Okiem organizatora – próba przypomnienia, jak to było

Drukuj

Od 25 lat jestem aktywnym uczestnikiem i organizatorem wydarzeń kulturalnych i rozrywkowych w dawnym mieście włókniarzy. Włókniarzy w Łodzi praktycznie już nie ma, a podobnie jak zmieniała się historia miejskiej kultury i festiwali, zmienia się ich publiczność. W mojej opinii z wielu powodów rozwój kultury jest tu dużo szybszy niż ewolucja publiczności. Dlatego w Łodzi sukces osiągnęły tylko wydarzenia przyciągające publiczność co najmniej krajową. Oznacza to, że w naszym mieście są warunki do twórczego rozwoju i inkubowania nowych, często ryzykownych przedsięwzięć w sferze przemysłów czasu wolnego. Te, które znamy, istnieją głównie dzięki sile, pasji i uporowi ich twórców oraz, oczywiście, wsparciu instytucji miejskich i sponsoringowi. Byłem zarówno świadkiem, jak i uczestnikiem, a także organizatorem kilku z nich, dlatego chętnie podzielę się – oczywiście subiektywną – refleksją o tym, jak to było w naszym mieście, co dzieje się obecnie i dokąd zmierzamy.

Z racji swojej profesji i doświadczenia zajmę się obszarem działań pozainstytucjonalnych, które znam najlepiej. Dzisiaj Łódź wszem i wobec ogłasza, że kreuje, ale przecież kreowała już wcześniej. I jak potrafiła stworzyć, tak samo potrafiła zniszczyć. Dlatego uważam, że warto przypomnieć sobie wydarzenia poprzedzające dzisiejszą strategię miasta – Łódź miejscem przemysłów kreatywnych – być może po to, by nie powtarzać błędów z całkiem nieodległej przeszłości.

Lata 90. – kreują

Ostatnia dziesięciolatka minionego stulecia zakwitła obficie wszelkiego rodzaju pomysłami kulturalnymi, chociaż do dzisiaj trudno określić, którą działalność opisać jako tę już kulturalną, a nie zwyczajnie imprezową. Cały naród, w tym również łodzianie, budził się do życia po latach komuny. Sami musieliśmy się nauczyć, czym jest twórczość i organizacja wydarzeń w przestrzeni publicznej. Przedtem podział na duże, zwłaszcza plenerowe, imprezy był jasny: święta państwowe (np. obchody 1 Maja), święta kościelne (np. Boże Ciało) i wydarzenia sportowe (mecze piłki nożnej). Poza tymi przestrzeniami nie działo się praktycznie nic, co i tak nie byłoby finalnie kontrolowane przez władzę. Pamiętamy jeszcze z lat 80. masowe demonstracje opozycji – wtedy wielkiej Solidarności – ale te i tak kończyła władza. Dlatego pojawiający się na początku lat 90. organizator kultury niezależnej, jeśli nie chciał działać pod którymś z trzech wymienionych parasoli, musiał się uczyć wszystkiego samodzielnie i na własną odpowiedzialność pokonywać kolejne stopnie wtajemniczenia – często boleśnie to odczuwając. Dlatego ten okres był bardzo kreatywny, a zarazem trudny, szczególnie jeśli pracowało się na zupełnie niezbadanym terenie. Spośród ogromnego grona organizatorów z tamtego czasu do dzisiaj aktywnych pozostało niewielu. Z drugiej strony okres ten to pierwsze lata wolnego rynku i lawinowego napływu wszelkich światowych marek, które na gwałt potrzebowały promocji, z czego stosunkowo łatwo było korzystać, organizując imprezy i wydarzenia. O sponsoring już nigdy potem nie było tak łatwo. Paradoksalnie młode, powstające w wolnym kraju samorządy dość nieufnie spoglądały na nowe formy działalności kulturalnej, sponsorzy zaś bardzo łatwo ulegali namowom, a często sami poszukiwali imprez, przy których chcieli się promować, lub sami kreowali nowe wydarzenia, stając się sponsorami tytularnymi. Zdecydowana większość ze stworzonych „marketingowo” pomysłów już nie istnieje i prawie nikt ich nie pamięta. Oczywiście, przetrwały tylko te imprezy i festiwale, które wyrosły z pasji oraz wiedzy i które przede wszystkim zgromadziły dużą publiczność, tworząc z nią stałe więzy, a tym samym aktywując nowe subkultury, współtworząc obraz kultury i atmosferę naszego miasta. Pozwolę sobie wspomnieć kilka przykładów imprez powstałych w tamtych czasach, przy których również miałem zaszczyt pracować, tak aby oddać choć jakąś część tego ducha kultury festiwalowej w latach 90. i pierwszej dekady nowego stulecia w Łodzi.

