Odtrutka na fanatyzm

Drukuj

Wspólne działanie przełamuje bariery bardziej niż jakiekolwiek rozmowy.

Siedzimy z Basią na lotnisku we Frankfurcie. Czekamy na samolot do Kairu i ciągle się śmiejemy. Bawi nas wszystko. W ten sposób odreagowujemy strach ostatnich dni. Obie miałyśmy tę samą myśl: spotkanie chrześcijan z ponad 20 krajów w Egipcie to rewelacyjny cel dla terrorystów. Chyba nam odbiło, że tam jedziemy?

Wybieramy się na Pielgrzymkę Zaufania, organizowaną przez wspólnotę z Taizé oraz koptyjską wspólnotę Anafora. Ma w niej uczestniczyć stu Egipcjan i sto osób spoza Egiptu, głównie z Europy, ale także Iraku, Libanu, Etiopii… Organizatorzy zachowali środki ostrożności. Dokładny program spotkania poznamy dopiero na miejscu. Poproszono nas też, abyśmy w trakcie nie publikowali niczego na Facebooku.

Gdy rejestrowałyśmy się na rządowym portalu <odyseusz.msz.gov.pl>, wyświetliło się ostrzeżenie przed podróżami do Egiptu oraz wskazówki dla tych, którzy jednak się wybierają: trzymać się kurortów i nie zbliżać do miejsc kultu religijnego. Bezcenna rada skoro jedziemy na pielgrzymkę.

Strach miał sens, póki mogłyśmy się jeszcze wycofać. Teraz, na lotnisku, już tylko się śmiejemy.

***

Jesteśmy na miejscu, w Anaphora Retreat Centre. Zdejmuję sandały i wchodzę do koptyjskiego kościoła. Przez otwór w kształcie oka wpada światło. Kościół jest ascetyczny, tylko dwie ikony. „Pierwsi chrześcijanie nie mieli ikon” – wyjaśniają gospodarze. Wsłuchuję się w koptyjskie hymny i już wiem, że tu nie można się bać. Czuję się szczęśliwa.

***

Wieczorem, na tarasie, poznajemy Minę. Był w Polsce, wie, że moje imię jest popularne. „Mina to tak jak u was Agnieszka”– tłumaczy. Na nadgarstku ma wytatuowany mały koptyjski krzyż. Taki tatuaż jest charakterystyczny dla Koptów, podkreśla ich przynależność do mniejszości. Jest deklaracją, że nie wyrzekną się wiary w obliczu prześladowań. Tradycyjnie tatuowano małe dzieci, by mogły zachować swoją tożsamość w przypadku śmierci rodziców. Teraz coraz częściej tatuaże robi sobie młodzież. Mina zrobił swój, gdy miał 18 lat.

***

W Anaforze są z nami dwie muzułmanki z Francji, które zajmują się promowaniem dialogu międzyreligijnego. Dzielą się doświadczeniem. „Nie ma sensu dyskutować o religii. Wierzymy w różne rzeczy i jeśli chodzi o dogmaty, nie dojdziemy do porozumienia.” Zamiast dyskutować, dziewczyny angażują ludzi w wolontariat, ponieważ pomoc innym to wartość łącząca wszystkie religie, a wspólne działanie przełamuje bariery bardziej niż jakiekolwiek rozmowy.

Dialog prowadzą też dominikanie, których odwiedzamy w Kairze. Studiują Koran, by lepiej zrozumieć muzułmanów. Ubolewają, że z ich biblioteki pełnej książek o islamie korzysta tak niewielu chrześcijan. Podkreślają, że kluczowe w dialogu są nie podobieństwa, lecz właśnie różnice. Nie zrozumiemy muzułmanów, jeśli będziemy zakładać, że myślą tak samo jak my. Gdy muzułmanin mówi, że Koran to Słowo Boże, co to znaczy dla niego? Bo może oznaczać zupełnie co innego, niż gdy chrześcijanin mówi, że Słowem Bożym jest Biblia.

Mina także zgłębiał Koran, ale z inną motywację niż dominikanie. Chciał zrozumieć, dlaczego ekstremiści go tak nienawidzą. Opowiedział nam o koledze, z którym studiował medycynę. Lubili się. Potem kolega zaczął chodzić częściej do meczetu i oddalił się od Miny. Pewnego dnia zniknął. Wyjechał do Syrii, przyłączył się do ISIS. Nie żyje.

***

Jedziemy do Wadi an-Natrun, czyli Sketis, do monastyru św. Makarego Wielkiego. To tu ludzie zaczęli uciekać w IV wieku, gdy chrześcijaństwo zostało zalegalizowane i stało się religią państwową. Właśnie w ten sposób narodził się chrześcijański monastycyzm. W klasztorze św. Makarego w 1969 roku było tylko 6 mnichów, teraz jest ich 140, nie licząc okolicznych pustelników. Pytamy naszego przewodnika, skąd taki rozkwit. „To pozytywny skutek uboczny prześladowań”– odpowiada.

