnego pragnienia skonstruowania pewnej ciągłości w „opowieści o mieście”. Na razie w tym zakresie z Gdańska wyraźnie dochodzi dwugłos. Uwypukla się kosmopolityczny charakter Gdańska jako „tygla wielu kultur”, podkreśla się różnorakie wpływy architektoniczne, wielonarodowość społeczności miejskiej, w sposób przesadzony podnosi się otwartość na świat i wszelakich przybyszy jako stałą cechę mentalności gdańskiego mieszczanina. Ten mit „wielokulturowości” – nazwijmy go „narracją kosmopolityczną” – jest najchętniej promowany przez centroprawicowe elity Gdańska o zabarwieniu rozsądnie konserwatywnym i oczywiście silnie antykomunistycznym. Wydaje się on próbą znalezienia kompromisu pomiędzy dwoma odczuwanymi przez to środowisko impulsami: własnym patriotyzmem i preferencją dla polskich interesów, ale też odrzuceniem optyki PRL-owskiego Gdańska, którą słusznie ocenia się jako kłamliwą. Kompromis ten jest jednak trudny i generuje rezultat noszący znamiona półśrodka w zakresie usiłowań na rzecz skonstruowania autentycznej narracji o dziejach Gdańska. W oczy rzuca się uwypuklanie (wyolbrzymianie?) wpływu m.in. hugenotów, Holendrów czy Szkotów na tożsamość miasta, a w efekcie jednak także pomniejszanie znaczenia udziału ludności niemieckiej w jego rozwoju. Stefan Chwin bez ogródek krytykuje tę narrację jako „kolejną degermanizację pamięci o mieście”. Z drugiej strony istnieje jednak narracja, której symbolem stały się fotografie Gdańska z przełomu XIX i XX w. opublikowane w albumach Donalda Tuska. Fotografie ukazujące niemieckie szyldy sklepowe i ulice liczebnie zdominowane przez typowych dla epoki niemieckich mieszczan. Narracja tożsamościowa przyznająca, iż Gdańsk w swojej historii był miastem większościowo niemieckim, ale odcinająca się oczywiście radykalnie od manipulacji narodowosocjalistycznej, czyniącej z owej niemieckości pierwiastek definiujący całe miasto. Narracja oparta na faktach i nieusiłująca niczego uwypuklać ani niczego umniejszać, przypominająca, że przed XIX w. ludzie nacjonalizmu w zasadzie nie znali, więc pomimo różnic etnicznych ówcześni mieszczanie identyfikowali się przede wszystkim jako gdańszczanie. Narracja nie tylko umożliwiająca, poprzez odważną percepcję prawdy historycznej, nawiązanie nici ciągłości pomiędzy rozkawałkowanymi drastycznymi cięciami na etapy dziejami miasta, lecz także stanowiąca ostateczny dowód na to, że Gdańsk nie pozwolił możnym tego świata uczynić z miasta i jego historii narzędzia do manipulacji politycznych, uprawianych z odległości stolic przez niedemokratyczne reżimy.

Tożsamość miasta, aby być trwała i identyfikować mieszkańców z miejscem, musi być szczera, prawdziwa i odczuwalnie autentyczna. W tym wypadku kłamstwa mają wyjątkowo krótkie nogi i potrzebują bagnetów, aby im owe nogi zastępowały. W ostatnich momentach, zanim tożsamość Gdańska po raz pierwszy stała się w czytelny sposób narzędziem polityki, ewolucja społeczno-polityczna uczyniła zeń relatywnie typowe niemieckie miasto z kilkoma mniejszościami narodowymi, politycznie zdominowane przez narodowych liberałów, kosmopolityczne, ale z domieszką konserwatyzmu, silnie zorientowane na rozwój gospodarczy. Po zakończeniu I wojny światowej tożsamość miejska przestała się stopniowo kształtować w sposób spontaniczny, gdyż stała się przedmiotem manipulacji, celowo ukierunkowanych na zamazywanie prawdy i wspieranie politycznych fikcji o niebezpiecznym dla ludzi i narodów charakterze. Proces odkłamania tożsamości miasta jest tym trudniejszy, że po 1945 r. doszło do wymiany mieszkańców i ich współcześni potomkowie nie czują potrzeby sięgania po te dawne wątki tożsamości. Oczywiste jest, że Gdańsk to teraz polskie miasto i jego nowa tożsamość będzie inna niż kiedykolwiek wcześniej. Duma z polskich osiągnięć lat 1980 i 1989, będąca udziałem żyjącego tu i teraz pokolenia, stanowi autentyczny element polskiej tożsamości miasta, który tym różni się od PRL-owskich prób spolszczania Gdańska, że nie ucieka się do falsyfikacji, przemilczeń i wykoślawień faktów. Spojrzenie na długą historię miasta zawsze jednak pozostanie elementem współkształtującym tożsamość. Dlatego Gdańsk, może nieco powolnie i nieco wystraszony, stopniowo odkrywa obraz swojej niemieckiej przeszłości. Na tle procesów integracji europejskiej, w których ośrodki metropolitalne (zwłaszcza położone na szlakach komunikacyjnych) będą odgrywać coraz większą rolę, może się okazać, że pomimo różnic narodowościowych ta przeszłość jest zdatna do inkorporowania przez współczesną polską społeczność w ramy jej lokalnej tożsamości właśnie dzięki odkłamaniu, przez co przecież dochodzi do zaniku konfrontacyjnych potencjałów tych narodowościowych elementów autoidentyfikacji. Pozostaje oferta ciągłości, wspólnego pielęgnowania dumy lokalnej i poczucia wspólnoty wygenerowanego przez wspólny cel, jakim jest praca na rzecz pomyślności Gdańska.

Tekst został zamieszczony w XVII numerze „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
PiotrBeniuszys
Politolog i socjolog, kościerzanin z urodzenia, obecnie mieszkaniec Gdańska. Członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!".
@ piotr_beniuszys