Wunder Wave – nadal kreuje

Ta inicjatywa to cykl już 79 koncertów, począwszy od roku 1989, w których trakcie w łódzkich klubach i innych pomieszczeniach wystąpiła cała czołówka polskiego i światowego punk rocka. Na początku lat 90. jedną z silnych grup „młodzieży alternatywnej” w naszym mieście z pewnością byli punk rockowcy, zgromadzeni wokół łódzkiej sceny, na której królował zespół Moskwa. Środowisko to było bardzo zróżnicowane, ale pomysł Krzysztofa Lacha (Lolka) i Wiktora Skoka, mimo zmiennych losów, przetrwał do dziś. Spójny, charakterystyczny, czarno-biały, drapieżny styl ulotek, plakatów, okładek i wszelkiego rodzajów gazetek (zinów) przejęli później członkowie klanu Depeche Mode. Praktycznie od początku lat 90. do dzisiaj każdy, kto w Łodzi potrzebował spotkania z kulturą undergroundu, wcześniej czy później trafiał na Wunder Wave. W imprezach brało udział kilkaset osób, a na ostatni koncert w Dekompresji można było wejść za mało zbuntowaną cenę 70 zł. Charakter imprezy przetrwał próbę czasu i nawet jeśli nie jesteśmy fanami The Exploited, powinniśmy docenić, że przez ponad 20 lat Łódź istniała na mapach europejskiej kultury undergroundowej i gromadziła kolejne pokolenia młodych ludzi poszukujących czegoś dla siebie poza nurtem centralnym.

Komiksy – kreują

Historię łódzkiego festiwalu komiksu znam wyjątkowo dobrze, bo jestem obecny przy jego organizacji od pierwszych dni. Jeszcze w latach 80. w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Łodzi powstała nieformalna grupa młodych rysowników o nazwie ZENEK (Zbiór Elementów Niezidentyfikowanych Ewentualnie Kroczących), której członkowie byli zafascynowani komiksem i ilustracją. Spotkania odbywały się po lekcjach w klasie przeznaczonej na zajęcia z chemii i fizyki. W roku 1990 we współpracy z Maciejem Okuńskim odbyła się pierwsza wystawa grupy w siedzibie firmy Sto Films. W lutym 1991 r. w Kielcach odbył się pierwszy Ogólnopolski Konwent Twórców Komiksu, gdzie stawiła się silna reprezentacja łodzian i natychmiast podjęto decyzję, że następna impreza, już z otwartym konkursem na krótka formę komiksową, odbędzie się w Łodzi. Po długich poszukiwaniach udało się namówić do współpracy Łódzki Dom Kultury, gdzie pod okiem Andrzeja Sobieraja rozpoczęła się historia festiwalu. W roku 1994 powstało Stowarzyszenie Twórców Contur, a prace nad festiwalem gwałtownie przyśpieszyły i przyśpieszają nadal. W tym roku festiwal pod nazwą Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier odbędzie się już po raz 25. i mamy nadzieję, że uda nam się zorganizować imprezę prawdziwie jubileuszową.

Kiedy w roku 1991 odbywały się pierwsze imprezy w Polsce, nikt nie wydawał komiksów. Nowy rynek wydawniczy dopiero się tworzył, a kolorowa literatura praktycznie była nieosiągalna. Rozwój łódzkiego festiwalu spowodował zainteresowanie wydawców rosnąca grupą czytelników i śmiało można powiedzieć, że wszyscy do dzisiaj prosperujący wydawcy swoją premierę mieli właśnie w Łodzi. Rytm festiwalu wyznacza też dzisiaj cykl wydawniczy komiksów na naszym rynku, ponieważ największa liczba premier i wznowień jest przygotowywana właśnie na łódzkie święto komiksu. Udało nam się także wychować już dwa pokolenia rysowników, ludzi, którzy pod wpływem festiwalu zdecydowali się rozwijać swoje talenty w stronę komiksu i tworzenia opowieści rysunkowych. Dzisiaj na konkurs rokrocznie swoje prace przysyła ponad 200 autorów, nie tylko z Polski. Dzisiaj bez wątpienia jesteśmy największym komiksowym wydarzeniem w naszej części Europy, blisko połowa naszych gości jest spoza Łodzi, a nawet z zagranicy. Dzisiaj pracujemy w Łódzkim Centrum Komiksu – będącym częścią Domu Literatury w Łodzi.