***

Nasz pierwszy dzień w katolickiej parafii na Szubrze w Kairze. Spotkanie Taizé się skończyło, ale my zostajemy w Egipcie jeszcze tydzień. Pijemy egipskie piwko, jemy pizzę i oglądamy amerykański film akcji z afrykańskimi misjonarzami. Księża nie mają tu dużo duszpasterskiej pracy, katolików jest bardzo mało, więc angażują się w pracę społeczną. Przy parafii działa dzienny ośrodek dla osób z niepełnosprawnością – Klub Szczęścia; takich osób rodzi się w Egipcie wiele, ze względu na zwyczaj zawierania małżeństw z kuzynami.

Spędzamy w Klubie Szczęścia dwa dni. „Nie mówią tam po angielsku – informuje Robbin, misjonarz z Kenii, który zaprosił nas na Szubrę. – Ale nie martwcie się, będziecie rozumieć język serca”. Rzeczywiście, tak to działa. Drugi dzień kończymy tańcami przy głośnej arabskiej muzyce; potem odprowadzamy wszystkich do autobusu, kupionego za polskie pieniądze zebrane przez stowarzyszenie Dom Wschodni. Patrzymy, jak odjeżdżają i już zaczynamy tęsknić. „Pojechali do domu później, bo nie chcieli się z wami rozstać – tłumaczy Robbin. – Kochali waszą obecność.”

Nasi gospodarze zabierają nas również do Sióstr Misjonarek Miłości, które opiekują się starszymi ludźmi znalezionymi na ulicy – chrześcijanami i muzułmanami. Robimy z nimi pranie, ręczne – w domach Sióstr Matki Teresy nie używa się pralek. Potem idziemy karmić podopiecznych. Próbuję nakarmić jedną panią, ale ona nie chce jeść nie dzieląc się ze mną. Żeby nie sprawić jej przykrości, zapominam o zasadach higieny i jemy razem z jednego talerza. Siostra tłumaczy mi jej słowa: „Chce, żebyś była jej córką. Ma wolne łóżko w pokoju. Prosi, żebyś została”.

Z siostrami jedziemy na Mukattam, do dzielnicy śmieciarzy. Trwa recykling śmieci z całego Kairu, trudno jest znieść wszechobecny smród. Idziemy do wykutego w skale monastyru. To tu znajduje się góra, która – jak wierzą Koptowie – była wcześniej na placu Tahrir, póki nie przeniosła się o trzy kilometry dzięki modlitwom Szymona Szewca. Nagle Basia wypowiada moją myśl: „Nie było wykrywacza metalu”. Rzeczywiście, to pierwszy kościół, w którym nie sprawdzano nas przy wejściu. Przez chwilę czujemy się trochę nieswojo, potem zajmuje nas co innego, ponieważ do biskupa przychodzi muzułmanka i prosi o egzorcyzm dla swojej córki.

***

„Jeśli muzułmanin przechodzi na chrześcijaństwo, czy to niebezpieczne dla Kościoła, który go przyjmuje?” – pytam. „Nie, dla Kościoła nie. Ale to niebezpieczne dla niego i jego rodziny. Jeśli ktoś zdradza prawdziwą religię, musi umrzeć.” Dopytuję, co ma z tym wspólnego rodzina. „Pozwala mu porzucić islam, więc też jest winna”. Przypominam sobie opowieści, które słyszałam wcześniej – o konwertytach, którzy prowadzą podwójne życie, ukrywając zmianę religii przed swymi najbliższymi.

***

Na niektóre tematy w Egipcie rozmawia się tylko w domowym zaciszu. A na niektóre nie rozmawia się wcale. Nasi gospodarze nie wspominają o okresie, gdy rządził Mursi. To zbyt traumatyczne. „Dark ages” – tyle słyszymy. Tylko Robbin opowiada nam o czasach, kiedy bali się wyjść z domu. Egipt jest pogrążony w ekonomicznym kryzysie. Ceny wzrosły kilkakrotnie, ludziom żyje się bardzo ciężko. Dla nas dalej jest śmiesznie tanio, ale to dlatego, że funt egipski bardzo stracił na wartości. W tej sytuacji trudno wychwalać rząd, ale dla naszych przyjaciół wszystko to jest lepsze niż islamska dyktatura.

***

Wysiadamy z ubera w umówionym miejscu. „Nigdy nie korzystajcie z ubera”– to jedna z rad, które dostała Basia przed wyjazdem. Złamałyśmy tę zasadę, podobnie jak wszystkie inne. Przyjeżdża po nas Omneya, którą poznałyśmy w Instytucie Dominikańskim. Jest muzułmanką i pracuje w szkole Montessori prowadzoną przez organizację Alwan Wa Awtar. Stara się promować różnorodność i tolerancję. Zarówno wśród nauczycieli, jak i uczniów są muzułmanie i chrześcijanie. Dzieci różnią się też pochodzeniem społecznym i zamożnością.