Sukces tego festiwalu potwierdza tezę, że w Łodzi mogą się narodzić pomysły, które – tak jak nasza impreza – były wspierane zarówno przez samorząd regionu (w okresie pierwszej współpracy z Łódzkim Domem Kultury), jak i potem (w pierwszej dekadzie nowego stulecia) przez Urząd Miasta Łodzi. Przy olbrzymim zaangażowaniu członków stowarzyszenia, w którym wszystkie czynności praktycznie podporządkowaliśmy rozwojowi naszego pomysłu, udało się zdobyć zaufanie urzędników, a potem sponsorów. Nieustająca zmiana formuły imprezy, rozbudowa programu, powiększenie go o część poświęconą grom komputerowym powoduje stały przyrost publiczności, a w związku z tym konieczność poszukiwania nowych miejsc zdolnych pomieścić całość programu. Dlatego festiwal odbywa się obecnie w największym obiekcie sportowo-widowiskowym w Łodzi – Atlas Arenie. Wielkość i dynamika rozwoju przedsięwzięcia przyciąga też sponsorów, których dzisiaj trudno pozyskać. Jednak duże wydarzenia, gromadzące sporą publiczność, przyciągają też uwagę marketingowców z różnych stron rynku i różnych gałęzi biznesu. Dlatego o objęciu funkcji Głównego Sponsora zdecydowała Grupa Atlas, która – jak wiemy – nie ma z produkcją komiksów zbyt wiele wspólnego, ale za to postrzega festiwal jako jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Łodzi i jako firma łódzka wspiera nas już od trzech lat.

Festiwal komiksu z pewnością jest imprezą będącą dzisiaj wizytówką Łodzi, kształtującą pożądany, pozytywny wizerunek miasta i jego mieszkańców. To świetny przykład tego, że w naszym mieście są warunki i szanse dla konsekwentnych organizatorów.

Parada Wolności – obraz smutny

Organizowana w latach 1997–2002 Parada Wolności jest przykładem smutnym. Historia tego wydarzenia dowodzi, że w naszym mieście można bezpowrotnie zniszczyć pomysł i inicjatywę przynoszącą pozytywne efekty i rozgłos, nie licząc się ze zdaniem mieszkańców ani dziesiątek tysięcy uczestników. Jako jeden z organizatorów parady przekonałem się wtedy, że bezmyślność i motywowana religijnym fundamentalizmem furia prezydenta miasta potrafi nie tylko zniszczyć czyjąś działalność kulturalną i gospodarczą, lecz także zatrzymać rozwój rodzimej sceny muzycznej.

Parada Wolności to przykład imprezy, która wystartowała w latach 90. na modnej wówczas w Europie fali clubbingu i tanecznych imprez ulicznych. W Polsce fala nowej muzyki i stylu bycia w rytmach techno była wtedy czymś zupełnie nowym, a przez to atrakcyjnym. Od samego początku imprezie towarzyszył sponsor – firma Sony – który w pierwszych latach praktycznie w całości pokrywał potrzeby finansowe w zakresie organizacji i promocji. Miasto nigdy nie dokładało do parady nawet złotówki, bo sprzątaliśmy po sobie sami (całą trasę przemarszu), wszystkie atrakcje zapewnialiśmy w ramach własnego budżetu, a jedyną kwestią, w którą angażowały się służby miejskie, była ochrona uczestników imprezy (obowiązek ustawowy). Na szczęście w trakcie sześciu edycji nigdy nie doszło do incydentu, który wymagałby interwencji policji. Jak wspominali funkcjonariusze pracujący przy zabezpieczeniu imprezy, na paradzie przez wszystkie lata działo się mniej niż na jednym meczu ligowym piłki nożnej. Nasz pomysł nie obciążał więc kasy miejskiej, a wręcz przynosił korzyści sklepom, restauracjom i klubom mieszczącym się na terenie i w pobliżu imprezy. Wraz z rozwojem parady rosła łódzka scena muzyki klubowej, dla której również istotny był otwarty konkurs didżejów. Powstały liczne formacje robiące błyskawiczną karierę na początku w mieście, a później w całym kraju, np. Sonic Trip i Weekenders. Pojawiały się nowe kluby, miejsca, gdzie można było usłyszeć każdy rodzaj tanecznej muzyki elektronicznej. Parada sławiła miasto włókniarzy – miejsce tradycyjnie wypełnione industrialnym łoskotem – jak żadne wydarzenie w jego historii. Dowodem na to niech będzie fakt, że dyskusje o przywróceniu imprezy nie milkną do dzisiaj. Pierwsza impreza uzyskała patronat prezydenta Marka Czekalskiego i potem spotykaliśmy się wyłącznie z przychylnością władz miejskich, aż do roku 2002, kiedy to wybory wygrał Jerzy Kropiwnicki. W pierwszym wywiadzie w powyborczy poniedziałek nowy włodarz ogłosił – jako jedno z najważniejszych zadań swojej kadencji – likwidację parady. Był to dla nas szok, tym bardziej że wtedy wydawało nam się, że żyjemy już w wolnym kraju i odgórny, administracyjny zakaz gromadzenia się w przestrzeni publicznej jest niemożliwy.

Festiwal swiatla  Fot. Piotr Kamionka/ANGORA

Na przełomie lipca i sierpnia 2003 r. Jerzy Kropiwnicki ogłosił referendum dla łodzian z pytaniem, czy nadal chcą parady. Referendum odbywało się zaraz po kilkudniowych świętach kościelnych, gdzie w parafiach całej Łodzi – wbrew regulaminowi referendum – zbierano głosy, które przed rozpoczęciem plebiscytu naiwnie umieszczono w potem zapieczętowanych urnach. Podstęp ten się nie udał, gdyż głosy te przed rozpoczęciem referendum usunęliśmy z urn. Opcja prezydencka poległa z kretesem w stosunku mniej więcej 30 proc. do 70 proc. na rzecz zwolenników imprezy. Prezydent Kropiwnicki nie uznał jednak wyniku głosowania, w publicznym oświadczeniu lekceważąc po raz pierwszy łódzką społeczność. Ostatecznie za ten i podobne czyny łodzianie odwołali go ze stanowiska 7 lat później w podobnym referendum.

Gdzie mogłaby być dzisiaj Parada Wolności? Z pewnością tempo, w jakim impreza się rozwijała, właściwie wobec braku jakiejkolwiek konkurencji, rosnąca publiczność, plany organizatorów dotyczące ewolucji wydarzenia mogły spowodować, że mielibyśmy dzisiaj łódzki Open’er. Chcieliśmy zmieniać paradę, tak jak zmieniała się rzeczywistość wokół niej, wzbogacać ją o nową muzykę, nowe konkursy, pokazywać się w rosnącym w siłę internecie. Irracjonalna nienawiść, powodowana podobno rozluźnieniem obyczajowym uczestników i ich rzekomą narkomanią, ale przede wszystkim faktem, iż biorący udział w imprezie nie chcą przed nikim klęczeć, ostatecznie zmiotła z mapy łódzkich wydarzeń naszą paradę, a próby jej reaktywacji do dzisiaj spełzają na niczym.

Druga brutalna lekcja demokracji – tam, gdzie władza świecka (z publicznego nadania) miesza się z dyktatem religijnym, demokracji nie ma.

Jakie będą losy idei Parady Wolności w Łodzi w nowym stuleciu – nie potrafię powiedzieć. Społeczeństwo w sferze obyczajowej spolaryzowało się i podzieliło znacznie bardziej niż na początku lat 90. W miarę upływu czasu, wbrew logice, radykalizujemy się coraz mocniej, a postawy różnych środowisk, które pamiętam z zabawy na paradzie, stają się coraz bardziej skrajne. Obawiam się, że dzisiaj powrót parady na ulice jest niemożliwy, bo stanie się ona areną starć słownych i przemocy. A gdzie ta wolność?

Wiek XXI – kreujemy jeszcze bardziej

Nie będę w stanie opisać wszystkich wydarzeń kulturalnych, jakie pojawiły się w Łodzi w pierwszych latach nowego stulecia. Dość przypomnieć, że na jednym z pierwszych spotkań założonej przeze mnie i Krzysztofa Candrowicza platformie Łódź Festiwalowa pojawiło się mniej więcej 40 organizatorów, a to i tak nie byli wszyscy. Można by powiedzieć: kto żyw, robi festiwal! Większość tych inicjatyw już nie istnieje lub znajdują się wciąż w stanie szczątkowym, ale niektóre osiągnęły sukces. Z pewnością w tym okresie wyróżniają się dwie postacie: wspominany już Krzysztof Candrowicz – założyciel Łódź Art Center, Fotofestiwalu i Design Festiwalu, a także lider inicjatywy 2016 Łódź Kulturalną Stolicą Europy, i Marek Żydowicz – dla łodzian przede wszystkim organizator festiwalu Camerimage.