Omneya pokazuje nam pomoce do nauki geografii. Każdy kontynent ma przyporządkowane pudełko, w którym znajdują się pamiątki z tej części świata. Wzbogacamy europejskie pudełko, wrzucając do niego kilka groszy i bilet łódzkiego MPK. Omneya wyjmuje z niego pocztówkę z Włoch – jest na niej renesansowy obraz przedstawiający kobietę z dużym dekoltem. „Gdy muzułmańskie dzieci to widzą, pytają, dlaczego jest tu rozebrana kobieta. Dla nich to haram – opowiada. – Ja wtedy tłumaczę, że we Włoszech to normalne, że maluje się rozebrane kobiety. I wtedy dzieci chcą wiedzieć, czy ludzie we Włoszech są dobrzy. Tak, są dobrzy, odpowiadam, żyją zwyczajnie, mają rodziny, chodzą do pracy, tak jak my.” Tata jednego z uczniów, Ramadan, proponuje, że nas odwiezie. Jest taksówkarzem. Nie chce przyjąć od nas pieniędzy.

***

Odnosimy wrażenie, że Kościół w Egipcie nieustannie świętuje. Na uroczystości św. Teresy od Dzieciątka Jezus poznajemy Marcosa, wymieniamy się od razu Facebookiem. Potem robimy selfie. „Ze świętą Tereską czy z Matką Boską?”– zastanawia się Marcos. Robimy dwa.

Rocznicę przybycia do Egiptu św. Franciszka z Asyżu i jego spotkania z sułtanem też świętujemy. Jest wielu ważnych gości, także minister kultury. „Czy w rządzie jest jakiś chrześcijanin?”– pytam Robbina. „Tak. Jeden”. „Czym się zajmuje?” „Jest ministrem ds. chrześcijan.”

***

Idziemy z jednym z księży do meczetu Al-Azhar i poznajemy jego nauczycielkę, wykładającą biografię Mahometa. Lekcje w meczecie są otwarte dla wszystkich, natomiast Uniwersytet Al-Azhar przyjmuje wyłącznie muzułmanów. Dla naszego gospodarza zrobiono wyjątek; studiował na uniwersytecie arabski i historię islamu. „Jeśli macie ochotę, przyjdźcie na egzamin posłuchać, jak studenci odpowiadają na pytania” – zaprasza nas z uśmiechem nauczycielka.

***

Odważyłyśmy się i jedziemy same pociągiem. Tu nie ma wagonu tylko dla kobiet, jak w kairskim metrze. Niedaleko nas stoi salafita. Napotykam jego wzrok i robi mi się nieprzyjemnie. Łódzkie dresy też niemiło patrzą, ale to spojrzenie jest inne… Wysiadamy w Aleksandrii i kiedy jesteśmy już w aucie Miny, czuję, jak schodzi ze mnie napięcie. Opowiadam mu o salaficie. „Jak patrzył?”– pyta Mina. „No… z nienawiścią” – odpowiadam. „No tak, salafici nas nienawidzą, więc tak patrzą. Ale nie zrobią wam krzywdy. Boją się. Nienawiść zostanie w ich sercach. Zapomnijcie o nim, zapraszam was na śniadanie, co chcecie zjeść?”

***

Na pożegnanie Robbin zabiera nas do „liberalnej” dzielnicy Zamalek. Siedzimy w knajpce na dachu, z widokiem na Nil. Palimy sziszę, na stole stoją puste butelki po piwie. „Wyślę zdjęcia twojemu mężowi”– śmieje się Robbin. „A my twojemu biskupowi”– odgryzamy się. „Jakoś się wytłumaczysz – dodaje Basia. – Powiesz, że to taka nowatorska metoda ewangelizacji”. „Tak, wy mnie ewangelizujecie”– odpowiada Robbin. I właśnie w tym szisza barze odbywamy jedną z najważniejszych dla nas rozmów w Egipcie. Dwa tygodnie później piszę z Polski do Robbina, dzielę się refleksjami. „To ciekawe, że właśnie wtedy, paląc sziszę w barze, poruszyliśmy tak głębokie duchowe kwestie – zastanawia się Robbin. – Tak właśnie jest. Łaska Boża nie zna żadnych ograniczeń.”

***

Kilka dni po naszym powrocie do Polski w Kairze zostaje zamordowany ksiądz Samaan. Koptyjski kolega pisze na WhatsAppie: „Módlcie się, żeby zniknęły analfabetyzm, nienawiść i korupcja. To są prawdziwe przyczyny terroryzmu. Przez nie krwawi świat, nie tylko Egipt”.

Agnieszka Matera – life coach, psycholog; od lat związana z sektorem NGO, między innymi z krakowską Fundacją Przestrzeń Rozwoju; autorka międzynarodowego projektu „Intercultural Dialogue and Empathic Communication”, mającego na celu przeciwdziałanie postawom ksenofobii wśród młodzieży; praktykuje medytację chrześcijańską

Fot. Barbara Tokarska, z archiwum autorki.

Czytaj również
O autorze
*
AgnieszkaMatera
life coach, psycholog