Krzysztof Candrowicz – kreuje

Krzysztof Candrowicz jest łodzianinem, któremu pod wspólnym sztandarem po raz pierwszy w historii naszego miasta udało się zgromadzić praktycznie wszystkie środowiska obszaru kultury, częściowo również inne, na co dzień od kultury odległe. Okres starania się o Europejską Stolicę Kultury to czas niezwykłej mobilizacji mieszkańców, olbrzymiej pracy i wielkich nadziei, jakich przedtem nie doświadczaliśmy. Łódź po raz pierwszy wystartowała w konkursie o coś… Po raz pierwszy mierzyliśmy się na pomysłowość i wpływy z innymi miastami w obrębie europejskiego programu. Piotrkowska, Manufaktura, instytucje kultury, szkoły, ulice – wszyscy żyli tym tematem. Nawet z niewytłumaczalnych powodów z reguły wrogo nastawione do miasta lokalne media w pewnym momencie nie wytrzymały i też podchwyciły temat, choć pamiętam, że wyjątkowo niechętnie. W plebiscycie lokalnych mediów Krzysztof Candrowicz został Łodzianinem Roku i wtedy już nie można było lekceważyć udziału w wyścigu o ESK. Także politycy i radni na pewien czas w tej sprawie zawiesili broń i wspierali swoje miasto w wyścigu. Nie udało się nam wejść do finału konkursu – trudno, ale okres przygotowań nie poszedł na marne. Dzisiaj gołym okiem widać, że społeczność zarówno aktywnych odbiorców, jak i animatorów kultury jest większa. Łódź nagle zaczęła być powszechnie świadoma swojego dziedzictwa oraz obecnych możliwości. Wszystkie środowiska zaczęły dyskutować o przyszłości, spotykać się, tworzyć nowe pomysły i plany. Atmosfera tego czasu, niestety, już przeminęła i powinniśmy życzyć sobie jej szybkiego powrotu – być może niebawem, w trakcie konkursu o International Expo 2022. Dlaczego nie zostaliśmy Europejską Stolicą Kultury 2016? – to temat na oddzielną dyskusję.

Festiwale zapoczątkowane w Łódź Art Center trwają nadal, choć kondycja Fotofestiwalu jest w tym roku na tyle trudna, że jeszcze nie wiadomo, czy i w jakim kształcie się on odbędzie. Design Festiwal bije wszelkie rekordy frekwencyjne, wzrósł jego poziom i w krótkim czasie festiwal stał się jednym z najważniejszych wydarzeń w Łodzi. W mojej opinii na sukces tej imprezy złożyły się dobra współpraca organizatorów z władzami samorządowymi oraz niewielki – ale jednak – wzrost zamożności Polaków, którzy zaczynają aktywnie poszukiwać lepszego otoczenia życia i nabierać chęci do zmian na lepsze w estetyce swojej codzienności. Jednym słowem – nowoczesne projektowanie jest teraz bardzo modne, a my staramy się nadganiać różne zapóźnienia w tym obszarze i gwałtownie otaczamy się nowym designem. Festiwal znalazł szybko rosnącą grupę odbiorców i jego organizatorom należy się niekłamany podziw. Z pewnością działalność Łódź Art Center zostawiła i nadal zostawia trwały ślad w kulturalnej historii miasta, ślad zdumiewająco istotny jak na krótki okres działania tej organizacji.

Camerimage – kreuje w Bydgoszczy

Najgłośniejszą postacią ostatnich lat w łódzkiej kulturze jest z pewnością Marek Żydowicz – twórca festiwalu Camerimage, sprowadzony do Łodzi przez prezydenta Jerzego Kropiwnickiego, jest postacią nietuzinkową. Festiwal sztuki operatorskiej to idealny pomysł dla Łodzi – szansa na odbudowę wizerunku stolicy polskiego filmu, z nadziejami na wielką międzynarodową promocję miasta. Dla Kropiwnickiego było to pewnego rodzaju remedium na zniszczenie Parady Wolności i na draki urządzane w podległych miastu instytucjach kultury. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po przyjeździe do Łodzi ten niezwykle utalentowany organizator i przyjaciel wielu filmowców z całego świata, było wypowiedzenie otwartej wojny wszystkim istniejącym tu już festiwalom i instytucjom prowadzącym widoczną działalność kulturalną, głównie słowami i zachowaniem, jakie nie przystoi ani organizatorowi czegokolwiek, ani nawet zwykłemu człowiekowi uważanemu za kulturalnego. Na początku wszyscy byliśmy zaskoczeni tym atakiem, dopiero później zrozumieliśmy, że była to realizacja strategii odegrania się na środowiskach kultury, inspirowana przez jego lennika. Dochodziło do publicznego poniżania innych projektów i ich organizatorów, o czym starano się głośno nie mówić, bo wszyscy byli pod urokiem wielkiego festiwalu. Pamiętam, jak w trakcie krótkiej rozmowy (byłem przy tym) Krzysztof Candrowicz zaproponował Markowi Żydowiczowi wejście do honorowego komitetu organizacyjnego ŁSK 2016 i usłyszał krótkie: „spierdalaj”! Tymczasem festiwal Camerimage rósł coraz bardziej i z pewnością stał się w drugiej połowie pierwszej dekady XXI w. wydarzeniem najgłośniejszym spośród wszystkich łódzkich festiwali. Wtedy to powstała idea nowego centrum festiwalowego oraz studia filmowego Davida Lyncha w rewitalizowanej EC1 i wybuchło wielkie zamieszanie wokół tych projektów, na którego temat powstało już mnóstwo artykułów. Wszystkie te pomysły legły w gruzach razem z przedwczesnym końcem sprawowania urzędu prezydenta przez Jerzego Kropiwnickiego. Marek Żydowicz źle ocenił sytuację w Łodzi i zbliżył się do rządzącej opcji, stając się też czynnym uczestnikiem kampanii wyborczej. Oprócz ludzi zbliżonych do ówczesnego prezydenta nikt już nie wierzył w jego wizje i obietnice, zresztą prostowane publicznie nawet przez ministra kultury. Atmosfera, jaka pozostała w Łodzi po „okresie toruńskim” wokół pana Marka i jego projektów, jest dzisiaj taka, że 17 grudnia 2013 r. ponad 300 przedstawicieli łódzkiego świata kultury, biznesu, organizacji pozarządowych podpisało petycję do miejskich radnych o zaakceptowanie ugody z fundacją reprezentowaną przez Marka Żydowicza. Ugoda miała zakończyć najfatalniejszy mezalians we współczesnej historii Łodzi. Co ciekawe, prawie ci sami radni, którzy kilka lat wcześniej bezwarunkowo pragnęli zakończyć przygodę ze słynną fundacją, w trakcie prac nad zakończeniem tej sprawy już głosować nie chcieli (jakimi to drogami chodzi polityka w naszym mieście?). Obecnie Camerimage odbywa się w Bydgoszczy, a w Łodzi jeszcze długo będzie trwało sprzątanie po „okresie toruńskim”. Podsumowując część poświęconą Camerimage, mogę tylko wspomnieć, że w Łodzi tęsknimy za wielkim festiwalem, ale nie tęsknimy za jego organizatorem.

Fashion Week – kreuje

Bez wątpienia łódzkim numerem jeden jest od kilku lat Fashion Week organizowany przez Jacka Kłaka i Irminę Kubiak. On też generuje największą ilość informacji medialnych z przestrzeni kultury w naszym mieście. Impreza odbywająca się dwa razy do roku to także największe wydarzenie modowe w Polsce. Chociaż zazdrosnym okiem patrzy na to zwłaszcza Warszawa, organizując swoje pokazy, to Łódź tym razem zdecydowanie przoduje. Budzą się też przy tej okazji przyjemne sentymenty dawnej Łodzi włókienniczej i chociaż wielkiej reaktywacji fabryk tekstylnych próżno się spodziewać, to jednak powstaje coraz więcej małych firm odzieżowych, studiów projektantów, co widzimy choćby na Off Piotrkowskiej. Ruch na tym rynku to zasługa Fashion Week i aury roztaczanej przez festiwal. Do tego należy dołożyć wkład i potencjał Akademii Sztuk Pięknych imienia Władysława Strzemińskiego (Wydziału Tkaniny i Ubioru) i możemy mieć pewność, że żyjemy w stolicy polskiej mody. Należy tylko życzyć organizatorom i wszystkim łodzianom dalszego rozwoju tego pomysłu – bo prawdziwie kreuje.

Pisząc ten artykuł, uświadomiłem sobie, że by zaprezentować wszystkie najważniejsze i te mniej ważne, ale istotne pomysły kreatywne w obszarze organizowanych pozainstytucjonalnie wydarzeń, trzeba by zetrzeć na proch klawiaturę. Postanowiłem więc wybrać te najbardziej spektakularne i ważne, które w mojej opinii stanowią obecnie o części kulturalnego wizerunku miasta. Pominąłem dwie imprezy, które organizowałem i współorganizowałem w ostatnich latach (Festiwal Reklamy AD Days i festiwal Otwarta Wystawa), bo projekty te znajdują się aktualnie w zawieszeniu i nie są przedmiotem powszechnego zainteresowania. Nie opisałem też szerzej świetnego festiwalu Sound Edit Macieja Werka, który osobiście bardzo cenię i o którym myślę, że jest obecnie jedynym pomysłem na stworzenie dużej imprezy muzycznej w Łodzi. Sądzę jednak, że w przyszłości będę jeszcze miał okazje pisać co nieco o swoim mieście, i obiecuję rozszerzyć obszar analizy.

Co Łódź wykreuje?

Przyszłość rozwoju sektora kreatywnego w mieście włókniarzy wydaje mi się bardzo obiecująca. Powstają nowe instytucje: Centrum Dialogu im. Marka Edelmana pod dowództwem Joanny Podolskiej, które już w tym roku będzie realizowało obchody Roku Jana Karskiego oraz 70. rocznicę likwidacji Litzmannstadt Getto. Otwiera się także Art Inkubator pod dyrekcją Macieja Trzebińskiego, gdzie swoje pomysły będą mogli realizować artyści ze wszelkich dyscyplin oraz autorzy nietuzinkowych pomysłów. Wielkimi krokami zbliża się także otwarcie pierwszej części EC1 – to największy projekt realizowany w obszarze łódzkiej kultury. Jednak po niedawnych opisywanych już wydarzeniach, kiedy, jak i w jakiej formie to nastąpi, nie wiemy. Jest tu pole do popisu dla obecnego Zarządu Miasta, który – jak zapewne zdaje sobie sprawę – może być windą do następnej kadencji albo końcem kolejnego rozdziału władzy w mieście. Jest wreszcie projekt International Expo 2022 – czy porwie łodzian, tak jak niegdyś Łódź Europejską Stolicą Kultury 2016? Mam nadzieję, że realizatorzy tej aplikacji uważnie wyciągną wnioski z poprzedniego konkursu i mądrzejsi o nasze wspólne doświadczenia osiągną zamierzony cel. Jak rozwinie się łódzki inkubator przemysłu gier komputerowych, który na razie nieśmiało realizowany jest pod patronatem prezydent Hanny Zdanowskiej?

Gdybanie nie jest moją najsilniejsza stroną, a wróżeniem nie zajmuję się w ogóle. Wiem, że w Łodzi są dzisiaj wszelkie warunki do rozwijania się w przestrzeniach kreatywnych, powstają nowe miejsca, po swoich projektach widzę, że przybywa odbiorców. Pieniędzy przeznaczonych na działalność kreatywną w tym mieście również jest coraz więcej, rośnie też powoli zainteresowanie potencjalnych sponsorów. Nigdy, oczywiście, nie będzie tak, aby zaspokoić wszystkie ambicje animatorów. Nie ma też z pewnością miasta, które w pełni samodzielnie zaspakaja wszelkie potrzeby twórcze swoich mieszkańców. Na program realizowany przez nowo powstające instytucje wszyscy możemy mieć wpływ, angażując się w proponowane tam projekty, lub przynosić i forsować swoje. Podoba mi się też, że obecna władza – zamiast od razu inwestować w „kulturalne pałace” – porządkuje legendarne łódzkie drogi, remontuje skrzyżowania i wdraża projekty mające na celu cywilizacyjne zbliżenie nas do Europy, której jeszcze nie tak dawno chcieliśmy być kulturalną stolicą.

Tekst pochodzi z XVII numeru „Liberte!”.

Czytaj również
O autorze
*
AdamRadoń